Rzeczywistość w literaturze

W ciągu ostatniego dziesięciolecia stało się tak wiele w polskim życiu społecznym, że sztuka karmiąca się rzeczywistością powinna kipieć od fascynujących dzieł literackich, filmowych, teatralnych czy plastycznych. W powszechnym odczuciu, tak się jednak nie dzieje. Pojawia się więc problem: czy literatura polska potrafi przedstawiać rzeczywistość? Z takim pytaniem zwróciliśmy się do kilku krytyków literackich i badaczy literatury.

Potrafi, ale nie chce

Julian Kornhauser
profesor w Instytucie 
Filologii Słowiańskiej UJ

Pytanie powinno brzmieć: czy chce? Chyba już w mniejszym stopniu niż kiedyś. Głównie dlatego, że nie ciąży na niej obowiązek dawania świadectwa. Zmianie ponadto uległy, jak się wydaje, znaczenia obu pojęć: przedstawiania i współczesności. Jeszcze kilkanaście lat temu pierwsze z nich oznaczało nakaz realistycznego (lub zbliżonej konwencji) definiowania nastrojów społecznych, drugie zaś polityczną teraźniejszość. Obecnie rozumie się je znacznie szerzej, bez tego zaangażowania, raczej jako rezultat indywidualnej wizji artystycznej. Jeśli jest tak, jak mówię, to odpowiedź brzmiałaby: tak, potrafi.

NIE MUSI

Dariusz Nowacki
krytyk literacki, zastępca red. nacz. dwumiesięcznika „Opcje”

Czy literatura polska potrafi przedstawiać współczesność? Pewnie potrafi, tyle że – tak naprawdę – nikt tego od niej nie żąda. Czego innego chce dziś publiczność czytająca, a czego konkretnie – to widać po listach bestsellerów. Pragnie zatem metafizycznego pocieszenia, dodam – łatwego i taniego pocieszenia, czyli prostych i twierdzących odpowiedzi na pytanie o sens ludzkiej egzystencji. Pisarze polscy jeszcze nie potrafią odpowiedzieć na tę potrzebę, dlatego to nie oni, lecz ich zagraniczni koledzy, tacy jak William Wharton czy Paulo Coelho, dostarczają książkowych przebojów. Chwalebnym wyjątkiem jest w tym zakresie Prawiek i inne czasy Olgi Tokarczuk. Dzisiejsza publiczność domaga się też godziwej rozrywki, stąd sukces Andrzeja Sapkowskiego i Joanny Chmielewskiej; ewentualnie czytadła z górnej półki, najlepiej utrzymanego w konwencji romansu, słowem, ambitnego czytadła w typie Madame Libery, Oksany Odojewskiego czy Esther Chwina. 

NIE JEST POTRZEBNA

Maciej Mazurek
krytyk literacki

Czy literatura polska potrafi przedstawić współczesność? Tak sformułowane pytanie zawiera już odpowiedź, bo gdyby rzeczywiście literatura to potrafiła, niepotrzebne byłoby formułowanie takiego zagadnienia. Wydaje się jednak, że intencje autora tego pytania idą w dobrym kierunku. Literatura współczesna, myślę o ostatnim dziesięcioleciu, nie jest „lustrem przechadzającym się po gościńcu”. Oczywiście, niezbędne jest tu zastrzeżenie, że mówienie ogólnikami jest niebezpieczne, bo tworzy intelektualne próżnie. Niemniej, jeśli założymy, że to prawda, warto, biorąc w nawias samą literaturę, spróbować najpierw odpowiedzieć na pytanie, skąd bierze się takie przekonanie czy odczucie. Składają się na nie czynniki pozaliterackie. A właśnie czynniki pozaliterackie decydują o tym, co ma szansę zajaśnieć, rozkwitnąć czy pozostać w stanie uśpienia. Po pierwsze: zbyt duże oczekiwania krytyków, aby taka literatura się pojawiła. Stąd wołanie o arcydzieła, co jest zrozumiałe, gdyż polska kultura jest kulturą pisma. Wybredność krytyki, jej zbyt wysoka pozycja jest sama w sobie jakimś znakiem kryzysu literatury. Nadmierne oczekiwania mogą spowodować, że jeśli już pojawi się jakieś rzeczywiście wybitne dzieło, to ze względu na tę wybredność nie zostanie zauważone. Przesadne wymagania skłaniają autorów do pisania na poziomie co najmniej Tomasza Manna, co oznacza klęskę, gdyż literatura, o którą nam chodzi, z silną kategorią mimesis, jest wypierana przez pisarstwo eseistyczno-dandysowskie.

Po drugie: kształt życia kulturalnego nie skłania do pojawienia się postaw osobnych, nie uwikłanych w doraźność, w pragnienie szybkiego sukcesu, oddanych pracy artystycznej z rzemieślniczą skrupulatnością. Tym można tłumaczyć ogromną liczbę poetów a brak prozy. Któż w tej epoce łaknienia dóbr gotowy jest na dobrowolne wygnanie, nie będące jednocześnie gestem potępienia świata?

Po trzecie: polska rzeczywistość być może nie poddaje się opisowi, gdyż jest zdominowana przez mentalność drobnomieszczańską, ukształtowaną w PRL. Tzw. elity im hałaśliwiej dystansują się od drobnomieszczaństwa, które obecnie święci triumf, jako jedyny beneficjant przemian po 1989 roku, tym silniej tworzą, na zasadzie prostego odbicia, drobnomieszczańskie getta, które potencjalnych twórców alienują ze świata w sferę tzw. kultury, która jest miejscem utrwalania się inteligenckich resentymentów. A cóż może być nudniejszego niż proza inteligentów?

Po czwarte: zawsze, gdy mowa o niespełnieniu przez literaturę jej podstawowych funkcji przedstawiania świata, boję się, czy nie stawiamy jej wymagań niemożliwych, czy po prostu chybionych, gdy powodowani dobrą wolą postulujemy, aby spełniała szeroko rozumiane wymagania polityczne czy ideologiczne, z których nie zdajemy sobie sprawy, bo są zakrytą częścią światopoglądu. Jest to być może efekt oddziaływania zamierającej projekcji modernistycznej. Masy ludzi kulturalnych, pozostając w nurcie tej projekcji, nie potrzebują literatury, która potrafi przedstawić współczesność, bo byłoby to zbyt bolesne. I być może jest to następny powód, dla którego takiej literatury nie ma i najprawdopodobniej w najbliższym czasie nie będzie.

JAKBY NIE WPROST

Maciej Urbanowski
zastępca redaktora naczelnego 
dwumiesięcznika „ARCANA”

Z pewnego punktu widzenia literatura zawsze jakoś przedstawia współczesność, nawet jeżeli pisze o przeszłości, przyszłości, czy nawet wtedy, gdy zdecydowanie odżegnuje się od współczesności zamykając się w jakiejś mniej lub bardziej wyniosłej wieży z kości słoniowej. W tym też sensie najnowsza literatura polska, zwłaszcza ta, która cieszy się największym zainteresowaniem krytyki i czytelników, mówi o współczesności, ale mówi o niej jakby nie wprost, za pomocą ostrożnych uników ujmując ją w parodystyczny cudzysłów (Pilch), uciekając w mały (Stasiuk albo Podsiadło) lub magiczny (Tokarczuk) realizm albo w sentymentalną mitologię małych ojczyzn (Chwin).

Budzi to oczywiście uczucie niedosytu u części czytelników, zwłaszcza tych, którzy oczekiwaliby od najnowszej literatury nawiązania do wielkich wzorów pisania o współczesności, jakie w spadku po II Rzeczypospolitej pozostawili nam chociażby Kaden Bandrowski, Żeromski czy Witkacy. Myślę tu o dziełach, które mają odwagę dać nie tyle fotografię współczesności, ile jej Wielką Metaforę i jako takie stać się zaczynem burzliwych dyskusji, nie tylko literackich, ale i politycznych. Takich książek i takich pisarzy dzisiaj nie widzę, choć niesprawiedliwe byłoby w tym kontekście pominięcie zasługujących na większą uwagę książek Marka Nowakowskiego.

Skąd ta niemożność? Przyczyn można by wymieniać zapewne setki. Do najważniejszych, według mnie, należy zbyt pospieszna i podszyta paniką zgoda naszych pisarzy na – imputowaną im przy tym często po 1989 roku przez krytykę – rolę trefnisia. Druga sprawa wiąże się chyba z kryzysem zaufania do własnego języka, a dalej z niewiarą w to, że język literatury może być językiem obiektywnej prawdy. O dziedziczonej po ostatnim półwieczu „semantycznej zapaści” mówił Herbert w swoich ostatnich wywiadach, problem ten stawia także Wojciech Wencel w książce Zamieszkać w katedrze.

 

Uwagi

Powrót do strony głównej