Narastające, negatywne zdziwienie, a następnie rozczarowanie – to podstawowe uczucia towarzyszące obcowaniu z dwoma publikacjami prezentującymi twórczość Cypriana Norwida i Zbigniewa Herberta. Łączy je kilka cech wspólnych. Są nieprzemyślane, brzydkie i fatalne pod względem edytorskim. Są ewidentnym dowodem na to, że w czasach programów komputerowych przygotowanie książki wymaga umiejętności i poczucia estetyki, szczególnie w przypadku tego typu publikacji, które w zamiarze mają być nie tylko prezentacją przypadkowych utworów literackich, rękopisów, rysunków i szkiców Cypriana Norwida oraz Zbigniewa Herberta.
Od pewnego czasu wśród historyków literatury i czytelników poezji funkcjonuje hipoteza o pokrewieństwach artystycznych i filozoficznych Cypriana Norwida i Zbigniewa Herberta. Te dwie publikacje są chyba także próbą pośpiesznego potwierdzenia tej hipotezy. Problem doczekał się niemałej liczby opracowań uwzględniających twórczość, biografie czy wreszcie funkcjonowanie społeczne obydwu twórców. Rzecz jedna mnie zastanawia: dlaczego analogia Norwid−Herbert stała się tak ważkim (albo modnym) tematem dociekań humanistycznych? Czy jest to poszukiwanie w czasach bełkotu mediów masowych śladów prawdziwego dostojeństwa mowy? Model poety przeklętego, odrzuconego przez „głupie społeczeństwo polskie” użyteczny był w przeszłości w przypadku Norwida. „Poetą przeklętym” na pewno nie był Herbert, przynajmniej nie w romantycznym rozumieniu.
Tyle fascynujących analogii, zbieżności, które jednak po krótszym nawet namyśle muszą zostać zanegowane – tyleż zbieżności, co rozbieżności; praktycznie jedyne, co łączy, to wierność własnemu światopoglądowi artystycznemu i jego konsekwencji – niepraktycznej postawie życiowej. Może współczesnej literaturze polskiej, coraz bardziej uwikłanej w kwestie stricte komercyjne, potrzebna jest właśnie taka solidna, oparta na wartościach kulturowych, mitologia. Mitologia, wykorzystująca twórczość pisarzy i myślicieli, mających odwagę publicznie wypowiadać sądy nie dla wszystkich przyjemne.
Te dwie publikacje na pewno nie pomagają w żaden sposób odpowiedzieć na owe wątpliwości. Świadomie nie nazywam ich albumami, bo współczesna technika poligraficzna, realizowana także w Polsce, z albumami jednak wiąże pewien poziom edytorski, którego tutaj brak. Koncepcja i opracowanie graficzne w przypadku obydwu tomów sprawiają, że czytelnika po prostu bolą oczy od fatalnego doboru liternictwa i rozplanowania poszczególnych stron. To, co mogło być źródłem przyjemności estetycznej, stało się powodem udręki oka – zastosowanie podkreślenia tytułów utworów Norwida i Herberta jest dla mnie decyzją zupełnie niepojętą, wiążącą się z radosną twórczością amatora grafika, który bawi się możliwościami składu komputerowego; tytuły utworów Norwida zachowały jeszcze czytelność, czego już nie da się powiedzieć o tytułach utworów Herberta (w tym przypadku obowiązuje zasada znana skądinąd: „kto pomyśli – może zgadnie”).
Edytorsko publikacje prezentują się fatalnie. Warto jednak, przełamując niechęć, przyjrzeć się bliżej ich zawartości. Ta się da zamknąć w nazwie potrawy wigilijnej, podawanej w pewnych regionach Polski: „groch z kapustą”.
Szczególnie w przypadku Norwida tradycja publikowania faksymiliów utworów jest jakoś utrwalona, począwszy od edycji fototypicznej Vade−mecum, przygotowanej przez Wacława Borowego, wydanej w roku 1947, przez zawartość ostatniego tomu Pism wszystkich, przygotowanego przez Juliusza W. Gomulickiego, po rzadkiej urody publikacje poszczególnych pism i utworów, wydawane m.in. przez wydawnictwo KUL. Można tylko ubolewać, iż w osobnej publikacji nie doczekały się pełnej edycji prace plastyczne autora Promethidiona.
Prawda jest taka, że Norwid był znakomitym pisarzem, oryginalnym myślicielem i tylko sprawnym plastykiem, niejednokrotnie przywiązanym do anachronicznej w jego czasach konwencji malarskiej. Zupełnie nie potrafię odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zamieszczono tutaj quasi−faksymile pism Norwida z wydawnictw całkowicie współczesnych; Czarne kwiaty i Menego nie zyskują w ten sposób ani na głębi, ani na czytelności, a za nieporozumienie uważam opublikowanie w tej formie listów poety (swoją drogą zupełnie nie potrafię dociec, dlaczego akurat te listy i utwory znalazły się w tym tomie, bez większej szkody znaleźć się mogły zupełnie inne – a w przypadku twórczości literackiej Norwida doprawdy jest z czego wybierać). Nie jestem także przekonany, czy wybór materiału graficznego jest tu zasadny; pomnę z długich bobrowań po skarbach Biblioteki Narodowej przed laty, że wiele znacznie ciekawszych ilustracji znaleźć by tu można, gdyby tylko zadać sobie nieco więcej trudu. Nic nie zyskują w tym opracowaniu kolejne przedruki wielu wcześniej znanych już rysunków.
W przypadku publikacji poświęconej twórczości Herberta sprawy mają się jeszcze gorzej. I nie tylko dlatego, że trudno usunąć z pamięci wypieszczony album Apostoł w podróży służbowej. Prywatna historia sztuki Zbigniewa Herberta (Lublin 2006). Ale także dlatego, że Zbigniew Herbert nader uboższy miał talent graficzny niźli Norwid; powiedzmy wprost: Herbert rysownikiem wielkim nie był i ambicji takich nie miał. Herbertowskie szkice mają charakter przede wszystkim mnemotechniczny – są formą utrwalenia detali architektonicznych, dzieł sztuki czy wreszcie impresji estetycznych. W tym przypadku rysunek czy szkic zastępował aparat fotograficzny, umożliwiał utrwalenie obrazu w świadomości przez wykonanie pracy: ręka – pamięć. Szkic czy rysunek posiadał tutaj charakter służebny wobec zawodnej ludzkiej pamięci, niejednokrotnie wobec utrwalanego w tej formie dzieła sztuki, a pismo pisarza na pewno nie mogło być wzorcem sztuki kaligrafii. Nie było tutaj śladów „grubego ciesielskiego ołówka”, jakim Norwid niekiedy poprawiał swoje rękopisy, inne ślady zostawiała ręka piszącego Norwida, inne zaś piszącego i rysującego Herberta.
W roku 1991 Wydawnictwo Dolnośląskie opublikowało pięknie tom Tadeusza Różewicza pod tytułem Płaskorzeźba, gdzie wykorzystano rysunek autora i zamieszczono reprodukcję rękopisów wierszy. Papier zastosowano w obydwu tomach nader niestosowny. Ale co tam papier, inny problem pojawia się w przypadku Herberta. Zastanawiam się, dlaczego chociażby wierszowi Tomasz towarzyszy szkic obrazu Caravaggia Złożenie do grobu. Nie rozumiem, dlaczego Modlitwa Pana Cogito – podróżnika zamieszczona została w sąsiedztwie fatalnie wkomponowanego Rysunku późnośredniowiecznej figury Matki Bożej z Dzieciątkiem – na takim rozwiązaniu graficznym traci wiersz, staje się trudno czytelny, a późnośredniowieczna figura na skutek braku należytego odstępu od tekstu przekształca się na skutek złudzenia optycznego w podobiznę kapitalisty amerykańskiego z cygarem w prawicy, rodem z niegdysiejszych zaangażowanych społecznie rysunków i karykatur. Wybór szkiców i rysunków Zbigniewa Herberta oraz towarzyszących im na sąsiednich stronach wierszy czy fragmentów pism sprawia wrażenie czystego przypadku. W dodatku niefortunne rozwiązania edytorskie – umieszczenie jednego rysunku na dwóch stronicach (por. Szkic Pomnika kondotiera Bartolomeo Colleoniego – str. 110−111) – kompletnie zacierają czytelność szkicu.
Publikacja poświęcona Herbertowskim wierszom, rysunkom i szkicom prezentuje się jeszcze paskudniej. I to nie z winy niedostatków talentu rysunkowego autora Pana Cogito, lecz na skutek niefrasobliwości w korzystaniu z programów do składu komputerowego. Wrażenie przygnębienia pogłębiają szare smutne okładki z fatalnie rozwiązanym liternictwem i kolorystyką. Swoją drogą pojąć długo nie mogłem, dlaczego w przypadku Norwida posłużono się nawiązaniem do faktury współczesnego papieru pakowego. Aż znalazłem odpowiedź: zapewne, by w sposób dobitny podkreślić, iż za życia Norwid sporo podróżował i musiał się często pakować. Kolorystyka i układ graficzny tomu Herbertowskiego przyprawić mogą o niestrawność. Zapewne jest to jakaś forma skrajnej polemiki z wierszem Potęga smaku. Niestety, tego typu przypuszczenia snuć można w przypadku obydwu tomów praktycznie przy każdej stronicy.
Zarówno Norwid, jak i Herbert doczekali się starannych edycji swoich pism i utworów. Przynajmniej we fragmentach. Wzorcem niedościgłym jest tu edycja pism Norwida realizowana bardzo, bardzo długo przez Zenona Miriama Przesmyckiego, pod względem staranności krytycznej kontynuowana przez Ryszarda Krynickiego w przypadku Herberta. Dwie publikacje pokazują naocznie, że współcześnie, mimo wysokiego poziomu poligrafii, również w Polsce, tych twórców można także wydawać beznadziejnie.
Fascynować chyba powinien podtytuł pojawiający się na obydwu tomach Znaki na papierze. Jak rozumiem, idzie tu o kwestie szalenie głębokie, o przesłanie może natury metafizycznej. Ot tak, na miarę Derridy, że niby znaki, pismo, papier, rana, różnica. Na pewno stajemy tu przed głębokim odkryciem, które może dać do myślenia (ale nie musi). Bardzo głębokie jest bowiem odkrycie, iż Norwid i Herbert pozostawiali znaki na papierze. Ja jednak pozwolę sobie tutaj na sarkazm, który nie bywał obcy Markowi Twainowi: na czymże oni mieli zostawiać ślady – będąc pisarzami epoki przedkomputerowej a postkamiennej? Mam jednak niepłonną nadzieję, że na tym zakończy się dzieło tak śmiało zaczęte, chociaż i inni pisarze polscy też pozostawili sporo „znaków na papierze”. Także w epoce cywilizacji elektronicznej książka może być dziełem sztuki. A sądzę, że zarówno Norwid, jak i Herbert na taką publikację zasłużyli. W tym przypadku Norwid nic nie zyskał, miłośnicy jego twórczości przeżyli spore rozczarowanie. Natomiast uchylenie rąbka tajemnicy archiwum Herbertowskiego zakończyło się fatalnie, została krzepiąca wiedza, że autor Elegii na odejście nie umiał zbyt dobrze rysować, chociaż niejednokrotnie bardzo się starał.
Nawet na półce, w formie tak zwanych durnostojek, te tomy nie prezentują się zanadto dobrze. Jedynym ich przeznaczeniem może być wykorzystanie na zajęciach edytorskich jako przykładu negatywnego – ale czy do tego trzeba było koniecznie sięgnąć do twórczości Cypriana Norwida i Zbigniewa Herberta? Do tej pory tak było, że „jak bida, to do Norwida”. Ale skoro mamy Rok Herbertowski, więc może dlatego właśnie zdecydowano się wykorzystać tych dwu twórców, żeby i na tym polu wykazać ich związki ponadtekstowe i hipotetyczne relacje.
Swoją drogą nie wszyscy muszą cenić twórczość autora Promethidiona i autora Pana Cogito, ale żeby aż w taki sposób wyrażać swoją niechęć, jak ma to miejsce w przypadku tych książek, to już uważam za grubą przesadę.