ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


Bardziej mnie interesuje tworzenie nowych sposobów myślenia niż wykładanie wiedzy ogólnej. Próbuję pisać tak, aby nowy sposób myślenia wprowadzić w życie i zachęcam czytelników do podjęcia przygody intelektualnej.

podręcznik dla młodego Markowskiego

Rozmowa z Michałem Pawłem Markowskim,

autorem „Polskiej literatury nowoczesnej”

Michał Paweł MARKOWSKI, teoretyk literatury, tłumacz, eseista, jest profesorem na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadzi Katedrę Międzynarodowych Studiów Polonistycznych.

Ludzie nie czytają książek, studenci – pracując nocami – marzą o jak najszybszym zdobyciu dyplomu, a Pan pisze podręcznik, który zmusza do myślenia. Czy pisze Pan dla siebie, by nie zwariować w tak płaskim świecie, czy dla potomnych? Wierzy Pan, że niedługo zblazowani studenci przejdą do lamusa historii?

– Nie całkiem zgadzam się z pani diagnozą. Myślę, że studenci są mierni, bo ich miernie kształcimy i wystarczy tylko zmienić sposób nauczania, a natychmiast pojawią się młodzi zdolni. Zresztą, teraz też nie żyjemy w pustce intelektualnej. Codziennie spotykam studentów pełnych pasji, namiętności, różnych zainteresowań.

W instrukcji obsługi książki pisze Pan, że chce stworzyć taką perspektywę, by można było mówić o literaturze w powiązaniu z człowiekiem, jego najgłębszymi potrzebami i pragnieniami. Czy młodzi, których Pan spotyka, mają potrzebę zrozumienia świata?

– Są oczywiście książki, które idealnie odpowiadają na potrzeby czytelników, ale one są, patrząc z mojej perspektywy, albo interwencyjne, albo już z góry skazane na określonego czytelnika. W przypadku Polskiej literatury nowoczesnej bardziej mnie interesuje tworzenie nowych sposobów myślenia niż wykładanie wiedzy ogólnej. Próbuję pisać tak, aby nowy sposób myślenia wprowadzić w życie i w przypadku tego podręcznika, który jest przecież nie tylko podręcznikiem, zachęcam czytelników do podjęcia przygody intelektualnej. Zwykły podręcznik jest zbiorem wiedzy, która już istnieje i którą należy jedynie „rozpowszechniać”. Mnie interesowało wytworzenie nowej wiedzy, to zaś domaga się wytworzenia nowego czytelnika, czyli takiego, który będzie chciał porzucić standardowe wykłady i wejdzie na nową ścieżkę myśli o historii literatury polskiej i zacznie się zastanawiać, czym w ogóle jest historia albo – czym jest literatura.

Wydawnictwo reklamuje Pana książkę jako podręcznik. We wstępie sam Pan o tym mówi. Jest Pan przekorny?

– To jest taki podręcznik, z którego ja sam chciałbym się uczyć, gdybym był w wieku, w jakim są moi czytelnicy.

Mając zasób wiedzy i doświadczenie życiowe dwudziestoparolatka nie jest się w stanie zrozumieć książki, którą Pan napisał, bo jest szalenie nierówna. Raz odwołuje się Pan do elementarnego, codziennego doświadczenia i na przykładzie prostego zdania: „Tato, zrób mi kanapkę”, pokazuje Pan różne znaczenia wypowiadanych słów i wskazuje rolę kontekstu, a innym razem odwołuje się Pan do fenomenologii i do Kanta, czyli do… absolwenta filozofii.

– Za każdym razem, gdy odwołuję się do rzeczy trudnych, wyjaśniam to i pokazuję, jak można rozumieć konkretny problem literacki z perspektywy danego filozofa.

Wyjaśnia Pan pojęcia, a nie całą strukturę myślenia danego filozofa. Pisząc o Schulzu, o związkach znaków językowych z rzeczami, wyjaśnia Pan tytuł rozdziału: „Dziedzictwo Kratylosa”, odwołuje się Pan do dzieła Platona i w krótkich słowach objaśnia dwudziestolatkowi antyczny świat myśli. Nie boi się Pan spłaszczenia intelektualnego?

– Ta książka jest dla „wszystkich”, dla dwudziestolatków również i w związku z tym wpisane jest w nią spore ryzyko. Mam świadomość, że zaryzykowałem bardzo dużo, próbując wpisać w tę książkę rzeczy, których dwudziestolatkowie mogą nie zrozumieć. Ale mogą przynajmniej zobaczyć, że istnieje coś poza tym, do czego zostali przyzwyczajeni. Chciałem sprawdzić, czy nie jest zbyt wielką ekstrawagancją mówienie np. o Heglu w kontekście literatury polskiej na początku XX wieku. Wiem, że część czytelników może nie zrozumieć całości wykładu, ale istnieje szansa, że spostrzegą, że coś jest nie w porządku z dotychczasowymi wykładniami albo otworzą się im oczy i zobaczą, że istnieje dużo różnych sposobów mówienia o tym samym.

Cechą naszej wiedzy jest statyczność. Wszystko jest poukładane niczym w komodzie, a Pan sieje zamęt w młodych głowach.

– Właściwie moja praca od dłuższego czasu polega na robieniu zamętu intelektualnego, na puszczaniu w ruch myślenia. Myślę, że moi czytelnicy przyzwyczaili się już do tego, a teraz po prostu poszerzam sferę zamętu, albowiem czas na zmiany. Moi studenci wręcz żądają nowych myśli.

Czyli książka ma konkretnego adresata?

– Tak. Jest nim młody człowiek, który postanowił zaryzykować przygodę intelektualną, do której do tej pory nie był przyzwyczajony. W Polsce jest cała masa takich młodych ludzi, znam ich. Mój syn już studiuje, ale gdy pisałem tę książkę, był w liceum i pierwszy przetestował jej dydaktyczną użyteczność. Jego ocena – bardzo dobra – przekonała mnie o tym, że ryzyko się opłaciło. Między innymi dzięki niej udało mu się zostać laureatem olimpiady polonistycznej.

W książce wyjaśnia Pan twórczość Leśmiana, Schulza, Witkacego za pomocą narzędzi filozoficznych. Podkreśla Pan nowatorstwo metody i jednocześnie krytykuje innych, którzy adaptują inne dziedziny myśli do wyjaśniania świata. Dlaczego Pan – polonista – może korzystać z dorobku filozofii, a filozofowi, np. Agacie Bielik−Robson, nie wolno wyjaśniać świata za pomocą utworów literackich? Skąd ta asymetria?

– Nie ma żadnej asymetrii. Agata Bielik−Robson i ja działamy na innych poziomach. Ona, mówiąc do filozofów, wpisuje się w pewien standard argumentacji, którego powinna przestrzegać, tzn. kiedy prowadzi dyskusję na temat jakiegoś poglądu, zobowiązana jest do pewnej uczciwości intelektualnej wobec atakowanego (np. dekonstrukcji), i wtedy, gdy ja takiej uczciwości nie widzę, występuję przeciwko temu, co chyba jest dość oczywiste. W tym przypadku jest zupełnie inna sytuacja, bo nie prowadzę polemiki filozoficznej, tylko próbuję wytłumaczyć coś, co domaga się narzędzi, których młodzi ludzie nie mają w ręku i trzeba im ich dostarczyć. To jest książka propedeutyczna i nie może pani porównywać mojej polemiki z innym autorem, prowadzonej na gruncie filozoficznym. Poza tym ogromnie cenię to, co robi Agata Bielik−Robson i jest mi to bardzo bliskie. Nigdy nie miałem zastrzeżeń do jej wizji rozumienia świata. Zawsze wypominałem jej tylko to, że dokonuje pewnych uproszczeń czy generalizacji w sytuacji, w której należałoby być bardziej precyzyjnym.

Ale to Pan dokonuje wielkich uproszczeń, np. pisząc o lęku u Kierkegaarda i wyjaśniając za pomocą jego pojęć stan ducha i ciała u Witkacego. Każdy musi dokonać symplifikacji, jeżeli chce być zrozumiały.

– Dobrze, ma pani rację, ale proszę na to spojrzeć z drugiej strony. Niech mi pani poda autora, który do tej pory stosował pojęcia Kierkegaarda do Witkacego. Niech pani spojrzy na inne podręczniki. Agata Bielik−Robson pisze dzieła filozoficzne kierowane do filozofów. To inny krąg odbiorców.

Schulz, Leśmian, Witkacy – dlaczego ci „trzej muszkieterowie” są dla Pana tak ważni? Czy dlatego, że wszyscy byli… swoistymi wariatami?

– Książkę napisałem po to, by przekonać innych o tym, że nie byli wariatami. Dlaczego właśnie oni? Bo każdy z nich, na swój sposób, dokonał wielkiego przełomu w literaturze polskiej. Po drugie – każdy, na swój sposób, włączył się, jak mało który z polskich pisarzy, w nurt nowoczesności europejskiej i światowej. Po trzecie – wszystkie te projekty literacko−egzystencjalne, wpisane w ich dzieła, są po prostu fascynujące. W Polsce nie widzę równie interesujących projektów. Słowa „projekt” używam w bardzo konkretnym znaczeniu: to sposób wymyślenia swojej własnej egzystencji opierający się na literaturze i odwrotnie, czyli takiego czytania literatury, które ma bardzo mocne zakorzenienie w egzystencji. To chciałem pokazać jako rzecz niesłychanie istotną.

Oni wymyślili własną egzystencję na podstawie literatury. Czy nie lepiej odbierać życie za pomocą źródłowego, codziennego doświadczenia?

– Na jakiej podstawie traktuje pani rozłącznie literaturę i życie?

A na jakiej podstawie mam łączyć? Doświadczenie powszechne zwykłego człowieka nie obejmuje rozdwojenia jaźni, kłopotów z tożsamością…

– Myśli pani, że ta książka jest przeznaczona dla „zwykłego człowieka”? Co to miałoby w ogóle znaczyć? Chyba to tylko, że człowiek taki nie widzi w swoim życiu niczego niezwykłego, a więc także nie uzna za coś niezwykłego dzieła sztuki. Moja książka jest adresowana do ludzi, którzy traktują swoją egzystencję podobnie jak traktowali swoją literaturę moi trzej pisarze. Zgoda – nie jest to większość, ale to dla tej mniejszości warto pisać książki.

I ma pani rację, że niektórzy ludzie uważają, że doświadczenie codzienności zdecydowanie różni się od doświadczenia literackiego, ale ja do tego grona nie należę. Relacja między literaturą a egzystencją jest bardzo skomplikowana i nigdy nie była i nie będzie tak jednoznaczna, jak pani to przedstawiła.

Czytając Pana książki miałam poczucie, że stoi Pan na straży pewnego świata. Wierzy Pan w istnienie obiektywnych wartości?

– Jestem strażnikiem tradycji, choć nigdy nie używam języka aksjologicznego w tym sensie, że słowo „wartość” w moim języku występuje rzadko, a to dlatego, że opis doświadczenia egzystencjalnego świetnie może się obyć bez tego słowa. Jestem strażnikiem, owszem, ale nie ma prostego przejścia między tym, że czegoś strzegę, a tym, że istnieją wartości obiektywne. Jedno nie wynika z drugiego. Próbuje strzec tego, co bliskie każdemu z osobna. Nie wierzę w obiektywność.

Jak Pan definiuje tradycję?

– Tradycja to jest wszystko to, co się domaga od nas twórczej odpowiedzi, co domaga się interpretacji. Wszystko to, co traktujemy jako przestrzeń, w której chcemy być na co dzień i od święta. I to jest powód, dla którego byłem przeciwko oddzielaniu literatury i egzystencji, bo w obu sferach nasze życie domaga się podobnych zachowań. Interpretacja relacji międzyludzkich opiera się dokładnie na tej samej zasadzie, co interpretacja tekstów literackich i odwrotnie. Moje czytanie tekstu literackiego jest bardzo podobne do mojego odnoszenia się do innych ludzi i odwrotnie, co oznacza, że w obydwu przypadkach domagam się twórczości. Twórczość jest doświadczeniem codziennym.

Brak twórczości jest śmiercią cywilną?

– Nie, jest śmiercią osobowości, jest poddaniem się mechanizmom życia zaprogramowanego. Postępowanie ciągle według tej samej recepty, identycznego wzorca zachowania, jest z definicji nietwórcze, a w konsekwencji martwe egzystencjalnie, co nie znaczy, że nasze życie jest jedynie wybuchem nieskrępowanej twórczości. Istnieją wzorce, do których musimy się odwoływać, reguły, których musimy przestrzegać, ale zawsze powinien istnieć taki margines, który można by nazwać otwarciem już istniejącego horyzontu.

Do czego odwoływał się Pan cytując filozofów, z którymi się Pan nie identyfikuje? Mam na myśli np. Charlesa Taylora i jego „Źródła podmiotowości”.

– Nie wszyscy autorzy, których cytuję, są moimi sprzymierzeńcami i w tym sensie książka nie jest moją prywatną wypowiedzią filozoficzną. Tekst ten zawiera mnóstwo idei, z którymi nie do końca się zgadzam, ale które próbuję tak pokazać, by być uczciwym. Moje prywatne zdania wyrażam w esejach, a w książce próbowałem zachować równowagę pomiędzy moim prywatnym punktem widzenia a tym, co można nazwać nie całkiem skrzywionym czy wykrzywionym poglądem na rzeczywistość. Każdy z nas pod innym kątem patrzy na świat, to zdanie Nietzschego przyjmuję jako własne, tylko rzecz polega na tym, aby ten kąt był maksymalnie szeroki w tym przypadku. W przypadku innych książek – zwłaszcza w moich esejach – jestem zdecydowanie bardziej idiosynkratyczny. Zmieniam mój kąt widzenia, jak i kiedy tylko mogę. Dzięki temu moje pisanie przybiera tak rozmaite kształty.

Rozmawiała Jola Workowska