Grzegorz Filip

Kulturą, w rozumieniu ideologii konsumeryzmu, jest to, co musisz sobie kupić, to, czym musisz się ometkować, by się wyróżnić, a jednocześnie upodobnić do innych wyróżnionych. Tak ci nakazują reklamy i środowisko, które opierając się na nich buduje swoją tożsamość. O takiej kulturze opowiada ta książka, będąca przeglądem różnych badań antropologów zachodnich i snutych na kanwie tych lektur własnych „pomyśleń” autora. Opowiada ona o zewnątrzsterownym człowieku, pozbawionym ochrony religii, autorytetów, wydanym na łup ideologii. Smutny obraz pustki duchowej, zapełnianej ideologiami, gadżetami, fikcją, „konstruowaniem tożsamości”. Opowiada wreszcie o przemianach pojęcia kultury, które prócz funkcji poznawczej stało się częścią samoświadomości zbiorowej. Autor zajmuje się dokładniej ideologią wielokulturowości i przemysłem turystycznym, nacjonalizmem i wojnami kultur, zjawiskiem paniki moralnej, związkami technologii i kultury, komunikacją pośrednią. Jego „pomyślenia” są swobodnymi, eseistycznymi rozważaniami z pogranicza antropologii, filozofii i kulturoznawstwa, nieroszczącymi sobie prawa do wyczerpującego wykładu.
Wojciech Józef Burszta pisze o kulturze, która stała się dziedziną ekonomii, składnikiem języka reklamy, biznesu i polityki, kulturze, która dzieli i różnicuje. Pojęcie kultury skradziono i sprofanowano na gruncie akademickim, w masowej wyobraźni i w dyskursie polityczno−ekonomicznym. Autor pisze o metakulturze nowoczesności, która – w przeciwieństwie do metakultury różnicy – posługuje się założeniem, że życie społeczne powinno być zorganizowane wokół idei postępu i sprawiedliwości. Wynikają z niej różne teorie modernizacji, w których postęp kultury polega na wzroście stopnia konsumpcji i marginalizowaniu lokalnych tradycji kulturowych. Taką ideologię wprowadzono w postkomunistycznej Polsce, tego tematu autor jednak nie porusza. Polskie sprawy pojawiają się za to nieoczekiwanie w rozdziale o nacjonalizmie.
Burszta używa pojęcia nacjonalizmu w znaczeniu anglosaskim, czyli jako synonimu świadomości narodowej, poczucia przynależności narodowej, patriotyzmu. Nie wyjaśnia jednak tej różnicy, doskonale przecież wiedząc, że etykieta nacjonalizmu używana jest jako młot na przeciwników politycznych. Autor książki nie definiuje pojęcia nacjonalizmu, ale w jego rozważaniach człowiek dumny z przynależności do jakiegoś narodu jest nacjonalistą. Nie jedyny to grzech Wojciecha Burszty. Gdy na chwilę przechodzi do spraw polskich, z erudyty i bezstronnego badacza przedzierzga się nagle w ironistę, przestaje cytować zachodnie prace, cytuje już tylko „Gazetę Wyborczą”. Wspomina o „myśli narodowo−konserwatywnej” (brak nazwisk i przypisów), „myśli nacjonalistyczno−patriotycznej” (podobnie). Jednostronnie i przez to nietrafnie opisuje polski spór o kształt państwa z ostatnich lat. Aprobatywnie omawia i cytuje dziwaczne poglądy (Kristevej, która korzenie narodowe i wiarę odziedziczoną po przodkach nazywa „regresywnym wspólnym mianownikiem”, czy Agnieszki Graff, dla której symbol matki z dzieckiem jest wyróżnikiem dyskursu nacjonalistycznego). Przypomnę tu tylko na prawach dygresji, że mieliśmy myśliciela, który poczucie narodowe określał jako wielki postęp w dziejach cywilizacji łacińskiej. „Przez narody dopiero osiąga cywilizacja łacińska swe szczyty” – pisał Feliks Koneczny w pracy O wielości cywilizacji.
Podobnie nietrafne okazuje się zastosowanie pojęcia „paniki moralnej” do opisania nieudanych prób budowy IV RP w latach 2005−07. Na gruncie amerykańskim stosowano to określenie do mediów, które przeprowadzały kampanie strachu w wyniku rozruchów młodzieżowych czy też ostrzegając rodziców przed pedofilami. Odniesione przez autora do spraw polskich pojęcie to nie opisuje, tylko etykietuje. Media nie mogły wywoływać paniki w interesie IV RP, gdyż ideę tę zwalczały. Robiły panikę, ale przeciwko wszelkim zmianom.
Ciekawie opowiada Burszta o paradoksach ideologii wielokulturowości (ale i tu piętnuje „nacjonalistów”). Okazuje się, że „aby tożsamości maksymalnie chronić, należy nieustannie różnicę tę [między grupami rasowymi – GF] podkreślać, przypominać czy wręcz wytwarzać”. Ale jak, podsycając różnice, włączać imigrantów czy mniejszości narodowe do społeczeństwa obywatelskiego?
Autor rozważa też problemy „multikulturalizmu butikowego” (restauracje etniczne, festiwale i spotkania kultur, turystyka) pokazując, jak wielokulturowość konsumowana jest przez rynek. „Turyzm wymaga „innego” – pisze – którego jednocześnie niszczy i degraduje, by wynaleźć na nowo. (...) wielokulturowość jako towar doskonale wpisuje się w globalny przemysł kulturalny”.
Inspirujące są także rozmyślania o roli przedmiotów w kulturze, o stylu życia opartym na paradygmacie przyrządu. Pisząc o nietrwałości dzisiejszych gadżetów Burszta dochodzi do wniosku, że „im więcej trwałości w samym świecie, tym życie ludzkie, pojmowane jako budowanie tego świata oparte na nieustannym procesie reifikacji, także jest bardziej trwałe”. „Styl życia” to kolejne pojęcie związane ze sferą praktyk konsumpcyjnych. Dziś stylem tym jest nabywanie wciąż nowych przedmiotów i manifestowanie ich posiadania. Zjawisko to nazwano „kulturą protezy”, choć mnie bardziej się kojarzy z zachowaniami dzieci, które chwalą się swoimi zabawkami.
W reklamie nowo wytwarzanych przedmiotów kładzie się nacisk na jednostkę i jej samookreślenie. Rzeczy miałyby więc określać tożsamość. Autor przywołuje za badaczami amerykańskimi tezę, że rynek zawłaszczył hasła kontrkulturowe (buntu, wolności, kontestacji, indywidualizmu, nonkonformizmu), by dyktować „style życia”, czyli zapotrzebowanie na towary i usługi. „Dzisiejsza konsumpcja, oparta na ideach kontrkulturowych – powiada Burszta – odwołując się do różnicy, kreatywności i stylu życia, rozwiązuje główny problem konsumeryzmu – dostarczanie nieustannych nowości w miejsce rzeczy tracących (coraz szybciej i szybciej) taki walor”. Autor pisze dalej o zjawisku kategoryzowania ludzi według kryteriów preferencji konsumenckich i o wizualizacji tożsamości. Znamy to zjawisko z niektórych szkół, gdzie ometkowane dzieci oceniają się nawzajem na podstawie wartości swych metek.
Oczywiście, by wyjść z tak zaprojektowanego świata, wystarczy wyłączyć telewizor. Zniknie wtedy „styl życia”, który ktoś nam narzuca, zniknie „technologicznie zapośredniczona kultura konsumpcji”. I wielu ludzi tak właśnie robi – jednym klawiszem wyłącza fikcję, która miałaby rządzić ich życiem. Szkoda tylko, że to właśnie oni nie stają się tematem antropologicznych przemyśleń.