ul. Tomasza Zana 38 a, 20-601 LUBLIN
tel. (0-81) 524-02-55, 528-08-22
fax (0-81) 525-91-51
e-mail: redakcja@forumakad.pl
To jest stara wersja serwisu. Nie jest ona aktualizowana od maja 2010 roku.
Zachęcamy do odwiedzenia nowej wersji!


Ruch na rzecz poszerzania dostępu, skoncentrowany na szansach edukacyjnych, obojętny jest na intelektualne treści kształcenia. Najważniejsze zdaje się wzmacnianie pewności siebie i poczucia własnej wartości.

Intelektualiści – gatunek zagrożony

Grzegorz Filip

Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści? – pyta Frank Furedi. – Ci niezależni, pozostający w konflikcie z powszechnymi zasadami, dumni z odrębności pracownicy umysłu. Ci żyjący dla idei, wznoszący się ponad problemy własnej profesji, zdystansowani wobec ciśnienia spraw codziennych. Ci obrońcy standardów kulturowych, sumienie społeczeństwa, krytycy status quo. Zastąpiły ich instytucje – odpowiada brytyjski autor – rynek i dyżurni eksperci medialni. Intelektualistów wyparli profesjonaliści.

Dlaczego tak się stało?

Czarnym charakterem opowieści Furediego jest polityka inkluzji i afirmacji. Niewiele jeszcze o tym wiemy, ale można się spodziewać, że i do nas to trafi. Chodzi o zapewnianie wszelkimi sposobami powszechnego uczestnictwa w kulturze i edukacji w przekonaniu, że ludzie nie są do tego zdolni z własnej inicjatywy. Ta protekcjonalna polityka, powiada autor, hamuje kreatywność, infantylizuje społeczeństwo, chroniąc je przed wyzwaniami kultury i intelektu. Ona jest przyczyną braku zapotrzebowania na debatę intelektualną, a co za tym idzie – na intelektualistów.

Książka jest krytyką instytucji – uniwersytetów, szkół, muzeów, bibliotek, a właściwie tych gremiów, które nimi zarządzają. W uczelniach brak wymiany myśli, książki spełniają mniejszą rolę niż powinny, studenci nie czytają, nie stawia się przed nimi wyzwań. Furedi mówi o banalizacji życia akademickiego, marginalizacji pasji intelektualnej. Straciły znaczenie żądza wiedzy, dążenie do doskonałości i prawdy. Edukację i badania pojmuje się praktycznie. Autor nazywa to filisterskim stosunkiem do kształcenia, sztuki i kultury. Filisterstwo i jego etos nadają im dziś kształt.

Rozwojowi życia intelektualnego nie sprzyja też nonszalancki stosunek do prawdy. Wielość opinii uważa się za dowód wielości prawd. Prawdę przedstawia się jako produkt subiektywnego wglądu. Pojawiające się niejednokrotnie trudności z dotarciem do prawdy obiektywnej owocują przekonaniem o jej nieistnieniu. Trudno w takiej atmosferze prowadzić badania i nauczać, słuchając jednocześnie nieustannych zaklęć o społeczeństwie wiedzy.

Wiedza, jej tworzenie, gromadzenie, przekazywanie, nabrały tymczasem niezwykłego znaczenia. Filisterska wyobraźnia rozumie tę wiedzę powierzchownie i banalnie, karykaturalnie i cateringowo. „Odkąd wiedzę traktuje się jak produkt – mówi Furedi – przestał być widoczny jej związek z kulturalnym i intelektualnym gruntem, z którego wyrasta.”

Filisterski ogląd nie potrafi postrzegać osiągnięć umysłowych i artystycznych ze względu na nie same. Zapanował tu instrumentalizm. Nauka i kultura są cenne, „dopóki wspierają populistyczny projekt włączania, partycypacji i dostępności”. Instytucje edukacyjne i kulturalne ocenia się ze względu na ich przydatność i dostępność dla szerokiej publiczności. „Z tej perspektywy, kultura kwitnie wtedy, kiedy w dowolnej chwili każdy może ją skonsumować.” Polityce kulturalnej nadaje kształt inżynieria społeczna, mobilizacja do walki z ekskluzją. Furedi ironizuje, że jest to pomysł przekształcenia brytyjskich instytucji kulturalnych w centra terapeutyczne dla wykluczonych. Podobnie uniwersytet, dostarczający wykształcenia jako łatwo przyswajalnego towaru, przekształca się w szkołę średnią.

Osiąganiu doskonałości służyły dotąd standardy. Okazało się, że wspierają one wykluczenie i są oszustwem elit. Polityka inkluzji dostosowuje je więc dziś do poziomu uczących się. Decydenci używają standardów jako narzędzi polityki społecznej. Wciąż namawia się ludzi, by zdobywali różne umiejętności, dążenie do wysokich standardów uznając jednocześnie za nieuprawniony elitaryzm. Przede wszystkim trzeba uchronić ludzi przed poczuciem odrzucenia. Inżynierowie społeczni sądzą – pisze autor – że powszechne uczestnictwo w edukacji i kulturze musi się wiązać z obniżeniem standardów tak, by mogła im sprostać większość. Tymczasem partycypacja bez zachowania standardów to oszustwo wobec milionów – twierdzi.

Idee nie są istotne

Autor dostrzega w zachodnim życiu intelektualnym tendencję do ograniczenia użytku rozumu. „Antyrozumowa reakcja jest dziś najsilniejsza od zarania kapitalizmu” – pisze. Pojawiają się twierdzenia, że to nie ignorancja lecz wiedza stanowi problem. Wiedza staje się czymś niepożądanym, jest ryzykiem. Podkopuje to autorytet nauki. Antyoświeceniowe tendencje wiąże autor z nową lewicą, która od lat 60. XX wieku odrzucała wartości uniwersalne jako związane z kapitalizmem. Zainfekowani językiem Nietzschego radykałowie wymyślili partykularyzm, heterogeniczność i różnicę. Bunt przeciw retoryce uniwersalizmu zamienił się w celebrację różnicy. Powstała polityka tożsamości.

Ciekawie opisuje Furedi „epistemologię partykularną”, wynikającą z przekonania, że tylko czarni mają prawo pisać historię czarnych, tylko kobiety mogą poznać kobiety. W ten sposób wiele grup przyznaje sobie prawo do tego, by to „ich perspektywa poznawcza zaczęła decydować o prawomocności reprezentowanej przez nie wersji wiedzy”. Do rangi równej lub wyższej poznaniu rozumowemu podniesiono przy tym subiektywne doświadczenie, np. doświadczenie gospodyń domowych lub dzieci. Powstające na tym gruncie praktyki pedagogiczne nakazują nauczycielowi rozwijanie tego dziecięcego wglądu, zamiast przekazywania wiedzy zewnętrznej w stosunku do codziennego doświadczenia dziecka. Granica dzieląca wiedzę potoczną od naukowej zaciera się nawet w uniwersytetach. I tu więc pojawia się niechęć do wiedzy intelektualnej.

Brytyjski autor w społeczeństwie podporządkowanym celom pragmatycznym nie widzi batalii o idee. Miejsce myślicieli zajęli eksperci, standardy debaty politycznej upadły, publiczność karmiona jest krótkimi oświadczeniami, nastał czas mikropolityki, która mówi językiem zarządzania, technokracji i biznesu. Poziom retoryki politycznej dopasowano do zdolności umysłowych dziecka. Amerykańskie debaty prezydenckie za czasów Lincolna odbywały się na poziomie wykształcenia uczniów klas 11−12. Dzisiejsze – na poziomie 6−7. Idee nie są istotne, znikły więc spory intelektualne. Autorzy zdecydowanych opinii oskarżani bywają o terror, krytyka to przejaw braku wrażliwości, mocne argumenty uważa się za formę zastraszania. „Obstawanie przy jakimś punkcie widzenia – powiada Furedi – wydaje się głupotą i oznaką złego wychowania.”

Kultura schlebiania

Moda na intelektualne wycofanie opanowała uniwersytet. Roztrząsanie kwestii zasadniczych utrudnia potężnie rozwinięty relatywizm. Profesorowie nauk społecznych, którzy do niedawna walczyli o autonomię uniwersytetu i wolność słowa, dziś próbują zamykać usta innym. Wprowadzane są zakazy używania słów czy symboli, które mogą kogoś urazić, a urazić dziś może wszystko. W takiej atmosferze trudno o wolną, nieskrępowaną debatę.

Trywializujące praktyki, nastawienie instytucji kulturalnych i edukacyjnych na odbiorcę i jego dobre samopoczucie, nazywa Furedi kulturą schlebiania. Studenci są infantylizowani (ceni się wysiłki, nie osiągnięcia), profesorowie mają ich „wspierać”, a nie kształtować. Ruch na rzecz poszerzania dostępu, skoncentrowany na szansach edukacyjnych, obojętny jest na intelektualne treści kształcenia. Najważniejsze zdaje się wzmacnianie pewności siebie i poczucia własnej wartości. Dobre samopoczucie nie zawsze jednak staje się efektem poznania. Może nim być przygnębienie, dezorientacja czy przerażenie. Same wymagania akademickie mogą także przynieść dyskomfort. System edukacji powinien inspirować, stawiać ambitne zadania, a nie zapewniać nieustanne wsparcie – powiada autor książki.

Polityka dostępności prowadzi do infantylizacji życia intelektualnego i kulturalnego, tworzy klimat obniżania wymagań, jest ahumanistyczna, bo sprzyja niewierze w możliwości człowieka. Sprzeczna jest także z ideałem demokratycznym, który zakłada „obywateli obdarzonych inteligencją pozwalającą im działać samodzielnie i korzystać z przysługujących im praw.” Tak więc, „za populistycznym projektem inkluzji kryje się pogarda, jaką elity żywią dla społeczeństwa”. Ludzi trzeba chronić przed kulturą elitarną, wyrafinowanym językiem, złożonymi, nowatorskimi koncepcjami, wymagającymi formami sztuki, bo zagrażają one poczuciu własnej wartości przeciętnego człowieka – sądzą współcześni inżynierowie społeczni. „Skumulowanym efektem polityki uznania – konkluduje Furedi – jest budowa uległego i konformistycznego społeczeństwa.” Intelektualiści potrzebują inteligentnej publiczności, artyści – krytycznych odbiorców. Jeśli kształcenie myślenia przestaje być ważne, a wyrabianie smaku jest niewłaściwe, intelektualiści zaczynają działać w próżni, a praca intelektualna staje się działalnością nieistotną.

Myśli i diagnozy Franka Furediego są dla nas przestrogą. Za każdym razem, gdy będziemy zaniżać poziom zajęć, zaliczeń czy egzaminów, przypomnijmy sobie jego książkę. Rozpoznania te nie powinny być jednak dla nas odkryciem. W podobnym duchu analizowali niekorzystne zjawiska zachodniego życia publicznego Ryszard Legutko, Zdzisław Krasnodębski, Agnieszka Kołakowska i inni autorzy. Byliśmy już przestrzegani. Znamy katalogi absurdów poprawności politycznej, wciąż słyszymy o nowych pomysłach inżynierii społecznej i cenzurowania myśli. Przeżyliśmy komunizm, znamy konsekwencje takich praktyk, a jednak jestem przekonany, że najbardziej absurdalne rozwiązania będziemy ochoczo wprowadzać u nas, dlatego że pochodzą z Zachodu.

Frank Furedi, Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?, tłum. Katarzyna Makaruk, Państwowy Instytut wydawniczy, Warszawa 2008, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.