Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 5/1998

Amerykanka o Polce
Poprzedni Następny

Amerykanka o Polce

Dysponowaliśmy dotąd relacjami rodzinnymi, z których najbardziej znane były wspomnienia córek Marii Curie. W roku 1990 udostępniono we Francji materiały archiwalne dotyczące małżeństwa Curie, przede wszystkim pamiętnik, który Maria zaczęła pisać po tragicznej śmierci Piotra. Amerykańska dziennikarka Susan Quinn napisała na podstawie tych materiałów Życie Marii Curie. W pracy wykorzystała m.in. wspomnienia: Józefa Skłodowskiego, brata Marii, Heleny Skłodowskiej-Szalay, siostry, Macieja Szukiewicza, kolegi z dzieciństwa oraz dzieje rodziny Skłodowskich, spisane przez Władysława, ojca Marii, relacje obu córek Marii, jej listy i korespondencję rodzeństwa, przyjaciół i rodziny Curie.

Dzieciństwo przyszłej uczonej przedstawia Quinn zajmująco na szerokim tle rodzinnym i historycznym. Książka przeznaczona jest dla czytelnika obcego, stąd konieczność przybliżania w szczególny sposób polskiego kontekstu kulturowego i historii Polski. Wielu czytelników nie zaakceptuje z lekka feministycznej perspektywy spojrzenia na biografię noblistki. A Skłodowska nadaje się doskonale na feministyczną bohaterkę: "niezależnie myśląca sceptyczka", emancypantka aktywnie zdobywająca wiedzę i odważnie romansująca, kobieta w "zdominowanym przez mężczyzn" środowisku naukowym, pierwsza kobieta-laureatka Nobla, ofiara konwencji obyczajowych, zraniona przez mężczyznę, który nie chciał się zdecydować na małżeństwo wbrew woli rodziców itd. Autorka zachwyca się więc przykładami "kobiecej niezależności", przywołuje kontekst pozytywistycznego ruchu emancypacji kobiet i z lubością udowadnia, że kobieta nie jest gorsza. Nie znajdziemy za to w tej książce Marii Skłodowskiej-Polki, oczywiście poza informacjami o rodowodzie, a to dlatego, że autorka, hołdując obecnej modzie, prezentuje uraz na punkcie "nacjonalizmu".

Młodość Marii ma, niestety, nadal białe plamy. Najmniej wiemy o romansie z Kazimierzem Żórawskim. Szkoda też, że autorka biografii nie potrafi pokazać źródeł zainteresowań badawczych Marii Curie tak dobrze, jak ukazała źródła romansu z Paulem Langevinem. Skąd wzięło się u młodej dziewczyny zaintrygowanie badaniami laboratoryjnymi - pozostaje nadal tajemnicą. Naiwnie brzmią przy tym próby wywiedzenia pasji badawczej Marii Skłodowskiej z romantycznego charakteru Polaków. Upór i zawziętość w dążeniu do celu miałyby być efektem przeżycia dzieciństwa i młodości w zniewolonym kraju. Bardzo to wątpliwa geneza

Najciekawsze są partie poświęcone samym odkryciom małżeństwa Curie. Żyli oni w ciekawych czasach, gdy w nauce działo się tak wiele, a badania nad promieniotwórczością i zjawiskami atomowymi niemal co tydzień przynosiły nowe odkrycia i teorie. Quinn pokazuje w udany sposób konkurencję między badaczami. Obala mit o tym, że Curie żyli w biedzie i nie mieli środków na badania. Kreśli niezwykle ciekawy portret Piotra, człowieka skromnego, pozostającego poza intrygami, koteriami i układami, którego nie interesowały odznaczenia i członkostwo areopagów.

Zajmujące są kulisy otrzymania obu nagród Nobla, które nie miały wówczas takiego prestiżu jak obecnie, ale prasa francuska nadała mu niesłychany rozgłos i przysporzyła państwu Curie niespodziewanej popularności. Ujmująca jest drobiazgowość relacji autorki, która przytacza zapisy z prowadzonej przez Marię książki wydatków, z jej notatnika przepisuje uwagi o rozwoju dzieci, a w listach Piotra doszukuje się udziału obojga w seansach mediumicznych słynnej Eusapii Palladino. Wzruszają fragmenty malujące rozpacz Marii po stracie ukochanego męża.

Książka Quinn, portret niezwykłej kobiety, powinna była powstać w Polsce. Nasi autorzy mają jednak zawsze ważniejsze tematy.

(fig)

Susan Quinn, Życie Marii Curie, tłum. Anna Soszyńska, Wydawnictwo PRÓSZYŃSKI i S-KA, Warszawa 1997, seria: Na Ścieżkach Nauki.

Nie tylko IQ

Przez kilkadziesiąt lat w psychologii szaloną karierę zrobił IQ, czyli iloraz inteligencji. Testy na IQ miały określać predyspozycje człowieka, jego zdolności, właściwie - jego wartość. Skąd ta niesamowita kariera? Testy, o których mowa, wymyślił w początku obecnego stulecia francuski psycholog, Alfred Binet. Dyrektor laboratorium psychologicznego w Sorbonie dostał z francuskiego Ministerstwa Edukacji zlecenie opracowania testu służącego do identyfikacji uczniów, którzy mają problemy z nauką. Test stworzony przez Bineta pozwalał określić umiejętności ucznia w zakresie operowania prostymi kategoriami z życia codziennego - wynik był przedstawiany w postaci tzw. wieku umysłowego. William Stern, niemiecki psycholog, stwierdził, że należy wiek umysłowy dzielić przez wiek biologiczny - w ten sposób narodziło się pojęcie ilorazu inteligencji, czyli IQ.

Kariera testów zaczęła się, gdy trafiły one do Ameryki Północnej. Tam stwierdzono, że są one idealnym narzędziem do określania poziomu rozwoju umysłowego człowieka. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych pojęcie IQ oraz stosowanie testów stało się bardzo popularne i powszechne. Naukowcy badający różne populacje odkrywali np. że murzyni mają średnio niższy iloraz inteligencji niż biali. Zaczęto stąd wysnuwać wnioski na temat ras i ewolucji. "Inteligencja" zafunkcjonowała jako niezależna kategoria. Używamy tego określenia, jak czegoś zrozumiałego samo przez się. Tymczasem nie ma jednej i jednoznacznej definicji inteligencji. Nie ma też naukowej teorii inteligencji. Szybko pojawiły się liczne zarzuty wobec testów IQ. Skonstruowano testy, w których murzyni wypadali lepiej niż biali, a nawet testy, które wykazywały wyższość indian nad innymi rasami. Coraz częściej inteligencję zaczyna się określać po prostu jako zdolność do uczenia się. Co więc naprawdę mierzą testy na inteligencję? Niektórzy twierdzą, że jedynie zdolność do rozwiązywania tego typu testów. Kariera IQ była wynikiem ekstrapolacji metody badawczej. Podobne przypadki nie są w nauce rzadkością. Bardzo często zdarza się, że naukowiec dostosowuje wyniki badań do swoich oczekiwań. Widzi to, co chciałby zobaczyć. Tak było m.in. ze słynną zimną fuzją.

Słynne naukowe pomyłki popełnione w dobrej wierze przedstawia A. K. Dewdney w książce Yes, we have no neutrons, wydanej w Polsce pod znacznie bardziej frapującym tytułem Uczniowie czarnoksiężnika. Autorka rozprawia się z teoriami Freuda, opisując przypadki rzekomych sukcesów klinicznych jego metody. Ujawnienie pomyłek często kończy się dla zapatrzonego we własne sukcesy naukowca klęską życiową - tak było w przypadku szanowanego i uznanego fizyka francuskiego, Ren? Blondlota, odkrywcy rzekomych promieni N. Jednak kompromitacja odkrywców zimnej fuzji bynajmniej nie pozbawiła ich naukowego zajęcia. Pojawił się bowiem sponsor, który widzi możliwość kontynuowania podjętej przez Fleishmanna i Ponsa pracy.

Dewdney zastanawia się nad mechanizmami pomyłek w nauce. Rozważa też konsekwencje błędów nie tylko dla samych naukowców, ale także dla dalszego rozwoju nauki. Okazuje się, że czasami pomyłki otwierają nowe horyzonty badawcze. Bynajmniej nie zniweczyły prac nad sieciami neuronowymi zawiedzione nadzieje naukowców na stworzenie myślącego i uczącego się komputera.

(mag)

A. K. Dewdney, Uczniowie czarnoksiężnika. Nauka, która zbłądziła, tłum. Danuta Czyżewska, Wydawnictwo AMBER, Warszawa 1997, seria: Tajemnice Nauki.

Historia akademicka

Wyższe wykształcenie zdobywa obecnie w Polsce blisko 30 proc. młodzieży. Padają postulaty - są to zresztą tendencje światowe - aby wskaźnik scholaryzacji zwiększyć w przyszłości nawet do 50 proc. Zapewne wkrótce staną się one potrzebami, choćby ze względu na kurczący się rynek pracy. Wydaje się naturalne, że coraz większa część młodzieży będzie miała szansę poszerzyć swoje horyzonty myślowe, zdobędzie lepsze przygotowanie do pracy zawodowej czy nawet tylko zetknie się ze środowiskiem akademickim.

W toczących się dyskusjach o powstającym modelu szkolnictwa wyższego dość rzadko odwołujemy się do doświadczeń historycznych. Dokonywane porównania nie zawsze są też adekwatne, bo z reguły, operując jakimiś danymi, nie przywołuje się całego kontekstu historycznego i okoliczności związanych z daną sytuacją. Ale wiedzieć, jak to było kiedyś, zawsze warto.

Rzadko zdajemy sobie np. sprawę, że studenci w przedwojennej Polsce stanowili jedynie 1-2 proc. swojej grupy wiekowej i jeszcze mniejszy odsetek ludności całego kraju. W roku akademickim 1928/29 liczba studentów wynosiła 43 tys. Była to zatem rzeczywiście elita. Dziś, przy porównywalnej liczbie ludności, jest ich niemal 25 razy więcej. Studenci przedwojenni, głównie ze względów finansowych, studiowali znacznie dłużej niż dzisiejszy żak. Przeciętnie 50 proc. studentów uzyskiwało dyplom ukończenia szkoły wyższej dopiero po 7-9 latach studiów. Kobiety stanowiły bardzo niewielki procent studentów. Potwierdzenie w faktach historycznych znajduje też pogląd o bardzo patriotycznej postawie młodzieży. W roku 1918 w Warszawie do służby wojskowej zgłosiło się ok. 75 proc. wszystkich zapisanych na studia. Wielu z nich zamieniło koszary wojskowe na ławy studenckie dopiero po wojnie 1920 roku.

Wszystkie te fakty i wiele jeszcze innych, przywołuje książka krakowskiego historyka Andrzeja Pilcha Rzeczpospolita akademicka. Studenci i polityka 1918-1933. Ten sam autor wydał w 1972 roku książkę Studencki ruch akademicki w Polsce w latach 1932-1939. Tak więc rozdzielone ćwierćwieczem powstały komplementarne pozycje analizujące studenckie zachowania i postawy w dwudziestoleciu międzywojennym. Autor, na podstawie szerokiego wyboru materiałów archiwalnych i czasopism akademickich, przedstawia, głównie na przykładzie stowarzyszeń studenckich, działalność studentów na różnych polach życia akademickiego. Czyni to przede wszystkim w odniesieniu do działalności politycznej oraz społecznej i pokazuje powiązania z "dorosłym" życiem politycznym. Okres, o jakim pisze autor - budowania tkanki państwowej i społecznej po odzyskaniu niepodległości, kiedy zaangażowanie młodzieży było naturalne i spontaniczne - był bogaty w wydarzenia. Książka przywołuje dziesiątki faktów historycznych dotyczących życia akademickiego i choć nie czyta się jej łatwo, bo nie jest to książka pisana popularnie, to ilość zgromadzonego materiału sprawia, że powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich, którzy chcą dowiedzieć się, jak wyglądało ongiś życie akademickie.

(as)

Andrzej Pilch. Rzeczpospolita akademicka. Studenci i polityka 1918-1933, Wydawnictwo Naukowe KSI GARNIA AKADEMICKA, Kraków 1997.

Wolny wybór

Nasz kraj ubiega się o wejście do struktur europejskiej wspólnoty. Jeżeli negocjacje zakończą się powodzeniem, będzie to dla nas oznaczać nie tylko pewne udogodnienia, ale - i przede wszystkim - obowiązki. Musimy wówczas podporządkować się ustawodawstwu Unii, a to wiąże się m.in. z oddaniem części kompetencji naszych władz urzędnikom UE. Jak każdy aparat państwowy, tak i agendy rządowe "Piętnastki" zorganizowane są biurokratycznie. Dobrze więc zdać sobie sprawę z istoty takiego zarządzania, zanim pogrążymy się we wnętrznościach europejskiego molocha.

Ludwig von Mises (1881-1973), wybitny ekonomista, przedstawiciel tzw. szkoły austriackiej w ekonomii, napisał Biurokrację w 1944 roku, kiedy trwały jeszcze działania wojenne, a hitlerowskie Niemcy i stalinowski Związek Sowiecki były żywym przykładem skrajności systemu biurokratycznego. Może to niektórych zdziwi, ale liczne z opisywanych w książce przykładów są nam znane - zarówno z krajowego podwórka (i to nie tylko z komunistycznej przeszłości), jak i z opisów funkcjonowania niektórych krajów zachodnich, a także samej Unii Europejskiej. W połowie XX wieku Mises nazwał Francję, Niemcy i Rosję klasycznymi państwami biurokratycznymi i chyba w niewielkim stopniu - o ile w ogóle - zmieniło się to do naszych czasów.

Zarządzanie biurokratyczne polega na ściśle przestrzeganej hierarchii urzędniczej i precyzyjnym wykonywaniu ustalonych odgórnie przepisów, reguł i wytycznych. Dlatego jest alternatywą zarządzania nastawionego na zysk. Dodajmy: jedyną. Nie ma żadnej trzeciej drogi (Mises wiedział o tym już pół wieku temu). Z tego też względu biurokracja wiąże się z systemami centralnie planowanymi i sterowanymi: socjalizmem, komunizmem, wszelkimi totalitaryzmami. Ale nie tylko z nimi. Biurokracja nie jest bowiem wynalazkiem dyktatur naszego stulecia. Znamy ją niemalże od zarania dziejów. Wszelkie państwowe struktury i jednostki mogą być zorganizowane właściwie tylko w sposób biurokratyczny. Inaczej prowadzi to do anarchii. Dlatego biurokrację spotykamy wszędzie na świecie.

Zasługą Misesa jest to, że odbiera pojęciu biurokracji negatywne konotacje. Sama w sobie nie jest ona bowiem niczym złym. Przecież trudno sobie wyobrazić np. armię zarządzaną jak przedsiębiorstwo nastawione na zysk. Dlatego ważne jest, by umieć rozpoznać prawdziwe zagrożenie dla systemu wolnorynkowego, jakim jest rozszerzanie kompetencji urzędników państwowych na kolejne dziedziny i sfery, będące dotychczas wyłączną domeną indywidualnych obywateli, rynku i - przede wszystkim - rachunku ekonomicznego. W systemach demokratycznych, gdzie władze powoływane są drogą wyborów powszechnych, odpowiedzialność za wyniesienie polityków na ważne stanowiska państwowe spada w całości na nas - wyborców. To my powinniśmy mieć świadomość, komu oddajemy w ręce władzę nad sobą. Jeżeli z własnej i nie przymuszonej woli popieramy zwolenników zwiększania udziału państwa w kontroli gospodarki i całej sfery życia publicznego, głosicieli centralnego sterowania i uszczęśliwiania ludzi na siłę, wówczas nie możemy mieć pretensji do urzędników państwowych, że ingerują w nasze życie bardziej niż byśmy tego chcieli. Biurokracja bowiem, na zasadzie samonapędzającego się mechanizmu, ma tendencje do rozrastania się, urzędnicy chętnie podkreślają własną ważność i zasługi. Państwowa posada, bezpieczna i rentowna, staje się wartością samą w sobie, o którą warto walczyć. Zasłanianie się wtedy służbą państwową - to już tylko mowa-trawa.

(mer)

Ludwig von Mises, Biurokracja, tłum. Jan Kłos, Instytut Liberalno-Konserwatywny, Lublin 1998.

Pofilozofować inaczej...

Powyższy tytuł, nie będący bynajmniej złośliwą parafrazą rozpowszechnionych we współczesnym, politycznie poprawnym świecie, dziwolągów frazeologicznych typu "kochający inaczej", "sprawny inaczej" bądź "mądry inaczej", jest myślą przewodnią zbioru szkiców poznańskiego filozofa Zbigniewa Drozdowicza. Owe "bez mała filozoficzne" eseiki nie przynoszą zresztą szczególnie ważkich oraz istotnych (wyjąwszy punkt widzenia ich autora) podsumowań i generalizacji, na co mógłby wskazywać sugerujący pewne uogólnienia tytuł. Wręcz przeciwnie. Są one ewidentnie subiektywne, przedstawiając wyłącznie świat postrzegany przez człowieka, któremu na dodatek przyszło być filozofem.

Szkic - wedle autora - programowy, czyli O filozofię żywą, a przynajmniej bliższą życiu, jest zarazem wyrazem hołdu złożonego przez autora ulubionym i cenionym nade wszystko filozofom: Montaigne'owi, Kartezjuszowi, Wolterowi, Renanowi, Ajdukiewiczowi, Bocheńskiemu i Kołakowskiemu. Szkice pozostałe stanowią publicystyczno-filozoficzny komentarz autora wobec pewnych (przyznaję, niesympatycznych) zjawisk polskiego życia społeczno-politycznego (Demokracja po polsku, Współczesne mity polskie, Agresja słowa w tak zwanej wysokiej kulturze) bądź też w króciutkim - siłą rzeczy - zarysie przedstawiają problematykę związaną z pojęciem (i pojmowaniem) demokracji czy też liberalizmu (Demokracja europejska, Liberalizm - mitologia, ideologia, konieczność dziejowa). Na plan pierwszy w tym zestawieniu wysuwa się tekst zatytułowany: O rozumnym egoizmie i wyrachowanym altruizmie - intelektualny portret człowieka epoki ponowoczesnej, skonstruowany w nawiązaniu do twórczości Zygmunta Baumana, wraz z ukazaniem tkwiących w europejskiej myśli korzeni, z których tytułowe cechy wyrastają, i nieco niejasnym zakreśleniem horyzontów, poza które nie sięgają. Ze względu na zawodowe zainteresowania Zbigniewa Drozdowicza, obejmujące przed wszystkim myśl francuską oraz samą Francję i Francuzów, wspomnianego powyżej człowieka ponowoczesnego umiejscawia autor właśnie w tym kraju. Pomimo to, nakreślony przez autora portret ma odniesienia także do przeciętnych przedstawicieli klasy średniej świata zachodniego.

Niestety, szkic ów zbyt wyraźnie odstaje od reszty. W zasadzie jest jedynym, który nieco wznosi się ponad swoisty partykularyzm i subiektywizm, o które trudno zresztą mieć do autora pretensje, gdyż o takim nacechowaniu całości pracy lojalnie uprzedza on już we wstępie. Niemniej, z tego powodu eseje zamieszczone w tomie w nieco zbyt dużym stopniu przypominają jednocześnie kronikę towarzyską, pamiętniki oraz artykuły prasowe, tracące świeżość w chwilę po ich przeczytaniu (a może nawet nieświeże już w momencie zejścia z maszyn drukarskich). Również z naukowego punktu widzenia nie wnoszą one wiele nowego do dorobku nauk społecznych czy też filozoficznych i, z całą pewnością, zamiast obszernych artykułów wystarczyłoby podać jedynie indeks oraz bibliografię.

Cytując autora: Jakaś epoka niewątpliwie się kończy. Rzecz tylko w tym, że dokładnie nie wiadomo jaka (...). Tak czy inaczej czas na podsumowania (...). Powiem zatem krótko: osobiście wydaje mi się, że przyszło nam żyć w okresie "górnym, chmurnym i durnym", i odnoszę wrażenie, że wszystko to powoli przemija. Niezbywalnym prawem autora jest "pofilozofować inaczej", a później to opublikować. Jednakże czytać - to już czysta strata czasu (aczkolwiek obowiązek recenzenta). Jak mawiał sławetny Bohdan Chmielnicki: "szkoda howoryty, Lachy".

(kpuch)

Zbigniew Drozdowicz, Z perspektywy końca pewnej epoki. Szkice bez mała filozoficzne, Wyd. Fundacji Humaniora, Poznań 1997.

Uwagi.