Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 3/1998

Włodzimierz hrabia Dzieduszycki
Poprzedni Następny

Można powiedzieć, że nie ma takiej gałęzi życia umysłowego w kraju,
żeby Włodzimierz Dzieduszycki nie przyłożył do niej swojej opiekuńczej ręki
– pisał z podziwem w roku 1869 Lucjan Siemieński.

Grzegorz Filip

Rys. Piotr KanarekSpotyka się czasem określenie „rewolucja w nauce”. Chodzi przy tym zwykle o wyjątkowy rozwój nauki w pewnym okresie bądź przyspieszenie tempa osiągnięć naukowych w jakiejś dyscyplinie. Myślimy wtedy o przyroście wiedzy i osiągnięciach, a więc zjawiskach dla ludzkości pozytywnych, używamy zaś słowa „rewolucja”, stosowanego przez historyków do określenia procesów zniszczenia i zagłady, terroru i ludobójstwa, zjawisk, które od Robespierre’a i Szeli po Lenina i Pol Pota kojarzą się z tym, co dla ludzkości najgorsze.

W cyklu Mecenasi nauki polskiej, którego publikację rozpoczynamy na naszych łamach, chcę przypomnieć sylwetki ludzi należących najczęściej do arystokracji, warstwy wyeliminowanej fizycznie przez kolejne rewolucje, a w Polsce pozbawionej ostatecznie po II wojnie wypracowanego staraniem pokoleń majątku, znaczenia politycznego i społecznego oraz możliwości pracy dla kraju. To właśnie oni byli przez wieki mecenasami nauki w Polsce, mecenasami z prawdziwego zdarzenia, to znaczy takimi, którzy kochają to, co sponsorują.

Cyklem tym chcę oddać hołd ich pamięci, choć mam świadomość, że nie możemy już zrobić nic, by zrekompensować zbrodnię, jaka dokonała się w imię postępowych ideałów rewolucyjnych. Warstwa, która niegdyś służyła pomocą nauce polskiej, uległa zagładzie. Wszystko, co możemy dzisiaj zrobić, to pamiętać o jej zasługach i przypominać jej portret. Ludzie ci zrobili wiele dla kraju dzięki temu, że byli wykształceni i mieli poczucie powinności.

Nie będę w tym cyklu przywoływał pamięci biednych profesorów, wcale nie tak nielicznych, którzy żyjąc w ubóstwie fundowali młodym adeptom nauki stypendia, nierzadko zagraniczne. Zajmę się natomiast mecenasami pochodzącymi z wielkich, bogatych i sławnych rodzin, które tworzyły polską historię: Branickich, Czartoryskich, Działyńskich, Dzieduszyckich, Jabłonowskich, Lubomirskich, Łubieńskich, Sobieskich, Zamoyskich i innych. Staramy się pamiętać o postaciach naszych uczonych, którzy w przeszłości wnieśli swój wkład do nauki. Pamiętajmy też o tych, którzy umożliwili im pracę, opłacali badania, podróże, tworzyli zbiory botaniczne, zoologiczne, mineralogiczne, kompletowali biblioteki, łożyli na edycję dzieł. Bez ich poświęcenia, pasji i wkładu finansowego niejeden uczony nie miałby możliwości prowadzenia badań czy publikowania ich wyników. Zacznijmy od sylwetki Włodzimierza Dzieduszyckiego (1825-99), twórcy Muzeum im. Dzieduszyckich we Lwowie.

WTAJEMNICZENIE

Ten żyjący w XIX wieku hrabia był przyrodnikiem i kolekcjonerem, przodującym hodowcą i pionierem ochrony przyrody, muzealnikiem i organizatorem życia społecznego. Można rzec, iż od dzieciństwa przygotowywano go do pełnienia tych ról. Oboje rodzice uczyli go obserwować przyrodę i systematycznie notować fakty. Matka, Paulina z Działyńskich, kolekcjonowała konchylia, czyli gąbki, korale i muszle. Ich oglądanie i katalogowanie było najlepszą lekcją biologii. Ojciec, Józef Kalasanty Dzieduszycki, pokazywał synowi staropolskie zielniki ze swego księgozbioru. Po ojcu też odziedziczył Włodzimierz wielką bibliotekę w Poturzycy, którą przeniósł po śmierci ojca do Lwowa. W roku 1869, jak podaje Siemieński, Biblioteka Poturzycka liczyła 20 tys. tomów, 600 rękopisów i dyplomów, ponad tysiąc autografów i 3 tys. rycin. Ojciec mógł być także wzorem dla przyszłego mecenasa. Sam pomagał bowiem finansowo Ludwikowi Zejsznerowi, młodemu geologowi, jednemu z pierwszych badaczy Tatr. On to właśnie, na zamówienie Józefa Dzieduszyckiego, skompletował zbiór minerałów i skał tatrzańskich, który stał się potem zawiązkiem kolekcji lwowskiej hrabiego Włodzimierza. Ale wróćmy do jego lat młodzieńczych.

Włodzimierz Dzieduszycki był dzieckiem nieśmiałym i słabego raczej zdrowia. Nie odebrał usystematyzowanego, szkolnego wykształcenia. Ówczesne szkoły w Galicji, wymagające wieloletnich, zawsze prawie daremnych mozołów, bo po skończeniu ich najczęściej nic się nie umiało, nie dogadzały widokom światłych i możnych rodziców – pisał w „Ilustrowanym powszechnym kalendarzu dla wszystkich stanów”, w artykule o Dzieduszyckim, Lucjan Siemieński. Rodzice zorganizowali więc naukę w domu. Historii uczyła go matka, innych przedmiotów – nauczyciel domowy. Później, we Lwowie, kształcił go między innymi Wincenty Pol, rozbudzając zainteresowania przyrodnicze, a także historyk August Bielowski. Częstym gościem w domu Dzieduszyckich był wuj Włodzimierza, Tytus Działyński, bibliofil i kolekcjoner, założyciel Biblioteki Kórnickiej, mecenas nauki i sztuki. Wuj wywarł na kilkunastoletniego chłopca duży wpływ, był dlań wzorem bardziej może niż ojciec. Obce zbiory przyrodnicze poznał Włodzimierz w Getyndze i Paryżu. Potem, już jako dorosły, także wiele podróżował, przywożąc nawet z pobytów leczniczych okazy do swych kolekcji.

GOSPODARSTWO

Ojciec pozostawił jedynemu synowi wielki majątek. Były to dobra rozrzucone po wszystkich trzech zaborach. Dziedzic wielkiego majątku – powiada z dydaktyczną pasją Siemieński – mogąc zagasić współczesną sobie młodzież czy to przepychem powozów i koni, czy wspaniałością domu, czy wykwintami stołu, czy kosztownemi fantazyjami – ani się kusił o to. Pomnożył dziedzictwo dzięki dobremu gospodarowaniu, przyłączył też klucze wniesione w posagu przez żonę, Alfonsynę Miączyńską. Gospodarował wzorowo, bogacił się, kupował wciąż nowe majątki. W Zarzeczu założył ośrodek hodowlany. Na wystawach rolniczych w Berlinie, Petersburgu, Paryżu otrzymywał medale towarzystw gospodarczych za pszenicę, tytoń, jedwab, angielską nierogaciznę i chów owiec. Dochody szły przy tym na cele muzealne, zakładanie szkół, pomoc uczonym i artystom, za co zyskał, podobnie jak wcześniej ojciec, niezwykły szacunek społeczny. Miał prosty i poważny styl życia. Początkowo mieszkał w swoich majątkach w Poturzycy i Zarzeczu, potem przeniósł się do Lwowa, gdzie mieszkał niezwykle skromnie w trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Kurkowej 15.

MECENAT

Rodzina Dzieduszyckich wydała wielu wybitnych ludzi. Byli wśród nich politycy, posłowie, filozofowie i historycy, działacze oświatowi, literaci i publicyści, a także znani hodowcy koni. Był Tytus Dzieduszycki (1796-1870), polityk galicyjski i polihistor. Kronikę domową Dzieduszyckich spisał i wydał w roku 1865 Maurycy Dzieduszycki. Dzięki niej ocalały niektóre informacje o mecenacie naukowym hrabiego Włodzimierza, który w swej wielkiej skromności nie zabiegał o rozgłos. Rozrzucając szczodrze pieniądze na cele naukowe i pomoc dla potrzebujących studentów – pisał Marian Tyrowicz – równocześnie jak najdyskretniej ukrywał te fakty, nie roszcząc sobie żadnych tytułów do wdzięczności.

Zajrzyjmy do Kroniki. Gdy Zakład Narodowy im. Ossolińskich – podaje Maurycy – znajdował się w roku 1847 w trudnym położeniu, a musiał urządzić drukarnię, przyszedł mu Włodzimierz w pomoc bezprocentową pożyczką 6 000 guldenów mon. konw. Własnym nakładem wydawał ważne i kosztowne dzieła naukowe, których edycji, ze względu na duże ryzyko, nie chcieli się podejmować drukarze. Były to podręczniki: historii Augusta Bielowskiego, arytmetyki Szymona Krawczykiewicza, fizyki Wojciecha Urbańskiego, geologii Hipolita Witowskiego (dwa tomy z drzeworytami), matematyki Wawrzyńca Żmurka. Sfinansował wydanie czterotomowej edycji Huculszczyzny Włodzimierza Szuchewicza, Owadów łuskoskrzydlnych Teofila Żebrawskiego i Motyli Galicji Maksymiliana Siła-Nowickiego.

W roku 1862 ufundował dwa stypendia przy Wszechnicy Jagiellońskiej w Krakowie, jedno dla docenta weterynarii (800 guldenów rocznie), drugie dla docenta anatomii patologicznej (400 guldenów). Tyle Maurycy Dzieduszycki. Andrzej Śródka w Uczonych polskich podaje natomiast nazwiska zesłańców, więźniów stanu i badaczy, którym Włodzimierz dopomógł finansowo. Są wśród nich: K. Cięglewicz, F. Czaplicki, M. Dalbor, M. Darowski, J. Dziędzielewicz, M. Hordyński i S. Okoniewski. Dzieduszycki był także mecenasem Artura Grottgera.

Prywatne środki pochłaniały też zakładane przez hrabiego instytucje. Wspólnie z Adamem Sapiehą powołał Szkołę Gospodarstwa Leśnego, a samodzielnie: Krajową Szkołę Garncarską w Kołomyi i Muzeum Przemysłu Artystycznego we Lwowie. W latach 80. sponsorował też i organizował wystawy przemysłowe, rolnicze, leśne, łowieckie, archeologiczne i etnograficzne w Krakowie i Lwowie. Gdy w Poznaniu powstawało muzeum przyrodnicze Poznańskiego TPN, Dzieduszycki wspomógł je okazami ze swych zbiorów. Fundował biblioteki i stypendia dla młodzieży, własnym sumptem wysyłał nauczycieli na wystawy zagraniczne. W książce poświęconej twórcy Muzeum im. Dzieduszyckich Gabriel Brzęk wspomina, że Włodzimierz zorganizował w Galicji konkurs na monografie poszczególnych powiatów w dziedzinie historii, geografii, przyrody, gospodarki, etnografii i sztuki ludowej. Ufundował trzy wysokie nagrody i finansował druk nagrodzonych prac. Ożywiał w ten sposób ruch umysłowy i etnograficzno-krajoznawczy.

MUZEUM

Największego jednak wysiłku finansowego wymagało założone we Lwowie muzeum przyrodnicze. Kronika domowa Dzieduszyckich podaje jego zasoby w roku 1865. Zbiór zoologiczny składał się wówczas z 4 tys. gatunków i zawierał ponad 16 tys. egzemplarzy. Na zbiór botaniczny składało się 2 tys. gatunków i 10 tys. okazów. Zbiór mineralogiczny, ten zainicjowany przez Zejsznera, liczył 460 skał i minerałów, 280 gatunków muszli skamieniałych, razem – 2 tys. okazów. Dzieduszycki zakupił początkowo kamienicę u zbiegu ul. Fredry i Batorego, a następnie pałacyk przy ul. Kurkowej. I tu nie mieściła się rosnąca kolekcja. Dział przyrodniczy, mineralogiczny i prehistoryczny zostały więc w roku 1868 przeniesione do kamienicy przy ul. Teatralnej 18.

Twórca muzeum zastosował profesjonalną metodę organizacji zbiorów. Wytknął sobie jako zadanie muzealno-dydaktyczne zobrazowanie rozwoju danego gatunku zoologicznego w całym jego procesie życiowym – powiada Tyrowicz. Wprowadził więc do polskiego muzealnictwa przyrodniczego klasyfikację G. Cuviera w układzie fauny i S. Endlichera w układzie flory. Jako jeden z pierwszych w Polsce wprowadził metodę skansenowską w ekspozycji etnograficznej. Polegała ona na trójwymiarowym ukazaniu środowiska życia danej społeczności historycznej, miast zamykania poszczególnych eksponatów w gablotach. Naukowi ludzie krajowi i zagraniczni – pisał z podziwem Siemieński – mają sposobność korzystać z tych rzadkich w swoim rodzaju zbiorów, dokonanych przez prywatnego człowieka, kiedy zwykle w innych krajach łożą na to rządy ogromne sumy. Ostatnie dwadzieścia lat życia spędził Dzieduszycki na pracy naukowej i opracowaniu zbiorów. Wydał też przewodnik po swojej kolekcji. Muzeum było głośne w Europie – stwierdza Marian Tyrowicz – jako jeden z nielicznych przykładów wyczerpującego muzealnego przeglądu kraju pod względem przyrody, geologii i folkloru. Placówka została udostępniona w roku 1855, w 1880 założyciel ofiarował Muzeum im. Dzieduszyckich narodowi, a w roku 1893 utworzył Ordynację Poturzycką w celu zapewnienia placówce bytu materialnego. Obecnie zbiory Dzieduszyckich tworzą ukraińskie muzeum przyrodnicze.

Włodzimierz Dzieduszycki był człowiekiem wyjątkowym. Łączył w sobie zamiłowanie do nauki i jej upowszechniania, umiejętność pomnażania majątku, skłonność do pożytecznego wydawania dochodów i przesadną wręcz skromność. Nie przypadkiem jego właśnie portret otwiera cykl o mecenasach nauki polskiej.

Uwagi.