Jak ze ścieków otrzymać czystą wodę? Pisze o tym Michał Wyrzyk w artykule Membrany w naszym życiu (dwumiesięcznik LAB, 5−6/2009). Służą do tego membrany wytwarzane przez naukowców z najróżniejszych materiałów.
Wodę można oczyszczać metodami konwencjonalnymi: mechanicznie poprzez cedzenie, flotację czy sedymentację lub chemicznie, dodając do ścieków odpowiednich związków chemicznych, które wytrącają niepożądane substancje. Z kolei metody biologiczne wykorzystują aktywność przyrody ożywionej.
Sposoby te nie zawsze dają wodę o pożądanej czystości, dlatego korzysta się obecnie z nowych technik separacji za pomocą procesów membranowych: mikro−, ultra− i nanofiltracji, odwróconej osmozy, dializy i elektrodializy. Procesy te wykorzystuje się równolegle z konwencjonalnymi lub samodzielnie. Dzięki nim można rozdzielać substancje na poziomie molekularnym. Skuteczność i wydajność oczyszczania zwiększa szeregowe połączenie różnych membran.
„Membrana to struktura, która oddziałuje na przepływ jonów, cząsteczek molekularnych pod wpływem różnicy potencjału chemicznego, elektrycznego lub pod wpływem różnicy ciśnień” – pisze autor. Wytwarza się je z materiałów organicznych lub nieorganicznych, syntetycznych i naturalnych. Są to np. trioctan celulozy, poliamidy aromatyczne, polisulfony. Istnieją membrany porowate, w których transport odbywa się przez pory i membrany gęste, transportujące na skutek dyfuzji.
Autor omawia dokładniej zastosowanie procesów membranowych przy odnowie wód w przemyśle włókienniczym, który produkuje ścieki najuciążliwsze dla środowiska (zawierają detergenty, sole i barwniki) oraz w przemyśle rafineryjnym. W pierwszym przypadku stosuje się membrany dynamiczne z tlenku cyrkonu i kwasu poliakrylowego. Natomiast kwaśne pozostałości z rafinerii ropy naftowej, zawierające naftę, czyści się metodą osmozy odwróconej z 95−procentową skutecznością.
Wizję uniwersytetu przyszłości roztacza Jan Boguski w artykule Od uniwersytetu tradycyjnego do uniwersytetu przyszłości („Nauka i szkolnictwo wyższe” nr 1/33/2009). „Konserwatywny w swoim działaniu uniwersytet tradycyjny nie jest w stanie sprostać dynamicznemu otoczeniu, które co pewien czas narzuca społeczeństwu nowe normy i wartości” – pisze autor. Zdanie znamienne, charakterystyczne dla sposobu myślenia środowisk, które słów „konserwatywny” czy „tradycyjny” używają jako synonimów słów „przestarzały” lub „godny pożałowania”. Ale zostawmy ten wątek jako poboczny i zajmijmy się wizją świata, którą to zdanie prezentuje. Oto – według Jana Boguskiego – świat składa się ze społeczeństwa i jego „dynamicznego otoczenia”. Społeczeństwo używa jakichś norm i przywiązane jest do pewnych wartości, tymczasem owo „dynamiczne otoczenie” co pewien czas narzuca społeczeństwu nowe normy i wartości. Doprawdy, ciekawa to wizja. Nieustanne pranie mózgów. Normy i wartości jako części zamienne, po zużyciu wymieniane na podzespoły nowej generacji. I wreszcie ostatni element tego świata: uniwersytet, który... nie jest w stanie sprostać temu „otoczeniu”. Ale zgodnie z zasadą historycznej konieczności musi mu ulec. Czymże jest owo groźne „otoczenie”? Kto oblega społeczeństwo i uniwersytet dyktując swoje normy i wartości?
Zobaczmy jeszcze, jak zostaje wyrysowana opozycja między starym i nowym. „Uniwersytet tradycyjny kojarzy się z aulą wypełnioną studentami słuchającymi teoretycznych rozważań wykładowcy” – czytamy w artykule. „Uniwersytet przyszłości stanowi nowoczesny kompleks naukowo−badawczy ukierunkowany na kształcenie studentów, prowadzenie badań naukowych oraz kreowanie zaawansowanych innowacji i technologii dla gospodarki”. Tyle? Taka różnica? Tam aula ze studentami, tu kształcenie, badania i innowacje? Uniwersytet tradycyjny nie kształcił, nie prowadził badań i nie tworzył innowacji? Widać, że różnica polega jedynie na słowach. I to jest pocieszające.
O sprawie Zbigniewa Dunikowskiego (ur. 1889 we Lwowie), który w latach 30. ubiegłego wieku przeprowadzał w Paryżu publiczne eksperymenty, mające dowieść możliwości uzyskania złota z piasku, pisze Sławomir Łotysz („Kwartalnik historii nauki i techniki” 2/2009).
Dwa były powody sławy polskiego inżyniera, syna światowej sławy geologa, Emila Dunikowskiego. Pierwszym okazała się nadzieja, wbrew naukowym przekonaniom, na opracowanie technologii wytwarzania złota z piasku, w którą chciano zainwestować spore pieniądze. Drugim – aresztowanie Dunikowskiego i oskarżenie przez sąd francuski o defraudację pieniędzy powierzonych przez łatwowiernych przedsiębiorców. Proces relacjonowała prasa europejska, głównie bulwarowa. Alchemik był wożony pod eskortą z więzienia do laboratorium, gdzie wielokrotnie przeprowadzał mające go uniewinnić eksperymenty. Autor artykułu, dzięki lekturze ówczesnych gazet, opowiada ciekawie o kolejnych próbach alchemika, reakcjach świata naukowego i prawników.
Dunikowski miał wcześniej realne osiągnięcia. W 1928 r. opatentował urządzenie do pochłaniania spalin samochodowych. Na wzbogacanie zawartości złota w rudzie, poprzez przyspieszenie procesów występujących w naturze i trwających miliony lat, otrzymał także patent. Poddawał rudę lub piasek kolejno działaniu silnego pola elektrostatycznego, radioaktywnego, silnemu promieniowaniu ultraczerwonemu, wreszcie podgrzewał do 1200°. Tak wzbogacona ruda, zdaniem wynalazcy, mogła być poddawana procesom hutniczym.
Polski alchemik nie dowiódł ostatecznie przed sądem swojej niewinności. W roku 1933 został skazany na 2 lata więzienia i zwrot zdefraudowanych pieniędzy. Po wyjściu pracował dalej nad swoim wynalazkiem, przerabiając piasek z różnych części świata. Mieszkał we Włoszech, w Monako, na Filipinach, wreszcie w USA, skąd chciano go deportować do komunistycznej Polski. W roku 1950, na skutek głośnych publikacji prasowych, wraz z rodziną otrzymał prawo stałego pobytu w Stanach Zjednoczonych.