|
Wzory przenikają na ogół mimowiednie, próby przeciwstawienia się im modyfikują
Magdalena Bajer Opowieść o tej rodzinie będzie miała nieco inny charakter niż dotychczasowe sagi. Postać Hugona Steinhausa dominuje nad jej historią, chociaż nie był on jedynym uczonym ani w swoim, ani w następnym pokoleniu. Pana profesora miałam szczęście poznać w powojennym Wrocławiu, dokąd przeniósł się wraz z nim duch Polskiej Szkoły Matematycznej i ucieleśniał w dziełach zastępów uczniów – niewielu dawnych i licznych nowych. Dorobek Szkoły pozostał trwale i żywo obecny w dziejach nauki. Osoba profesora w pamięci jego wnuka, Michała Kotta, jest wzorem, którego nie chce on wiernie naśladować, kontynuując wszakże pewne rysy duchowego wizerunku. DAĆ MATEMATYKĘ LUDZIOMOd prof. Steinhausa słyszano nieraz, że najpiękniejszym na świecie miastem jest Jasło, gdzie się urodził (być może Lwów, gdzie przeżył najowocniejsze lata młodości, został wyłączony z konkurencji). Urodził się w rodzinie zamożnego kupca. W wydanych kilka lat temu Wspomnieniach i zapiskach czytamy: Z Ojcem chodziło się nad rzekę pieszo, a po nauce pływania, nieraz w mętnej i zimnej wodzie, wstępowało się na „Młynek”, do ogródka, na piwo, chleb razowy i ryby suszone. (...) Chłopcy kąpali się zawsze nago, smarowali się mułem nadbrzeżnym „na murzynów”, a potem zmywali się w rzece i suszyli się piaskiem (podobnie, jak w tych czasach suszono nim świeżo zapisane karty) lub po prostu kładli się na żwirze. Wnuk profesora, który jako dwunastolatek wyjechał do Ameryki, by wrócić po latach trzydziestu, wspomina roczny pobyt w domu dziadków i spacery po kolacji nad Odrą z psem Toto, kiedy to „była okazja się przekomarzać”. Przekomarzanie się z profesorem polegało często na rozwiązywaniu dawanych wnukowi zadań, np. takiego: Jak pośród dwunastu kul odnaleźć jedną o innym ciężarze niż pozostałe, używając wagi tylko dwa razy? Dom dziadków był „niezwykle serdeczny, otwarty dla mnóstwa ciekawych ludzi, mniej nerwowy” niż dom rodziców Michała, pp. Lidii i Jana Kottów. Umysł i osobowość Hugona Steinhausa naznaczyły wyraźnie wszystkie środowiska, w których się pojawił. Było to widoczne w Getyndze, gdzie studiował, uczestnicząc w dyskusjach nie tylko o matematyce, ale np. o filozofii z udziałem Edmunda Husserla. We Lwowie, od roku 1921, był profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza, gdzie został, choć młody, ojcem szkoły matematycznej, pragnąc z gronem jej twórców zrobić coś takiego, by Polska, uboga po zaborach i wojnie, weszła bez taryfy ulgowej w nurt światowej nauki. Po drugiej wielkiej wojnie, we Wrocławiu, znów osoba profesora stała się ogniskiem myśli nowych, angażujących poza matematykami także przyrodników, rolników, lekarzy, techników. W domu przy ulicy Orłowskiego odbywały się bowiem „międzydyscyplinarne” dyskusje, poświęcone zastosowaniom matematyki do wymienionych dziedzin. Znam je z drugiej ręki, poprzez fascynację mojej matki, bywającej tam jako zainteresowany tematyką spotkań neurolog. Zastosowania i popularyzacja są, tak jak matematyczne odkrycia i formuły, dziećmi prof. Steinhausa. Rozproszeni po wojnie na tym i tamtym świecie uczniowie służą ich idei w kolejnych już pokoleniach. Z filarów Polskiej Szkoły Matematycznej Marek Kac znalazł się np. w Stanach Zjednoczonych, podobnie jak Stanisław Ulam. Odkryty przez Hugona Steinhausa Stefan Banach, którego rozmowę o matematyce podsłuchał na Plantach w Krakowie, zmarł w sierpniu 1945 roku i spoczywa na cmentarzu Łyczakowskim. W rodzinie do matematycznego wątku tradycji należą: Leon Chwistek, szwagier profesora, również profesor UJK, bardziej co prawda znany z krytyki literackiej i malarstwa, córka Olgi Chwistkowej, Alina Dawidowiczowa, profesor matematyki oraz jej syn Stanisław – postaci znaczne w kręgach „uczonego” Krakowa. Wnuk Michał dodaje tu jeszcze swego przodka po mieczu, Ludwika Wertensteina, ucznia Marii Skłodowskiej-Curie, którego przywiozła ze sobą do Warszawy, aby kierował utworzonym przez nią Instytutem Radowym. HUMANISTYKAPisywałem wówczas recenzje teatralne do „Przeglądu Kulturalnego”. Co tydzień. Po latach martwoty i ociężałości pióra z tą samą pasją jak w pierwszym roku „Kuźnicy”. W ostatnich dniach września 1956 roku, a więc w niespełna sześć miesięcy po spotkaniu z Luk?csem i w trzy miesiące po masakrze poznańskiej, pojechałem do Krakowa na nowego „Hamleta”. Od tego polskiego Elsynoru, gdzie „Dania jest więzieniem”, „ściany mają uszy”, ale ludzie uszu nie mają, zaczął się również mój „Szekspir współczesny”. Jan Kott, ojciec mojego rozmówcy, zięć prof. Steinhausa, w pobłażliwym skrócie mówi tu o swoim przejściu od „nowej” do tradycyjnej humanistyki, która zawdzięcza mu sporo rzeczywistego nowatorstwa. Długo przed Szekspirem współczesnym wykładał mojemu rocznikowi polonistów literaturę współczesną, tj. mówił o książkach pisanych we wczesnym PRL-u, które wszak literaturą nie były. Zajmował się też wtedy, we Wrocławiu i później w Warszawie, badaniem spuścizny literackiej oświecenia, epoki uznanej za obfitującą w „postępowe tradycje”, publikując wiele nieznanych tekstów, co jest trwałą zasługą. Dzieci Jana Kotta są humanistami – z wykształcenia na pewno. Córka Lidia Teresa w dzieciństwie zwana Literką, zajmuje się bibliotekarstwem, mieszkając od dawna w Szwajcarii. Syn Michał wrócił do Polski z amerykańską żoną Tarą i dwiema córeczkami. Starsza, która nosi po babce i ciotce imię Lidia, dobrze mówi po polsku. Młodsza, Julia, uczy się mówić. JESTEM FACHOWCEM OD TEGO SAMEGOMichał Kott zjawił się w ojczyźnie jako dyrektor amerykańskiej fundacji AED, której celem jest pomaganie – poprzez dotacje i szkolenia – organizacjom porządkowym w, najogólniej mówiąc, budowaniu demokracji i społeczeństwa obywatelskiego. Główny nurt pracy stanowią działania edukacyjne i tu można dostrzec nitkę wiążącą wnuka z postacią wielkiego dziadka. W losie i w wyborach życiowych pierwszego pokazuje się wyraźnie ewolucja polskiej duchowości inteligenckiej oraz tradycji i właśnie jej przemiany stały się przedmiotem rozmowy, którą przytaczam. – Studiował Pan humanistykę? – Do jakiej tradycji Pan się przypisuje? – Ta wiara załamała się dość powszechnie, przeżywamy zmierzch pozytywizmu... – W Polsce międzywojennej ta tradycja była w uniwersytetach i np. w PAU. Uczeni akademiccy, tj. pracujący w uniwersytetach, byli „rozsadnikami” niezależnej myśli, vide profesor Steinhaus. – Zapewne, ale i te szczeble osiągali m.in. za niezależność, oryginalność myśli. Był jeszcze jeden ważny rys: tradycja służby społecznej, zaangażowania w sprawy ogółu tych ludzi, którzy mogliby się zajmować tylko swoimi badaniami, dającymi im dostatecznie dużo satysfakcji, by nie szukali jej gdzie indziej. – Rozumiem, że robią to ludzie, których tradycyjnie zaliczamy do inteligencji, niezależnie, co sądzimy o przyszłości tej warstwy? – Czy stara się Pan jakoś z tym uporać? – Pana praca, pomoc organizacjom pozarządowym w budowaniu demokracji, to właściwie zajęcie typowo inteligenckie. Nawet, jak powiedziano by w dwudziestoleciu, misja. Czy można to nazwać biznesem? – Może nie trzeba próbować przezwyciężać tradycji inteligenckiej, ale pokazywać społeczeństwu, jak ona się zmienia? – W jakiej tradycji wychowuje Pan córki? – To nie musi być alternatywa... – Czego Pan oczekuje od swoich dzieci? – Skąd się to umie? Skąd się wie, że tu jest szarość, a ponad nią można pofruwać?
– Co Pan robi, żeby im w tym pomóc? – Prawdopodobnie to będą te same ideały. Bratanek Michała Kotta przyjechał do Warszawy ze Szwajcarii i słuchał części naszej rozmowy. Wybierał się wtedy na studia i myślał o prawie. Samo studiowanie wydaje mu się czymś oczywistym – bez oglądania się na tradycję oraz rodzinne wzory. Wzory przenikają na ogół mimowiednie, próby przeciwstawienia się im modyfikują drogi kolejnych pokoleń. Ciągle są to pokolenia inteligencji i, jak sądzę, ani nie trzeba się tego zapierać, ani odnosić ze szczególnym nabożeństwem. Tekst powstał na podstawie audycji „Rody uczone”, nadawanej cyklicznie w Programie I Polskiego Radia S.A., sponsorowanej przez Fundację na Rzecz Nauki Polskiej. |
|
|