Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 6/1999

Dwa miesiące w Oxfordzie
Poprzedni Następny

Przywileje! To słowo nadaje się do opisu Oxfordzkiej rzeczywistości
jak żadne inne. Posiadanie określonej ich liczby odzwierciedla miejsce
zajmowane w akademickiej hierarchii.

Maciej Witek

image079.jpg (29399 bytes)
Merton College

Do Oxfordu przyjechałem w połowie stycznia 1997 roku na dwa miesiące pobytu ufundowanego przez Merton College i Fundację im. Stefana Batorego. Byłem wtedy studentem piątego roku Uniwersytetu Jagiellońskiego i pracowałem nad rozprawą magisterską z zakresu analitycznej filozofii języka. W tej dziedzinie badań Brytyjczycy mają silną tradycję i wiele osiągnięć.

Na portierni Merton College - ponoć najstarszego z uniwersyteckich budynków - otrzymałem klucz do stancji, którą odnalazłem po kilkuminutowym spacerze. Oznaczało to, że nie będę musiał tracić czasu na dojazdy. Oxford jest małym miastem, po którym najlepiej poruszać się piechotą lub rowerem. Można wtedy lepiej poznać miasto. Wszystkie ważniejsze biblioteki oraz instytucje uniwersyteckie skupione są w historycznym centrum.

STUDENCI I DOKTORANCI

Pierwszego dnia obiecałem sobie kilka tygodni spokojnej pracy w bibliotece, jak na stypendystę przystało. Jednak miało się okazać, że wąsko pojmowałem ideę uniwersyteckiego kształcenia. Podczas wizyty w administracji mojego college'u pojawiły się dwa problemy. Pierwszy dotyczył członkostwa w Junior Common Room (JCR) lub w Middle Common Room (MCR), a drugi - wyboru mojego tutora, czyli opiekuna naukowego. Z rozmów pracownic administracji wynikało, że ten pierwszy problem jest znacznie poważniejszy niż drugi. W czym rzecz?

Otóż studia w Oxfordzie polegają na uczestnictwie w dwóch sferach życia akademickiego. Pierwsza jest tradycyjna, składa się z wykładów, ćwiczeń i seminariów oraz tutoriali i pracy własnej w bibliotece. Wejście w drugą sferę oznacza aktywne uczestnictwo w studenckich klubach i społecznościach, organizacjach i zrzeszeniach. Ten nurt życia akademickiego jest stawiany na równi z tradycyjnym. Uniwersytet ma kształcić w najszerszym tego słowa znaczeniu, a więc przygotować młodych ludzi do życia we współczesnym społeczeństwie nie tylko od strony teoretycznej. Uczy współpracy z ludźmi o odmiennych profesjach, specjalizacjach i punktach widzenia. Realizacji tego celu sprzyja kolegialna struktura uczelni. O studenckiej tożsamości decyduje przede wszystkim przynależność do college'u, a nie wybrany kierunek studiów.


Sala jadalna, czyli Hall

Podział Uniwersytetu Oxfordzkiego wywodzi się ponoć z czasów, kiedy ośrodkami życia umysłowego były klasztory. Z połączenia zakonnych kolegiów miał powstać uniwersytet. Inni zaś utrzymują, że pomysł wspólnego mieszkania studentów i nadzorujących ich mistrzów miał zaradzić pladze częstych awantur i bijatyk tych pierwszych z ówczesnymi mieszczanami. Tak czy owak dzisiejsze college'e to relatywnie niewielkie wspólnoty, których najmłodsi członkowie studiują różne dyscypliny, od nauk humanistycznych do ścisłych. Stanowią oni grupę tzw. undergraduates, czyli studentów ubiegających się o pierwszy tytuł naukowy. Spotykają się w JCR, czyli pomieszczeniu, do którego tylko oni mają dostęp. Mogą tam odpocząć, obejrzeć prasę lub telewizję, zorganizować spotkanie lub wspólną imprezę. Ale JCR to nie tylko pomieszczenie, a przede wszystkim mała społeczność, która ma swój samorząd oraz indywidualną tradycję. Ponadto w każdym college'u znajduje się także MCR, w którym rządzą doktoranci. Problem z moją przynależnością wziął się stąd, że studia w polskim uniwersytecie trwają pięć lat, a w brytyjskim tylko trzy. Z uwagi na brak tytułu, powinienem należeć do JCR, ale wiekowo pasowałem raczej do MCR. Ponadto, w odróżnieniu od czysto brytyjskiego środowiska JCR, doktoranci pochodzili z różnych krajów, więc byli mi bliżsi. Ostatecznie sprawę rozstrzygnięto na moją korzyść. Nobilitowano mnie do MCR.

Rozwiązanie drugiego problemu nie zajęło już tak wiele czasu. Moim tutorem został Tom Stoneham, młody filozof zajmujący się problematyką umysłu i języka. Podczas pierwszego spotkania uzgodniliśmy tematykę naszych cotygodniowych spotkań, otrzymałem odpowiednią listę lektur.

HIERARCHIA AKADEMICKA

Centrum codziennego życia stanowiła sala jadalna, czyli hall. Słyszałem, że college'e rywalizują między sobą o najlepszego kucharza. Niemniej jednak miejsce, o którym wspomniałem, służy nie tylko zaspokajaniu jednej z podstawowych potrzeb życiowych. W hallu można spotkać trzy razy dziennie niemal każdego członka college'u, począwszy od undergraduates, poprzez doktorantów, a skończywszy na fellows, czyli kadrze profesorskiej. Przy jedzeniu umacnia się wspólnota i uwidacznia jej hierarchia. Gotyckie sklepienie wysokiej sali wprowadzało atmosferę sakralną, tyle że na ścianach nie wisiały portrety świętych, ale wizerunki nie mniej poważanych fundatorów i sponsorów. Każdego wieczoru, prócz soboty, można było wybrać pomiędzy dwiema kolacjami. Pierwsza, nieco wcześniejsza, była równie nieoficjalna, co śniadanie i obiad. Drugą zwano Formal Hall. Obowiązywały wtedy stroje wieczorowe i bardziej konwencjonalne tematy rozmów. Sztuka jedzenia polegała tam nie tylko na właściwym posługiwaniu się sztućcami, ale i na umiejętności prowadzenia kulturalnej konwersacji.

Hierarchię sali jadalnej zamykał High Table. Stół ten, niewidoczny dla zwykłych zjadaczy frytek i jaj na bekonie, znajdował się na antresoli przypominającej kościelny chór. Zasiadali tam fellows, a doktoranci mieli przywilej jadania razem z nimi raz czy dwa razy do roku.

Przywileje! To słowo nadaje się do opisu Oxfordzkiej rzeczywistości jak żadne inne. Posiadanie określonej ich liczby odzwierciedla miejsce zajmowane w akademickiej hierarchii. Jako stypendysta miałem przywilej pójścia na Formal Hall i zaproszenia jednego gościa. Mogłem korzystać z czytelni i wypożyczalni, a po uzyskaniu karty studenta-gościa - z pozostałych uniwersyteckich bibliotek.

Młody człowiek wstępujący w mury Uniwersytetu Oxfordzkiego nie twierdził, że jemu "wszystko się należy". Akceptował swoje miejsce w społeczności. Z drugiej strony należy dodać, że oferowano mu wiele. Nie musiał martwić się, czy otrzyma miejsce w akademiku, czy też będzie musiał szukać stancji. Administracja college'u dba, by nie przyjmować większej liczby studentów niż pozwalają warunki lokalowe. Jeżeli zaczyna brakować pokoi, administratorzy decydują np. o zakupie kamienicy, która służy studentom jako stancja. Właśnie w jednej z takich kamienic znalazłem mieszkanie. Kolejnym udogodnieniem jest biblioteka, otwarta od wczesnego ranka do północy. Czytelnicy poruszają się wśród półek bez nadzoru pracowników, swobodnie penetrując księgozbiór. Zupełną rewelacją okazała się dla mnie sala komputerowa, otwarta całą dobę. Wszystkie komputery były podłączone do Internetu oraz drukarki - rzecz zrozumiała, skoro opiekunowie naukowi wymagali prac pisemnych w formie wydruku. Wszystkie te udogodnienia szalenie ułatwiają studiowanie, a przede wszystkim najważniejszą jego część - pracę własną.

POD OPIEKĄ TUTORA

Dzięki pracy własnej oraz systemowi tutoringu - to, według mnie, najlepszy z tamtejszych wynalazków - studia w Oxfordzie trwają zazwyczaj 3 lata. Co więcej, rzadkością są sytuacje, kiedy będąc undergraduate można zgłębiać tylko jeden przedmiot. W Wielkiej Brytanii dawno już odkryto, że żaden kierunek nie daje konkretnego zawodu, więc przyjęto strategię interdyscyplinarnego kształcenia, węższe specjalizacje pozostawiając doktorantom. Po treningu w kilku dziedzinach można łatwiej dostosowywać się do zmiennych warunków panujących na rynku pracy. Nie znaczy to jednak, że tym samym skazano studentów na powierzchowną wiedzę. Większość czasu spędzają oni nie na wykładach i ćwiczeniach, ale w bibliotekach, przygotowując się do cotygodniowych spotkań z opiekunami.

Efektywność tego systemu dane mi było poznać na własnej skórze. A także jego elastyczność. Studentowi pozostawia się sporo swobody. Tylko kilka kursów jest obowiązkowych, a reszta - do wyboru. Należy jedynie spełnić określone wymogi ilościowe, przechodząc zazwyczaj przez dwa progi egzaminacyjne: initial exams, najczęściej po pierwszym roku, oraz final exams. Niemniej jednak każda decyzja dotycząca indywidualnego przebiegu studiów musi być przedyskutowana z opiekunem naukowym. Zna on swoich podopiecznych z cotygodniowych spotkań. Przed każdymi tego typu konsultacjami należy dostarczyć napisany wcześniej esej, z którego następnie trzeba się wybronić. Po takim treningu napisanie pracy magisterskiej nie jest obezwładniającym zadaniem.

Rzecz jasna, taka formuła studiów wymaga pewnych rozwiązań instytucjonalnych. Jako asystent wiem, że przygotowanie zajęć dydaktycznych jest pracochłonne, a w coraz liczniejszych grupach studenci stają się anonimowi. W takiej sytuacji trudno zdobyć się na wysiłek indywidualnego podejścia do każdego, nie mówiąc już o sprawdzaniu i dyskutowaniu prac pisemnych.

W Oxfordzie problem ten nie istnieje, bo obowiązki wykładowcy i opiekuna naukowego są rozdzielone. Podczas gdy jedni pracownicy są zatrudnieni w charakterze wykładowców, inni występują w spisie osobowym uczelni jako tutorzy. Z jednym z nich miałem okazję współpracować. Mój opiekun mieszkał w college'u, zajmując apartament z gabinetem do pracy. Odwiedzałem go raz w tygodniu. Tematem rozmowy był zawsze esej, który musiałem dostarczyć z dwudniowym wyprzedzeniem. Kiedy po godzinie krytycznej dyskusji nie zostawało już na mnie suchej nitki, dostawałem nowy problem do opracowania i kilka sugestii dotyczących lektur. Z tego co wiem, pod koniec każdego trymestru tutor formułował opisową ocenę postępów w pracy swoich podopiecznych, która wędrowała do władz college'u. Opinie te miały potem wpływ na końcowe oceny.

POTRZEBY RYNKU PRACY

Siłą rzeczy najbardziej interesowała mnie formuła studiów filozoficznych. Okazało się, że studiowanie wyłącznie tego kierunku jest niemożliwe. Istnieje za to siedem tzw. Joint Schools - nazwijmy je połączonymi kierunkami - które oferują m.in. edukację filozoficzną oraz możliwość zakończenia studiów z tytułem magistra (MPhil) lub bakałarza (BPhil) filozofii. Najpopularniejsze są dwa połączenia: tzw. PPE (Philosophy, Politics, Economics), obejmujący filozofię, politologię i ekonomię, oraz Classics - studia klasyczne, na które składają się kursy z literatury, filozofii i historii starożytnej oraz archeologii. Roczne limity przyjęć na oba kierunki wynoszą odpowiednio 300 i 130 osób.

Pozostałe połączenia to: PPP (skrót od Psychology, Philosophy, Physiology), obejmujący psychologię, filozofię i fizjologię (limit przyjęć 90 osób), filozofię i języki współczesne (19 osób), a także fizyka i filozofia, matematyka i filozofia oraz filozofia i teologia (po 15 osób).

Przytoczona statystyka - dane za rok 1997 - pozwala uzmysłowić sobie cel uniwersyteckiego kształcenia. Ogółem przyjmuje się na studia filozoficzne blisko 600 osób rocznie, z czego 300 na kierunek bardziej przygotowujący do kariery poza uczelnią niż wewnątrz niej. Informator zachęcający do wstąpienia na kierunek PPE oraz inne zawierające filozofię podkreśla płynące z takiego wykształcenia zalety: zdolność abstrakcyjnego i krytycznego myślenia oraz umiejętność precyzyjnego formułowania swoich poglądów i jasnej ich argumentacji. Zalety te są zaś mile widziane w takich sektorach i zawodach jak: administracja państwowa, media, bankowość, rachunkowość, wszelkiego rodzaju doradztwo, reklama itp.

Oczywiście, takie postawienie sprawy może budzić zarzut - czy też raczej ubolewanie - że we współczesnym społeczeństwie jedyną racją istnienia jest użyteczność, co prowadzi m.in. do instrumentalizacji tzw. rozważań oderwanych. Cóż w takiej sytuacji można odpowiedzieć? Po pierwsze, wydaje się że uniwersytet nie straci swojego statusu "świątyni wiedzy", jeżeli przestanie wszystkich studentów kształcić tak, jakby mieli oni w niedalekiej przyszłości zostać profesorami. Przeważająca większość wstępujących na studia młodych ludzi nie oczekuje intelektualnej przygody, ale wykształcenia i dyplomu, który da im dobrą pozycję na rynku pracy. Właśnie temu oczekiwaniu Uniwersytet Oxfordzki wychodzi naprzeciw, co ilustrują przytoczone dane liczbowe. Po drugie, istnieją inne, mniej oblegane kierunki, które przygotowują studentów do pracy naukowej lub dydaktycznej. To tam uniwersytet kształci m.in. swoją przyszłą kadrę. Dobrym tego przykładem jest PPP, kierunek reprezentujący jedną z silniej rozwijanych w Oxfordzie dziedzin, tj. interdyscyplinarne badania nad życiem umysłowym, percepcją i procesami poznawczymi. Wbrew pozorom ukończenie tego kierunku nie daje zawodu psychologa. Do tego potrzebny jest jeszcze roczny kurs uzupełniający. Ponadto kierunki łączące rozważania filozoficzne z matematyką czy fizyką przyjmują niewielu studentów, oferując im spekulacje bardzo oderwane od codziennej praktyki. Niemniej jednak wśród absolwentów Oxfordu blisko 40 proc. kontynuuje pracę badawczą, przy 50 proc. znajdujących natychmiastowe zatrudnienie poza uczelnią.

CENNE DOŚWIADCZENIE

Można jeszcze przytoczyć wiele szczegółów dotyczących studiów i pracy w Oxfordzie. Przyglądałem się temu oczami studenta polskiej uczelni, teraz przypominam to sobie jako jej pracownik. Myślę przy tym o wzorcu, do którego można zmierzać dostosowując funkcje pełnione przez uczelnie do zmieniającej się od 10 lat struktury życia społecznego. Myślę o miejscu, w którym chciałbym pracować. Wiadomo jednak, że nie od razu Oxford zbudowano. Formuła uniwersytetu, w którego życiu dane mi było uczestniczyć, powstawała przez długi czas. W tym wszystkim godna zauważenia jest zdolność uczelni do reagowania swoją ofertą na zapotrzebowanie społeczne, przy jednoczesnym zachowaniu własnej tożsamości jako niezależnego ośrodka badań i centrum światopoglądowych dyskusji.

Jakie jest owo zapotrzebowanie społeczne? Chodzi przede wszystkim o jak najlepsze przygotowanie młodego człowieka do rywalizacji na rynku pracy oraz o wyposażenie go w umiejętności i cnoty potrzebne do życia we współczesnym społeczeństwie. Uniwersytet realizuje ten cel poprzez stworzenie studentom okazji uczestnictwa w obu wymienionych sferach życia akademickiego. Ponadto oferuje im wykształcenie wszechstronne, nie zamykając przy tym drogi do specjalizacji, które można rozwijać w ramach studiów doktoranckich. Tym samym broni się przed utratą własnej tożsamości i niezależności. Pewne kierunki mogą zachować kameralny, żeby nie powiedzieć elitarny, charakter. Rzecz w tym, aby polityka podnoszenia poziomu wykształcenia społeczeństwa nie oznaczała wzrostu limitów przyjęć nawet na tych kierunkach, które przygotowują przede wszystkim do samodzielnej pracy badawczej.

Warto odnotować jeszcze jedną rzecz. Oxford, będąc ważnym ośrodkiem akademickim, jest niewielkim miastem. W tym sensie nie przypomina takich polskich ośrodków, jak Kraków, Wrocław, Warszawa czy Poznań. Próżno w nim szukać aktywnego nocnego życia kulturalnego. Wieczory są tu ciche, amatorzy teatrów, wystaw i dyskusji w pubach wyjeżdżają do pobliskiego Londynu. Okazuje się, że atmosfera wielkomiejskości nie jest potrzebna do powstania i rozwoju dobrego ośrodka akademickiego.

Dobrze też pamiętać o obecności Polaków w Oxfordzie. W All Souls College odbywały się seminaria prowadzone przez prof. Leszka Kołakowskiego. Tematyka spotkań nie była bynajmniej filozoficzna. Za każdym razem kształtowali ją ich uczestnicy - stypendyści zajmujący się różnymi dziedzinami wiedzy. Atmosfera była więc zarazem interdyscyplinarna i swojska. Przywilejem uczestnictwa w tych seminariach mogli cieszyć się tylko mówiący po polsku.

Przyszłym stypendystom chciałbym polecić kursy języka angielskiego organizowane przez Language Centre. Można w nich uczestniczyć bezpłatnie, jeśli posiada się kartę studenta-gościa. Szczególnie godny polecenia jest kurs Academic Writing, ale trzeba się nim zainteresować już w pierwszym trymestrze. I jeszcze jedno: do Wielkiej Brytanii warto zabrać ze sobą kartę ISIC. Podróżowanie jest wtedy znacznie tańsze.

Oczywiście, podczas pobytu w Oxfordzie nie byłem w stanie zrealizować swojego planu spokojnej pracy w bibliotece. Dwa miesiące to zbyt mało, dbałem więc głównie o to, by nadążyć za tempem pracy narzuconym przez mojego tutora. Do kraju przywiozłem wiele kserokopii, z których do dziś kilka pozostało nie przeczytanych. Skopiowanie artykułu daje czasem złudne poczucie dobrze wykonanej roboty, tak jakby kilka ruchów przy przekładaniu kartek wystarczało do opanowania całej treści. Może zabrzmi to dosyć niewiarygodnie, ale przyszłym stypendystom radziłbym nie robić sobie zbyt ambitnych planów naukowych. Zapewne moi sponsorzy - Merton College i Fundacja im. Stefana Batorego, którym chciałbym przy tej okazji jeszcze raz podziękować - zgodziliby się z taką radą. Stypendium takie jest przeznaczone dla osób, które planują w przyszłości znaleźć zatrudnienie w placówkach akademickich. Takie zajęcie to nie tylko praca badawcza, ale realizacja pewnej określonej wizji uniwersytetu. Dlatego teraz, jako pracownik szkoły wyższej, tak bardzo sobie cenię doświadczenie zdobyte podczas pobytu w Oxfordzie.

Mgr Maciej Witek pracuje w Instytucie Filozofii Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze.

Uwagi.