ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


Chopinologia klasyczna

Wyniki badań socjologicznych wskazują, że odsetek Polaków znających biografię oraz muzykę Fryderyka Chopina oscyluje wokół poziomu błędu statystycznego. Trudno dziś zgadnąć, czy huczne i bogate w wydarzenia obchody rocznicy urodzin kompozytora wpłyną w pozytywny sposób na statystyki. Niemniej cieszy to, że z okazji Roku Chopinowskiego na rynku wydawniczym pojawiają się liczne publikacje wysokiej klasy specjalistów, które powinny zainteresować szerokie grono czytelników. Wydawnictwo Znak przypomniało Cień jaskółki Ryszarda Przybylskiego – genialny esej poświęcony wyrażonym w listach myślom Chopina. Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego przygotowało monumentalny tom Chopin w kulturze polskiej, zawierający artykuły na temat obecności życia i dzieła kompozytora w polskiej kulturze – w teatrze, literaturze, filmie czy jazzie. Natomiast lubelskie wydawnictwo Gaudium prezentuje książkę Mieczysława Tomaszewskiego – jednego z najwybitniejszych żyjących chopinologów, autora fundamentalnej monografii Chopin. Człowiek. Dzieło. Rezonans. Najnowsze dzieło uczonego stanowi swoiste uzupełnienie do wspomnianego opus magnum, w którym prezentacja życia kompozytora w formie rozbudowanego kalendarium oraz syntetyczna analiza twórczości nie pozwoliły na podjęcie narracji na temat wielu interesujących wątków.

Chopin. Fenomen i paradoks to wybór tekstów napisanych w ciągu kilku ostatnich lat, a wcześniej ogłaszanych już w publikacjach pokonferencyjnych czy na łamach czasopism naukowych. Jest to przykład muzykologii, zresztą bardzo rzadko u nas praktykowanej, przyjaznej czytelnikowi nieobeznanemu ze specjalistyczną terminologią. Prof. Tomaszewski nie rezygnuje jednak z odniesień do poszczególnych utworów Chopina, a sposób, w jaki to czyni, jest jedną z największych zalet tej pracy. Wykorzystując swoją niebywałą erudycję, autor przytacza ogromną ilość wypowiedzi omawiających dzieła kompozytora – wygłoszonych przez współczesnych Chopinowi (np. Schumanna, Liszta, Heinego, Delacroix, Norwida), a także późniejszych komentatorów (Niecksa, Hunekera, Adorna, Iwaszkiewicza). Zaproponowana perspektywa sprawia, że w toku narracji utwory kompozytora odkrywają przed nami swoją estetyczną istotę.

Tomaszewski kreśli obraz życia i twórczego dorobku kompozytora zarówno z oddali, jak i przypatruje się Chopinowi z bliska. Za szczególnie interesujące uznać należy właśnie spojrzenia tego drugiego rodzaju. Uczony podejmuje zatem wątek marginalizowanych zazwyczaj wśród badaczy pieśni na głos i fortepian, które spotyka tu swoista rehabilitacja. Są one, zdaniem muzykologa, przykładem „dziennika intymnego” Chopina, dlatego autobiograficzny charakter nie pozwala na ich lekceważenie. W bardzo ostrożny sposób omawia wątki dyskretne: kwestię religijności Chopina oraz powieść George Sand Lukrecja Floriani, w której pisarka nawiązywała do ich romansu.

Książka z pewnością nie należy do kontrowersyjnego nurtu w badaniach nad Chopinem – nie jest to ani przykład chopinologii dekonstruującej mity (jak np. u Jolanty Pękacz, która w swoich ostatnich publikacjach zakwestionowała stereotypy na temat Chopina w kontekście paryskich salonów oraz polskiej emigracji), ani chopinologii kulturowej (jak np. u Jeffreya Kallberga – autora znakomitych rozpraw analizujących twórczość Chopina w kontekście płci). Natomiast przynależy niewątpliwie do najlepszego nurtu chopinologii klasycznej.

Sławomir Wieczorek
Mieczysław Tomaszewski, Chopin. Fenomen i paradoks. Studia wybrane, Wydawnictwo Gaudium, Lublin 2009.

Życie z piętnem

„To, co ja widziałem, tego człowiek nie powinien widzieć i nawet nie powinien wiedzieć” – tak jednym zdaniem, zaczerpniętym z Opowiadań kołymskich Warłama Szałamowa, określić można rzeczywistość sowieckich obozów pracy. Historię tragicznych losów setek tysięcy przedstawicieli rosyjskiej i sowieckiej inteligencji odnajdujemy także w wydanej pod koniec ubiegłego roku książce Eugenii Ginzburg.

Autorka była pracownikiem naukowym uniwersytetu w Kazaniu, dziennikarką i oddaną członkinią partii. Jej osobisty dramat rozpoczął się w lutym 1937 roku, kiedy została aresztowana, oskarżona o działalność kontrrewolucyjną i jako „wróg ludu” skazana na 10 lat więzienia.

Stroma ściana składa się z dwóch tomów. Pierwszy, wydany w Polsce w 1990 roku, przez dziesiątki lat jako maszynopis w wydaniu samizdatowym bił wszelkie rekordy popularności nielegalnej literatury w Rosji. Tom ten podzieliła autorka na dwie części. Pierwsza z nich opisuje aresztowanie oraz toczący się przez dwa lata proces przeciwko niej, w czasie którego przebywała w więzieniu w Jarosławiu. Druga część książki rozpoczyna się wraz ze zmianą wyroku Ginzburg z 10 lat więzienia w zakładzie karnym na tyleż lat pobytu w poprawczym obozie pracy. Tom drugi dopełnia całości wspomnień autorki i opisuje jej losy jako „wolniaczki”, aż do częściowej rehabilitacji w 1955 roku.

Ginzburg bywa stawiana w jednym szeregu z Aleksandrem Sołżenicynem i Warłamem Szałamowem. Jednak łączy ją z nimi jedynie tematyka. Styl Ginzburg jest zdecydowanie inny. Oni w sposób beznamiętny prowadzili czytelnika przez piekło obozów sowieckich. Celowo eliminowali nadzieję, twierdząc, że jest jedynie siłą zniewalającą. Opisywali ludzi, dla których – jak mówił Herling−Grudziński – istotą wielkiego instynktu życia było samo życie. Pokazywali, jak instynkt ten zwycięża z ludzką moralnością, robiąc z ofiary kata, jak tworzy się mur obojętności wobec drugiego człowieka. U Ginzburg czytamy natomiast: „tyle było we mnie żywotności, że za każdym razem umiałam wykorzystać nawet najmniejszą szansę, niezbędną dla podtrzymania ledwie tlącego się we mnie życia. I – co najważniejsze – za każdym razem przynosił mi ocalenie jakiś osobliwy zbieg okoliczności, całkiem z pozoru przypadkowy, w rzeczy samej zaś – będący potwierdzeniem wielkiej siły Dobra, które na przekór wszystkiemu rządzi jednak tym światem”.

Od strony faktograficznej książka nie wnosi wiele nowego. Ważniejsze jest jednak coś innego. Jest to jedna z niewielu książek, w których na tragizm „wielkiej czystki” patrzymy oczami kobiety. I z tej właśnie perspektywy widzimy, że bólem gorszym od fizycznego było dla niej rozdzielenie z rodziną, a przede wszystkim z dziećmi. Dowiadujemy się, jak ją i jej towarzyszki pozbawiano godności i kobiecości. Mimo zła, które dla wielu stało się codziennością, nie umiała i nie chciała zagłuszyć w sobie naturalnych potrzeb i odruchów. To właśnie w łagrach połączyła ją z niemieckim lekarzem miłość. To tu rozpoczęła się trwająca wiele lat przyjaźń ze współwięźniarką.

Wspomnienia Ginzburg przesiąknięte są przekonaniem, że mimo iż ani ona, ani inni więźniowie nie brali bezpośredniego udziału w zbrodniach i zdradach, są za nie współodpowiedzialni. Książka stanowi swoiste wyznanie skruchy kobiety, dla której życie z takim piętnem było codziennym pokonywaniem „stromej ściany” w sobie.

Katarzyna Krzyżanowska
Eugenia Ginzburg, Stroma ściana, spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2009.

Podziw dla królowej

Przerażenie tegorocznych maturzystów koniecznością zdawania egzaminu z matematyki najlepiej oddaje ducha emocji, jakie towarzyszą temu przedmiotowi. Zresztą – nie ukrywajmy – nawet wielu dorosłych doświadcza sennego koszmaru, w którym stoją samotnie przy tablicy pełnej nierozwiązanych zadań. To, co zawarł w tytule swojej pracy Marian Grabowski, brzmieć więc może niczym oksymoron. Bo, doprawdy, czyż można emocjonować się probabilistyczną aproksymacją liczby Pi albo paradoksalnym podziałem kuli Banacha i Tarskiego?

Autor nie ma co do tego wątpliwości i, jak zapewnia, nie trzeba być nawet ekspertem od nauk ścisłych. Te przeżycia mogą stać się udziałem każdego z nas, nie−fascynatów, bo generalnie jesteśmy istotami wrażliwymi na wartości, niezależnie od tego, czy podziwiamy dzieło sztuki, kobiecą urodę, piękno krajobrazu, czy właśnie rozwiązanie określonego problemu matematycznego. Trzeba jedynie dać się uwieść, zaczepić, nie uprzedzać się. Grabowski wspomina o swoim „ukłuciu”. Dzięki pomocy swojego nauczyciela odkrył, że w ruchu jednostajnie przyspieszonym droga jest proporcjonalna do kwadratu czasu. Teraz, dla fizyka teoretycznego, trąci to banałem, ale wówczas – było jak olśnienie. To nie był jeszcze podziw ani zachwyt, ale już wyrywało z obojętności. Większość na tym poprzestaje, nie będąc w stanie przeskoczyć kolejnych poziomów abstrakcji. Całkiem niesłusznie – zauważa nasz przewodnik po tajemniczej galerii matematycznych wzorów. Wszak te abstrakcje to całkiem realne sytuacje dziejące się wokół nas. Zapewne niewiele osób wie, że słuchając nagrania w formacie mp3 czy podziwiając jakość cyfrowego obrazu korzystamy z równania cyklotomicznego. Matematyka w znacznie większym stopniu niż się wydaje dotyka empirycznej rzeczywistości. Jest wszak swoistym medium do poznania świata przyrody nieożywionej. To w pustych, na pozór, matematycznych formułach i teoriach przejawiają się fizyczne procesy i zjawiska. Ba, ten dokładny, ścisły i precyzyjny opis ilościowy potrafi nawet wyrazić coś, wobec czego nasza wyobraźnia jest bezradna. Czy ktoś widział czarną dziurę bądź cząstki wirtualne? Królowa nauk potrafi i temu dać radę.

Podobnymi przykładami Grabowski sypie jak z rękawa. Celowo mają robić wrażenie, bo chodzi o ich przeżycie. Trawestując Nielsa Bohra: ten, kim pierwszy kontakt z matematyką nie wstrząsnął, ten jej nie zrozumiał. Od czytelnika autor oczekuje rzeczywistego zaangażowania, które w tym wypadku oznacza wysiłek włożony w zrozumienie. Nie chodzi przecież o to, byśmy potrafili mówić językiem matematyki, o wiele istotniejsze jest to, aby spróbować go zrozumieć. Inaczej nasze przeżycia będą puste, a podziw – cielęcy.

Dlatego w pierwszej części książki autor celowo proponuje pełne wyzwań samodzielne mierzenie się, obcowanie z tą trudną tematyką. Daje nam „środowisko”, które wyzwoli w nas uczucia. Tak zaprezentowane treści pozwalają przeżywać je każdemu na swój sposób, a potem konfrontować z aksjologicznym podejściem autora. Dokonując swoistej autoanalizy śledzimy naszą drogę do podziwu, może nawet zachwytu, by na końcu wyrazić zdumienie. W zależności od tego, czy jesteśmy „barbarzyńcami”, czy tylko laikami, dotyczyć ono będzie jednej z dwóch kwestii. Albo tego, jak to się stało, że szczęśliwie przebrnęliśmy przez lekturę książki, albo tego, w jaki sposób daliśmy się choćby w niewielkim stopniu zauroczyć chłodną i rozumną aż do bólu matematyką.

(karma)
Marian Grabowski, Podziw i zdumienie w matematyce i fizyce, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, seria: Na ścieżkach nauki.

Filozofia wieczysta

Trudno recenzować książkę pomnik, świadectwo zdarzeń, które działy się w przełomowych miesiącach „karnawału Solidarności”, między sierpniem 80 a grudniem 81. Jeszcze trudniej, zważywszy że jej autor, prof. Wojciech Chudy, nie żyje już prawie od trzech lat. Zwłaszcza, że czas przełomu minął, a my jesteśmy bogatsi (?) o doświadczenia bez mała 30 lat, jakie od tego czasu upłynęły. Można by zapytać, czy ta książka w ogóle warta jest dziś lektury.

Składa się na nią 10 wykładów wygłoszonych w maju 1981 w Gdańsku na prośbę Ośrodka Prac Społeczno−Zawodowych przy NSZZ Solidarność. Mają one charakter elementarnego wprowadzenia do filozofii orientacji klasycznej i, jak wskazuje zapis rozmowy z autorem, zamieszczony zamiast posłowia, spotkały się z żywym przyjęciem słuchaczy (opublikowano je pierwszy raz w 1986 roku, w drugim obiegu).

Książka dzieli się na dwie części. Na pierwszą składają się trzy wykłady o charakterze metafilozoficznym, dotyczące tego, czym jest filozofia, powinności filozofii względem człowieka i społeczeństwa oraz dające „ekspresowy” wykład historii filozofii. Pozostałe wykłady mają naturę przedmiotową i zaczynają się „mocnym” pytaniem o to, która filozofia jest prawdziwa; pytanie to jest pretekstem do zreferowania podstawowych koncepcji filozofii. Według Chudego, jednoznaczna odpowiedź jest „podstawowym błędem, który popełnia wielu filozofów” – każdy system ma swoje plusy, czyli sfery bytu, które wyjaśnia adekwatnie, i minusy, czyli miejsca, gdzie „zawodzi”, np. „tomizm okazuje się niemal bezradny, jeśli idzie o analizę filozoficzną ludzkiego przeżywania, pewnych irracjonalnych elementów duszy ludzkiej”. Następnie autor omawia koncepcje prawdy, aporie filozofii marksistowskiej oraz różne koncepcje wartości.

Książkę kończą trzy wykłady dotyczące personalistycznej wizji człowieka, społeczeństwa i kultury. Pierwszy z nich traktuje o definicji osoby. Chudy wskazuje na trzy nurty filozoficzne w tej sprawie: substancjalistyczny (akcentujący to, że bycie osobą jest trwałą jednością wypływającą z substancjalnego charakteru natury ludzkiej – bycie osobą konstytuują: „wsobność”, podmiotowość i duchowy charakter), egzystencjalistyczny (bycie osobą konstytuuje zmienność ciągle tworzącej się egzystencji człowieka) oraz nurt filozofii dialogu (osoba „tworzy się” w dialogu między „Ja” i „Ty”). Ostatecznie Chudy charakteryzuje koncepcję personalistyczną (z Osoby i czynu K. Wojtyły), wedle której o byciu osobą decyduje godność człowieka i jego związek z bytem absolutnym. Z kolei wykład IX prezentuje personalistyczną koncepcję społeczeństwa, według której „personalizm jest systemem antyindywidualistycznym, albowiem osoba implikuje wspólnotę, ale jest także systemem antytotalistycznym, albowiem afirmuje właśnie jednostkową osobę ludzką, stawia ją przed całością społeczną”. Wykład kończą rozważania z teorii państwa, w których podkreśla się postawę „autentyczną” osoby względem ustroju państwowego – postawę solidarności, czyli gotowości podejmowania obowiązków przypadających osobie z racji uczestnictwa we wspólnocie i gotowości działania na rzecz innych członków wspólnoty oraz postawę sprzeciwu wobec zła.

Podsumowując, czytana dzisiaj książka ta może pełnić nie tylko funkcje historyczne, ale jest bardzo jasno i precyzyjnie napisanym wstępem do filozofii, dającym np. przejrzysty wykład filozofii personalizmu.

Marek Lechniak
Wojciech Chudy, Filozofia wieczysta w czas przełomu. Gdańskie wykłady z filozofii klasycznej z roku 1981, red. Mirosława Chuda, towarzystwo naukowe kul jana pawła II, Lublin 2009, seria: Biblioteka „Ethosu”.

Kolumbowie umysłu

Decydując się na lekturę popularnonaukowej książki holenderskiego historyka psychologii, spodziewałem się diagnozy stanu psychiki współczesnego człowieka. Zamierzałem skorzystać z tej wiedzy i poprawić kondycję swojego umysłu. Draaisma jednak opowiada zajmująco i rzeczowo o odkryciach i odkrywcach chorób, wywołanych przez patologiczne zmiany w mózgu. Któż nie zetknął się z medycznymi nazwami odimiennymi, czyli eponimami, takimi jak: Parkinson, Alzheimer, Aspreger? Jest ich więcej. Zespół Gillesa de la Tourette’a jest przeciwieństwem Alzheimera. Syndrom Bonneta zaś polega na widzeniu realnych postaci, których nie ma. Epilepsja Jacksona objawia się m.in. niepohamowanym strumieniem przekleństw. Syndrom Capgrasa daje znać o sobie tym, że chory uważa otaczających go ludzi za ich sobowtóry. Intensywna erotomania i uporczywe przeświadczenie chorego, że jest kochany przez kogoś cieszącego się uznaniem społecznym i autorytetem – towarzyszą zespołowi Clérambaulta.

Draaisma, opisując przypadki i objawy chorób, w rzeczy samej próbuje rozwikłać zagadkę dokonywania odkryć neurologicznych głównie w XIX w. i w pierwszych dekadach XX. To, że dany syndrom nosi miano jakiegoś uczonego, nie oznacza, że to on pierwszy wykrył jednostkę chorobową lub w największym stopniu przyczynił się do jej poznania. Rekonstruując biografie lekarzy, środowisko, sytuację społeczno−historyczną, obyczajową itd., autor uzmysławia, że odkrycie i nazwanie go było wynikiem specyficznej gry zdarzeń. Dzięki obiegowi informacji (stowarzyszenia, konferencje, odczyty, publikacje) indywidualne spostrzeżenia i poszukiwania dostawały się w wir dyskusji. Niebagatelne były i inne uwarunkowania. Można odnieść wrażenie, że w republice uczonych w określonej dziedzinie każdy znał się z każdym (nie tylko z widzenia). Życia naukowego jeszcze nie spowiła anonimowość i laboratoryjna samotność, współgrało ono z dynamiką rzeczywistości społecznej i wartością międzyludzkiej więzi. Draaisma w naszej współczesności nie znajduje tego, co było czymś niezbywalnym w diagnozowaniu chorób w minionych czasach: uwzględniania przeżyć chorego.

Kolejny wątek opowieści dotyczy skądinąd już oczywistej sprawy. Otóż badacze mózgu, mimo że kierowali się zasadą obiektywizmu, nie uniknęli błędów, wynikających z ograniczeń światopoglądowych. Aż nie chce się wierzyć, że ci, którzy zwoje mózgowe wyjmowali z czaszek, ważyli je, kroili, znajdowali funkcje poszczególnych obszarów mózgu – gromadzili dowody rzekomo świadczące o nieusuwalnym niedorozwoju tego organu u kobiet czy u przedstawicieli ras kolorowych względem białego mężczyzny. Jak widać, sfera moralno−duchowa i filozoficzna uczonego może stać się realną barierą w poznawaniu prawdy.

Na koniec holenderski psycholog przypomina zawartą w „prawie Stiglera” znaną prawdę o naturze odkryć i przełomów: „kiedy tylko ktoś zwróci uwagę na coś specyficznego, czego do tej pory zupełnie nie zauważono, znalezienie samemu innych przykładów przestaje być trudne”.

Nie sądzę, by książka Draaismy zdobyła popularność Płci mózgu Anne Moir i Davida Jessela. Jednak warto się z nią zapoznać, gdyż nigdy dość wiedzy o mózgu, w którym podobno jest wszystko to, czym jesteśmy. Dzieje „rozstrojonych umysłów” w sposób szczególny odsłaniają tajemnice naszego poznawania.

Zbigniew Chojnowski
Douwe Draaisma, Rozstrojone umysły. Historie chorych i dzieje chorób, tłum. Ewa Jusewicz-Kalter, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.

Jesteśmy gotującymi małpami

Książka przynosi taką rewelację naukową, że – przynajmniej teoretycznie – powinna dać asumpt do burzliwej dyskusji. Czy tak się stało? Na pewno nie na skalę, jakiej można by się spodziewać. Wrangham daje odpowiedź na pytanie, co uczyniło nas ludźmi? Twierdzi, że początek rodzajowi Homo dało ujarzmienie ognia i umiejętność gotowania.

Okazuje się, że niewielu ludzi zastanawiało się nad tym, od jak dawna ogień jest nam niezbędny. Nawet Darwin nie zajął się tą kwestią, choć odpowiedź mogłaby być dla niego niezwykle interesująca. Zresztą większość uczonych tej epoki myślała podobnie, dla nich bowiem nasi przodkowie, którzy opanowali ogień, byli już ludźmi. Jednak ostatnie półwiecze przyniosło nowe teorie wskazujące na znaczenie gotowania w ewolucji człowieka i jego zachowań. Hipotezy były jednak nieśmiałe i formułowane w szczególnym obszarze – historii kuchni, więc zaowocowały poglądami nie do końca dopracowanymi. Żaden antropolog nie zadał kluczowych pytań potrzebnych do zrozumienia całego zagadnienia, jak choćby: czy ludzie są ewolucyjnie przystosowani do przetworzonej termicznie żywności, w jaki sposób gotowanie przyczyniło się do uczłowieczenia naszych przodków, a wreszcie – kiedy właściwie umiejętność ta wyewoluowała?

Wrangham podkreśla, że zwierzęta, w tym człowiek, są wyśmienicie przystosowane do swojego sposobu odżywiania, ponieważ siła ewolucji wymusiła ścisłe dopasowanie między dietą a anatomią dzięki dostępności określonego pokarmu. Innymi słowy, pchły nie ssą krwi dlatego, że akurat szczęśliwie natura obdarzyła je kłująco−ssącym narzędziem gębowym, idealnie zaprojektowanym do przekłuwania skóry ssaka. Mają taki narząd, ponieważ zaadaptowały się do odżywiania się krwią. Ludzie też nie zaczęli jeść gotowanych pokarmów dlatego, że mieli dostosowane do tego zęby i wnętrzności. Przeciwnie, posiadamy małe zęby i krótkie jelita, ponieważ przystosowaliśmy się do diety opartej na gotowanym pożywieniu.

Czy zatem gotowanie w kategoriach biologicznych jest faktem nieznaczącym, czy też jest kluczowe dla naszego człowieczeństwa? Odpowiedź jest dla Wranghama oczywista, ale nie odpowiedź ma tu największą wartość, a właśnie samo pytanie: celowe, nastawione na efekt i wielokrotnie powtarzane. Powraca w książce niczym bumerang i pociąga za sobą mało odkrywcze prawdy, które – trzeba przyznać – podane są w iście literackiej formie. „My, ludzie – pisze Wrangham – jesteśmy gotującymi małpami, jesteśmy istotami, które zrodziły się w ogniu palenisk”.

Ciekawy jest rozdział poświęcony „surojadom”, czyli witarianom – ludziom odżywiającym się wyłącznie produktami surowymi. Już w 1813 wielki poeta romantyczny P.B. Shelley doszedł do wniosku, że jedzenie mięsa jest odrażającym nawykiem i źródłem wielu nieprawości. Uważał, że za mięsożerność odpowiada wynalazek gotowania, należy więc winić je również za „tyranię, zabobony, handel i nierówność”. Do innych argumentów sięga mniejszość witariańska, określająca się mianem instynktoterapeutów. Głoszą oni, że skoro jesteśmy blisko spokrewnieni z małpami, powinniśmy naśladować ich obyczaje żywieniowe, czyli zadowolić się jednym produktem podczas posiłku.

Walka o ogień to książka, którą można łatwo i szybko przyswoić, ale przedstawiona w niej wizja wcale nie otwiera nowej perspektywy ewolucyjnego myślenia.

Małgorzata Pawełczyk
Richard Wrangham, Walka o ogień. Jak gotowanie stworzyło człowieka, tłum. Anna E. Eichler, Magdalena Kawalec, Piotr J. Szwajcer, wydawnictwo CiS, Stare Groszki 2009.