Recenzje

Listopad 2009

Trzy poziomy wtajemniczenia

Autorka przyznaje, że pierwotnie książka miała do tyczyć nowatorskich metod radzenia sobie ze złożonością zawartą w traktacie lizbońskim (TL). Wprowadzenie do TL mechanizmów kontroli odwołujących się do logiki trójwartościowej wymagało filozoficznego namysłu nad zjawiskiem, a więc zejścia na poziom ontologii, epistemologii i antropologii – stąd tytuł. Pojawienie się w międzyczasie globalnego kryzysu wygenerowało z kolei nowy typ porządku, co dla Unii Europejskiej oznaczało wyraźny powrót do hierarchicznej formuły władzy, osłabienie istotnego dla TL „momentu wspólnotowego” z równoczesnym wzrostem walk państw narodowych o przywództwo.

Autorka dowodzi, że kapitał kulturowy i doświadczenia intelektualne danego narodu (także regionu świata) rzutują na społeczny odbiór formuł władzy. Bardzo różnorodnie mogą być rozumiane przez społeczeństwa Europy takie terminy, jak: „porządek”, „kontrola”, „realność”. Kraje, które ominął spór o uniwersalia i przełom nominalistyczny albo te, które przeszły go tylko powierzchownie, nie są w stanie uzmysłowić sobie konsekwencji w sferze władzy wynikających z wielopoziomowości świata społecznego. Ta swoista niewinność Europy Środkowowschodniej w sierpniu 1980 zaowocowała – w polskim przypadku – tym, że „Solidarność” jako ruch nie musiała szukać czy wręcz tworzyć ontologicznych przesłanek dla swych działań (gdyby rzecz się zdarzyła na Zachodzie, byłoby to konieczne), lecz wszystko było już gotowe dzięki silnej tożsamości katolickiej, a wraz z nią zakorzenieniu w tomistycznej konstrukcji „sprawiedliwości”, jako uniwersalnej, wypływającej wprost z osadzenia w Absolucie godności osoby.

W TL podstawy władzy czy prawa są jednak wytwarzane na nowo. Spór o uniwersalia i nominalistyczna deontologizacja świata idei odcięły korzenie ludzkiej egzystencji biorące swój początek z Absolutu. Późniejsze próby Kanta i postkantystów, a także innych liberalizujących filozofów akcentujących „indywidualizm” czy „wolność” człowieka nie na wiele się zdały. W końcu Zachód w filozofii postmodernistycznej doszedł do wniosku, że jakikolwiek osąd nie ma sensu ze względu na zrelatywizowanie kategorii „dobra” i „zła”. Postawienie człowieka w miejsce przynależne Absolutowi nie wyszło kulturze Europy Zachodniej na zdrowie.

To właśnie – jak dowodzi Staniszkis – odrzucenie przez nominalizm ontologicznego zakorzenienia idei, nadającego im walor uniwersalności, zapoczątkowało trwające do dziś poszukiwania w teorii i praktyce władzy. Wobec narastającego chaosu TL dopuszcza nowe sposoby zarządzania Unią Europejską. Pochodzą one tym razem z Azji oraz krajów islamskich. W gruncie rzeczy następuje likwidowanie zarządzania hierarchicznego na rzecz sieciowego, w którym każdy komponent władzy staje się jednakowo ważny. Druga nowość dotyczy systemów prawnych dotychczas obcych tradycji europejskiej. Chodzi tu o możliwość wprowadzenia szariatu do prawodawstwa europejskiego. Prekursorem w tej dziedzinie będzie Wielka Brytania. O ile w wyspiarskim, precedensowym charakterze prawodawstwa można potraktować szariat jako kolejny precedens, o tyle w kontynentalnym wydaniu zawsze zrodzi się konflikt. Co islam dopuszcza, niekoniecznie było do niedawna aprobowane przez prawo europejskie.

Autorka w ciekawy sposób przybliżyła problematykę TL. Czytając miałem wrażenie, jakbym przynajmniej trzykrotnie był przeprowadzany przez związaną z nim tematykę, za każdym razem wstępując na coraz głębszy stopień wtajemniczenia. Jest to jednak zabieg konieczny ze względu na niezwykle ścisły język i arcylogiczny tok narracji prof. Staniszkis.

Bogdan Bernat
Jadwiga Staniszkis, Antropologia władzy. Między Traktatem Lizbońskim a kryzysem, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

Czas, nie pieniądz

Błędy można naprawić, pieniądze można odzyskać, większość zasobów można uzupełniać, ale nie czas. Czas mija bezpowrotnie i nie da się zgromadzić ani chwili odsetek. Niezupełnie jest więc prawdą, co rzekł Benjamin Franklin – „czas to pieniądz”. Naprawdę czas jest znacznie cenniejszy. Dlatego warto go jak najlepiej wykorzystać. Jak to zrobić? Odpowiedzi udzielają Philip Zimbardo i John Boyd.

Autorzy wyodrębnili sześć perspektyw postrzegania czasu: przeszłą pozytywną, przeszłą negatywną, teraźniejszą hedonistyczną, teraźniejszą fatalistyczną, przyszłą i przyszłą transcendentalną. Wszyscy jesteśmy mniej lub bardziej zorientowani na każdą z tych perspektyw, co ma wielki wpływ na nasze życie. Dlatego autorzy zachęcają, żeby zbadać swoją perspektywę za pomocą Kwestionariusza postrzegania czasu Zimbardo (KPCZ) umieszczonego w książce, a następnie prowadzą czytelnika ku osiągnięciu zrównoważonej perspektywy postrzegania czasu. Tak, aby w pełni uczyć się z przeszłości, cieszyć teraźniejszością i planować przyszłość.

Jeśli chodzi o przeszłość, to zachowaniu wysokiej jakości życia sprzyja oczywiście nastawienie pozytywne. Ale jak to zrobić, kiedy spotykało nas w młodości wiele niepowodzeń? Wszystko zależy od nastawienia – mówią autorzy. To prawda, że obiektywna przeszłość wpływa na nas, ale możemy zmienić swoje myślenie o niej, a tym samym – zmienić teraźniejszość i przyszłość. Jeśli chodzi o teraźniejszość, to niedobra jest perspektywa fatalistyczna, ale i z hedonistyczną trzeba uważać. Zbyt silne nastawienie ku niej może zaważyć na naszej przyszłości. Nie można jej jednak odrzucać. Autorzy zachęcają, by „wąchać kwiatki”, pojechać „na południe” czy nawet poddać się hipnozie lub medytacji (wtedy możemy osiągnąć teraźniejszość holistyczną, jak czynią to buddyści). Perspektywa przyszłościowa jest ważna, bo bez marzeń i planów niczego nie osiągniemy, ale poczuciu szczęścia sprzyja też nastawienie na przyszłość transcendentalną, a więc wiara w zbawienie itp.

Paradoks czasu polega m.in. na tym, że nie da się osiągnąć wszystkich tych perspektyw czasu jednocześnie. Robiąc coś czy będąc gdzieś, nie można robić czegoś innego ani być gdzieś indziej. Trzeba wybrać optymalne rozwiązanie. Ale do tego potrzebna jest umiejętność panowania nad czasem, której uczą Zimbardo i Boyd w tej książce.

W międzyczasie autorzy omawiają czynniki wpływające na postrzeganie czasu, takie jak wiek, klimat i religia, prezentują postrzeganie czasu w innych kulturach, a także zaburzenia jego postrzegania właściwe np. osobom spod znaku Flower Power. Zdradzają, jak wykorzystać czas do zarabiania pieniędzy, a także jak się cieszyć czasem będąc na emeryturze.

Książkę czyta się świetnie, jest napisana przystępnym, „żywym” językiem, bogatym w metafory i obrazowe porównania. Ilustrowana jest licznymi przykładami z badań psychologicznych, z literatury oraz z życia autorów. Dzięki temu książka zainteresuje wszystkich, bo każdy jest uwikłany w czas. Na marginesie autorzy prezentują bajki i piosenki o czasie czy też najpopularniejsze angielskie rzeczowniki, wśród których na pierwszym miejscu plasuje się… czas.

Na koniec uwaga: książka nie miała korektora (przynajmniej nie widnieje on w stopce), co niestety widać w tekście.

Anna Jawor
Philip Zimbardo, John Boyd, Paradoks czasu, tłum. Anna Cybulko, Marcin Zieliński, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.

Autorytaryzm a totalitaryzm

„Jeśli chodzi o poziom badań reżimów niedemokratycznych, to niemała część środowiska politologicznego po 1989 r. uległa, naszym zdaniem, błędnemu wrażeniu, że transformacja może (nawet musi!) dążyć w jednym kierunku – do demokracji. Rozwój wypadków w krajach obszaru postkomunistycznego zmierzał jednak najwyraźniej w innym kierunku. Daje/dawał on szereg dowodów na to, że niektóre reżimy nie przeszły fazy liberalizacji, lecz tylko fazę demokratyzacji; inne z kolei przechodzą od niedemokracji do niedemokracji. Błędne prognozy tych, którzy dali się zwieść pokusom prognostycznej funkcji politologii, obnażyły płytkość naszej wiedzy o istocie transformacji jako takiej”.

Cytowany fragment stanowi myśl przewodnią książki czeskich politologów z Uniwersytetu Masaryka w Brnie. Tytuł wskazuje, że książka ma podwójny charakter, którego odbiciem jest jej podział (choć nieuwyraźniony w spisie treści) na dwie części. Pierwsza, na którą składają się rozdziały I−III ma zdecydowanie charakter metateoretyczny i odpowiada treścią podtytułowi książki. Natomiast część druga, którą stanowi rozdział IV, o podobnej długości jak część pierwsza, zawiera analizę przemian politycznych po upadku komunizmu w siedmiu krajach postkomunistycznych (Białoruś, Rosja, Serbia, Albania, Azerbejdżan, Kazachstan i Turkmenistan), dokonaną w świetle koncepcji opartej na dystynkcji pomiędzy reżimami totalitarnymi a autorytarnymi, sformułowanej przez amerykańskiego politologa Juana Joségo Linza. Wieńczący pracę rozdział V stanowi „powrót do Linza”, czyli zestawienie wyników pracy w świetle założeń teorii Linza. Tu powiemy kilka słów odnośnie do części drugiej.

Autorzy dokonują analizy reżimów niedemokratycznych posługując się czterema kryteriami zaproponowanymi przez Linza, a mianowicie: stopniem ograniczenia pluralizmu (ograniczony pluralizm w autorytaryzmie, a monizm w totalitaryzmie), sposobem zdobycia i utrzymania legitymacji (szczególna rola mentalności postkomunistycznej w niektórych niedemokracjach), stopniem mobilizacji społeczeństwa wokół wartości grupy rządzącej oraz charakterem przywództwa. Podstawowe w koncepcji Linza jest odróżnienie reżimów totalitarnych od reżimów autorytarnych. Totalitarne opierają się na monistycznym centrum władzy, a wszelkie inne grupy wymagają legitymizacji ze strony centrum i są właściwie przez to centrum tworzone (pobudzane), istnieje tworzona przez centrum ideologia, z którą utożsamiają się grupy rządzące i która jest podstawą polityki, a udział obywateli w realizacji celów władzy jest aktywnie pobudzany przez monopolistyczną partię rządzącą. Natomiast reżimy autorytarne to „porządki z ograniczonym pluralizmem politycznym, bez dopracowanej wiodącej ideologii, ale za to z typową mentalnością, bez ekstensywnej czy intensywnej mobilizacji politycznej, w których przywódca lub mała grupka sprawuje władzę wewnątrz formalnie źle zdefiniowanych, ale obliczalnych granic”.

Część pierwsza pracy jest trudna, miejscami dość niejasna. Dlatego czytelników niebędących politologami zachęcam do czytania tej książki od rozdziału IV. Zawiera on wiele interesujących rozważań dotyczących przemian polityczno−społecznych w wymienionych wyżej krajach. Dopiero po jego przeczytaniu warto wrócić do metodologicznych analiz części pierwszej.

Marek Lechniak
Jan Holzer, Stanislav Balík, Postkomunistyczne reżimy niedemokratyczne. Badania nad przemianami teorii politycznej w okresie po transformacji ustrojowej, tłum. Vladimír Petrilák, przekład przejrzał i poprawił Artur Wołek, ośrodek myśli politycznej, wyższa szkoła biznesu – national-Louis university, Kraków – Nowy Sącz 2009, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.

Postęp – ślepy zaułek Europy?

W Upadku idei postępu Zdzisław Krasnodębski, socjolog i filozof społeczny, próbuje zdiagnozować zmiany, jakie zachodzą w świadomości oraz praktycznym życiu człowieka epoki postnowoczesnej. Rozważania odbywają się na gruncie filozofii. Krasnodębski bierze pod lupę głównie myślicieli niemieckich i na podstawie ich rozważań kreśli ewolucję idei postępu na przełomie zmieniających się epok. Wychodząc od genealogii idei postępu rozważa jej duchowe źródła i społeczny kontekst kreowania tej myśli.

W początkowym okresie analizowanym przez filozofa postęp wiedzy, nauki i cywilizacji był utożsamiany z wyzwoleniem człowieka. To zaś było łączone z jego rozwojem etycznym. Taki postęp miał prowadzić do zwiększania się ludzkiego szczęścia. U Kanta natura, która stanowiła podstawę postępu, została zastąpiona rozumem. Wtedy też pojawiła się wątpliwość co do owoców rozwoju. Szczęście, jako efekt dochodzenia ludzkości do dojrzałości, zostało zakwestionowane.

W dalszej części rozważań autor przywołuje poglądy Webera. Pokazuje, że dość szybko postęp przestał być oczywistą wartością. Teorie następców Kanta wskazywały, że rozwój buduje bowiem człowieka coraz bardziej racjonalnego i wolnego, lecz wcale nie bardziej szczęśliwego czy lepszego w sensie etycznym. Kiedy zachwiały się przesłanki, na których zbudowano ideę postępu, również i ona zaczęła być podważana. Krasnodębski wskazuje tutaj na erozję następujących wartości: wiary w wartość przeszłości, przekonania o wyższości cywilizacji zachodniej, kultu wartości wzrostu ekonomicznego i technologicznego, wiary w rozum i wiedzę naukową, wreszcie – wiary w wartość życia na Ziemi.

Snując swe rozważania, filozof porusza się płynnie po różnych obszarach. Wywody naukowe przeplatają się ze spostrzeżeniami na temat życia społecznego – religii, moralności, priorytetów i celów, jakimi kierowali się ludzie w minionych 300 latach. Autor analizuje wpływ religijności i imperatywów obywatelskich na kształtowanie się filozofii i stylu funkcjonowania państwa niemieckiego. Tym samym próbuje zgłębić problem rodzenia się XX−wiecznych systemów politycznych.

W tym miejscu bardzo ważne wydają się wnioski Maxa Webera, na które wskazuje Krasnodębski, dotyczące etyki protestanckiej. Determinizm, zależność od transcendentnego Boga, samotność człowieka, wiara jako bezwarunkowo obowiązujące normy, miłość bliźniego rozumiana głównie jako spełnianie obowiązków zawodowych, wrogość wobec zmysłów i uczuć – wszystkie te wartości leżą, według Webera, u podstaw gospodarki kapitalistycznej i stanowią duchowe podłoże demokracji.

To newralgiczny moment w pochodzie ludzkiej myśli ostatnich kilkuset lat. Filozof wskazuje na cenę postępu, a jest ona bardzo wysoka – to naruszenie poczucia sensu życia. Prosty przykład znajdziemy na gruncie badań naukowych: „Po co tworzyć coś, co i tak z konieczności wkrótce będzie przestarzałe? – referuje poglądy Webera Krasnodębski. – Po co uprawiać obiektywną, „wolną od wartości” naukę, skoro nie odpowiada ona na najważniejsze pytania – o sens życia i śmierci, o dobro i zło?”

Krasnodębski akcentuje: racjonalizacja, postęp rozumu, dzięki którym człowiek zdołał się wyemancypować, jednocześnie oderwały go od etyki. A to w efekcie doprowadziło do poczucia utraty miar i sensu. „Racjonalizacja prowadzi do kryzysu nowoczesności” – konkluduje filozof.

Te wnioski, a także ich późniejsza realizacja w formach społecznych, ewolucji ustrojów i degradacji wartości, nie prowadzą jednak autora książki do pesymizmu. Krasnodębski pisze: „Brak ostatecznego rozwiązania naszych wątpliwości moralnych bynajmniej nie jest tragedią. (...) Nieco niewiary we własne siły może przywrócić ludziom wiarę w sens świata i życia”.

Beata Maj
Zdzisław Krasnodębski, Upadek idei postępu, Ośrodek Myśli Politycznej, Wyższa Szkoła Europejska im. ks. Józefa Tischnera, Kraków 2009, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.

Ku pokrzepieniu ciała?

„Gdyby kobiety kochano za ich przymioty umysłowe, nie zdarzyłby się od czasów Adama ani jeden wypadek miłości” – powiedział Sienkiewicz. Wszystkie jego fabuły opierają się więc na schemacie konkretności, szybkości pożądania, które poprzedza powstanie więzi emocjonalnej między bohaterami. Jednak kobieta zdobyta, a szczególnie kobieta ciężarna bądź matka, staje się istotą metafizyczną, odrealnioną, odciętą od poprzedniego cielesnego wizerunku. Staje się poniekąd dziewicą Maryją. Jest to zaskakujące tym bardziej, że, jak twierdzi sam Sienkiewicz, pożądania nie sposób oddzielić od miłości, nawet uczucia religijne wyrażają się w gestach miłosnych, nie sposób kochać platonicznie.

Dlaczego więc ciężarna staje się inną postacią? Bo pożądanie tak uświęconej kobiety byłoby czymś nieprzyzwoitym, byłoby również niejako pożądaniem dziecka. Ciężarna staje się więc nietykalna. Istnieje kulturowo−moralny zakaz strzegący odrębności dyskursów: erotycznego i ciążowo−macierzyńskiego. Naruszyć go może tylko nikczemnik bądź człowiek kulturowo obcy. Tylko raz więc w całej Trylogii użyte zostaje słowo ciąża – w odniesieniu do branki Azji Ewki Nowowiejskiej.

Pożądanie zaś kobiety, która została matką czy żoną, jest również sprzeczne z zasadami – pożądać może tylko mąż, prawowity właściciel kobiecego ciała. Każdy inny musi zostać surowo ukarany. Dlatego, pomimo iż Bohun i Azja porwali kobiety, w których szaleńczo się zakochali, ich los jest inny. Bohun porywa kobietę zakochaną w innym i z innym zaręczoną, ale niezwiązaną ślubem. Ma nadzieję zdobyć jej miłość, ratuje ją ponadto przed gwałtem i śmiercią w Barze. Azja zaś chce zdobyć tylko ciało Baśki, to ciało święte i zakazane. Dlatego Bohunowi zostaje dana szansa bohaterskiej śmierci, Azja zaś kończy na palu. Książę Bogusław Radziwiłł, również winny porwania Oleńki i zamiaru porwania Heleny Skrzetuskiej, jawi się jako człowiek nikczemny. I to właśnie mniej z powodu zdrady ojczyzny, a bardziej z powodu naruszenia ładu społecznego, jakim jest chęć porwania czyjejś żony, dodatkowo matki licznych dzieci.

Bohaterowie Sienkiewicza są bardzo fizyczni. Zdaje się, że ich wszystkie działania opierają się na instynktach, pożądaniach, porywach i cierpieniach. To, co mogłoby zdawać się cierpieniem duchowym, zawsze wyłania się w działaniu fizycznym. Po odbiciu Ligii przez chrześcijan Winicjusz sieje spustoszenie w domu, Azja po ucieczce Baśki szaleje mimo poważnej rany, Kmicic, gdy przekonuje się o zdradzie Radziwiłła, dostaje ataku szału. Nawet bohaterowie współczesnych powieści Sienkiewicza cierpiąc nie pogrążają się w depresji, ale działają, nawet jeśli działaniem ma być zadawanie sobie bólu. Depresja jest już ostatnim stanem rozpaczy.

Ale ciało ma zawsze wyższość nad duchem – Wołodyjowskiego z klasztoru ostatecznie nie wyciąga logiczna przemowa Zagłoby i ojczyzna w potrzebie, ale uroda Krzysi, Zbyszka z depresji po śmierci Danusi nie leczy grożące Polsce niebezpieczeństwo, ale bliskość zakochanej Jagienki.

Książka Ryszarda Koziołka to ciekawy przykład badań nad modnym ostatnio w naukach humanistycznych zagadnieniem ciała. Jednak szeroki wybór lektur pozwolił autorowi podejść do zagadnienia nie tylko pod kątem erotyki czy śmierci, ale również cierpienia i nieobecności. Zaletą książki jest zwięzły i jasny sposób formułowania myśli, który ma szanse przemówić nie tylko do badaczy literatury, ale też do, chcących poszerzać horyzonty, przeciętnych czytelników. Bo cóż jest bardziej namacalnego niż ciało?

Anna Matraszek
Ryszard Koziołek, Ciała Sienkiewicza. Studia o płci i przemocy, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2009, seria: Prace Naukowe UŚ w Katowicach.

Przyjemność

Jerzy Bralczyk to doskonały przykład nietypowego naukowca. Człowieka, który bardzo chętnie dzieli się swoją wiedzą, robi to ciekawie i na wiele sposobów. Język chętnie promuje zza uniwersyteckiej katedry i radiowego mikrofonu, z kart książek i gazet, ze szklanego ekranu, a od kilku miesięcy także na portalu skupiającym użytkowników komunikatora Gadu−Gadu. Prowadzi także wideoblog.

Zagadnienia ścisłego powiązania języka z kulturą i doświadczeniem zajmują znaczące miejsce w pracach z dziedziny językoznawstwa. Definicja językowego obrazu świata uznaje język za jeden z najistotniejszych elementów kultury, która rozumiana jest jako całość cywilizacyjnego dorobku człowieka. W ten nurt refleksji językowych wpisuje się także najnowsza książka prof. Bralczyka Świat przez słowa.

Składająca się z dwóch odrębnych części („Ja” oraz „Świat”) publikacja zbudowana jest na kształt słownika – poszczególne artykuły podporządkowane są wyrazom analizowanym przez językoznawcę. Alfabetyczny układ daje czytelnikowi zupełną swobodę czytania. W indeksie znajdujemy ponad sto słów: archaicznych i współczesnych, wyspecjalizowanych i używanych w języku potocznym. W pierwszej części oscylują one wokół człowieka i jego uczuć, czyli inaczej świata wewnętrznego. Mamy zatem „ciało”, „charakter”, „samotność” i „miłość”. Leksemy drugiej części dotyczą świata zewnętrznego i są to abstrakty typu „czas” czy „prawda”, a także hasła związane z życiem współczesnego człowieka: „komórka”, „komputer”, „telewizja”, „śmieci”.

Analizy wyrazów prof. Bralczyk dokonuje na kilka sposobów: opisuje etymologię, bada zmiany leksykalne i porównuje leksemy z ich obcojęzycznymi odpowiednikami. Najczęściej jednak bada wyrazy w ich „środowisku naturalnym”, to znaczy w typowych użyciach językowych, związkach frazeologicznych czy porzekadłach. W krótkiej, skondensowanej formie zawiera ogrom informacji. Wykorzystuje fragmenty arcydzieł polskiej literatury, parafrazuje ludowe przyśpiewki i teksty powszechnie znane z historii i kultury.

Ewolucja znaczeń leksemów – której autor poświęca sporo uwagi, by dzięki niej pokazać zachodzące wokół nas zmiany – czasami śmieszy, a czasami przestrasza. Zjawisko to doskonale obrazuje analiza wyrazu „komórka” – który w XV w. oznaczał jedynie „małą izbę”, a dopiero trzy wieki później rozszerzył swą pojemność i stał się także terminem biologicznym. Słownik warszawski z 1900 roku zanotował już dziesięć znaczeń słowa „komórka”. Telefon komórkowy – jako ostatnie, szóste znaczenie – po raz pierwszy pojawił się w słowniku z 1996 roku. Jednak z biegiem czasu urządzenie to nabrało takiej rangi, że w słownikach języka polskiego zaczęły się pojawiać dwie „komórki”: ta o wielu znaczeniach i zupełnie osobna „komórka” – telefon. „Mamy jeszcze wciąż dawną frazeologię ’komórkową’ – pisze prof. Bralczyk. – Mamy szare komórki i komórki do wynajęcia, i rodzinę jako podstawową komórkę społeczeństwa. Ale w najnowszym słowniku PWN dwa pierwsze hasła to być pod komórką i dzwonić na komórkę (...) A te inne znaczenia dostaną niedługo w słownikach kwalifikator przestarzałe albo książkowe”.

Podziwiamy urok przyjaźni prof. Bralczyka ze słowami i z językiem w ogóle. Nieistotne zresztą, czy czyta się pisane przez niego gawędziarskim stylem książki, czy też słucha „wgadywanych wgadów”, jak profesor określa swoją internetową aktywność – obcowanie z językiem profesora to prawdziwa przyjemność.

Katarzyna Krzyżanowska
Jerzy Bralczyk, Świat przez słowa, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.
Październik 2009

Kłopoty z geopolityką

Książka jest pokłosiem konferencji Tradycje polskiej geopolityki, która odbyła się w Krakowie w 2008 r. Jej prelegenci rozwinęli tezy swych wystąpień ukazując dylematy geopolitycznego położenia Polski od XV w. do chwili obecnej.

Geopolityka I RP swój newralgiczny punkt miała na Zaporożu. Błędy popełnione względem kozactwa, unikanie rozszerzenia unii polsko litewskiej o człon ukraiński spowodowały wystąpienia bojarów ruskich, z których najbardziej spektakularnym było to z 1648 r. pod wodzą Bohdana Chmielnickiego. Można jeszcze winić Wazów za nieumiejętność władztwa nad federacją, która o mały włos poszerzona byłaby o komponent moskiewski. Ale czy musimy wciąż szukać winnych? Może przodkowie nasi mieli kaprys zbudowania sobie potężnego i dość bogatego państwa po to, by nie zważając na późniejszy osąd historii po prostu je wysmakować, zużyć i nieźle się bawiąc przehulać. Nie wszystkie działania polityczne czy państwotwórcze muszą być wszak racjonalne. Dużo dostaliśmy od losu, więc i strata była znaczna.

Nie chcąc być posądzonym o brak patriotyzmu, mógłbym dorzucić do refleksji Przemysława Żurawskiego – jednego ze współautorów Przeklętego miejsca… – tezę, że utrata ziem I zaboru rosyjskiego (choć to olbrzymi obszar) nie była tak wielka dla polskiego etosu. Odpadł kordon zabezpieczający od Rosji. Gorzej się nam stało wówczas w krwiożerczych paszczach Prus, które sami sobie wyhodowaliśmy, i Austrii. Utrata – już z punktu widzenia narodowego – ziem rdzennie polskich: Pomorza, Śląska, Małopolski czy Galicji więcej waży. Zabrakło w książce genezy tego powolnego acz systematycznego tracenia obszaru zamieszkiwanego przez nas na Zachodzie. Przez około 5 wieków, a i dłużej, nasze trwanie było przecież nad Odrą, na Dolnym Śląsku, a historyczną stolicą Ziemi Lubuskiej nie był ani Gorzów, ani Zielona Góra, tylko niewielki Lubusz (Lebus). Oczy naszych przodków zapatrzone we Wschód nie zauważyły, co tracą. A my także w naszych geopolitycznych rozważaniach bardziej skorzy jesteśmy analizować przeszłość na Wschodzie. Kresy ciążą i pozwalają głębiej odetchnąć, bolą, ale i leczą. A Zachód tego rzeczywiście nie jest w stanie pojąć. Nie był nigdy ani Konradem, ani chrześcijańskim przedmurzem, nie mówiąc już o Chrystusie narodów. Bo kogoż tam cierpienie geopolityczne choćby w podobnym stopniu tak oszlifowało?

Przeklęte miejsce... uświadamia, że gros naszych geopolitycznych zabiegów to Wschód, niezależnie, czy mowa o Litwie, Błotach Polesia, czy wschodniej Galicji. Odżyły one i na początku XX w. w federalistycznych koncepcjach odbudowy Rzeczypospolitej Józefa Piłsudskiego. Modyfikacja programu balansującego pomiędzy „federacją” a „inkorporacją” nastąpiła już w trakcie wojny polsko bolszewickiej, by w latach trzydziestych XX w. rozwinąć się w nader interesującą neofederalistyczną koncepcję Adolfa Bocheńskiego, w myśl której „dążenie Ukraińców do posiadania własnego państwa oraz interes Rzeczypospolitej polegający na radykalnym osłabieniu Rosji powinny działać w tym samym kierunku”. Wreszcie wyrosły w kuźnicy „Buntu Młodych” i „Polityki”. Jerzy Giedroyc na gruncie „Kultury” w latach sześćdziesiątych XX w., głosił geopolityczny program „ULB” (Ukraina + Litwa + Białoruś), czyli ideę emancypacji narodów wówczas zamkniętych w konglomeracie ZSRR we współdziałaniu z narodem polskim.

Bogdan Bernat
Przeklęte miejsce Europy? Dylematy polskiej geopolityki, pod red. Jacka Kloczkowskiego, Ośrodek Myśli Politycznej, Wyższa Szkoła Europejska im. ks. J. Tischnera, Kraków 2009, seria: Polskie Tradycje Intelektualne.

Europa u progu zmian

W wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” pisarz i dziennikarz Jens Hovsgaard opowiada o tym, że coraz częściej miast być dumnym, wstydzi się za swój kraj i jego mieszkańców, którzy piją na umór, antydepresanty łykają w hurtowych ilościach, masowo się rozwodzą, a do tego są ekstremalnymi rasistami i ksenofobami. Dania jako najszczęśliwszy kraj na świecie – to mit, przekonuje.

Ciekawe, że ta sama Dania, a w zasadzie przyjęty przez nią model socjalny, dla Anthony’ego Giddensa, jednego z najbardziej znanych socjologów na świecie, jest wzorem do naśladowania. Chociaż z głęboką rezerwą podchodzi do „państwa opiekuńczego”, to akurat duński przykład wzbudza w nim najmniej zastrzeżeń. Wielokrotnie zresztą podpiera się modelem skandynawskim, porównując go choćby z konserwatywnym włoskim czy niemieckim bądź liberalnym – angielskim. Wszędzie jednak, przyjmując ogólnoeuropejską optykę, idea ta powoli się wyczerpuje. To efekt zmian, jakie dotykają europejski organizm. Przestaje być on wydolną ekonomicznie, społecznie i kulturowo, realną konkurencją dla reszty świata. Giddens namawia więc do podjęcia wysiłku i uzdrowienia pacjenta.

Proponuje jednak zmiany, które z jednej strony wydają się być nieuniknione, ale z drugiej – na ich wprowadzenie nie odważyłby się chyba żaden realnie myślący polityk. Tymczasem brytyjski pro Europejczyk odważnie formułuje np. postulat przeorientowania roli związków zawodowych. Jego zdaniem, muszą one z pozycji obrońców interesów pewnych grup przejść na stronę faktycznych partnerów społecznych. Wówczas będzie można uelastycznić rynek pracy, zreformować system świadczeń socjalnych i mówić o sukcesie.

Giddens zwraca uwagę na istotne zmiany w stylu życia mieszkańców Europy. Na skutek przeobrażeń pojawiają się nowe klasy społeczne (menedżerowie, pracownicy skomputeryzowani), obowiązujące dotychczas podziały w ramach „codziennej demokratyzacji” odchodzą w zapomnienie. Można często zmieniać pracę, i to nie tylko w obrębie swojego kraju, można podróżować bez ograniczeń, jednym słowem – „żyć po swojemu”. Dotyczy to nie tylko młodych. W perspektywie starzenia się społeczeństw dyskryminacja ze względu na wiek będzie zanikać i musimy być przygotowani na to, że pojęcie „emerytura” w ogóle zniknie z naszego słownika – prognozuje Giddens. Musimy się przygotować na zmianę hierarchii wartości, a przez to – wykorzenienie pewnych stereotypów. Wystarczy wspomnieć o pozycji kobiet, które decydując się na macierzyństwo jeszcze do niedawna skazane były na siedzenie w domu. Dziś już nie muszą rezygnować z kariery zawodowej. Pojęć, które należałoby redefiniować, jest zresztą więcej. Interwencjonizm – tak, ale czasowy i mający na celu przekwalifikowanie pracowników. Wielokulturowość – owszem, ale jako integracja mniejszości czy imigrantów z resztą społeczeństwa.

W obliczu rosnącego bezrobocia i zmian demograficznych Europa musi odpowiedzieć na wyzwania globalizacji. Autor nie zaleca kopiowania całych systemów. Wystarczy przecież wziąć z nich to, co najlepsze – podpowiada. Dla Europy różnorodność nie jest problemem, lecz rozwiązaniem. Gdyby tak połączyć szwedzki poziom równości, brytyjski kosmopolityzm, francuski poziom opieki zdrowotnej, norweski poziom wykształcenia i włoską kuchnię… – rozmarza się Giddens.

Ciekawe, że nie przyszło mu nic na myśl, jeśli chodzi o Polskę. No właśnie, co my moglibyśmy Europie zaoferować?

Mariusz Karwowski
Anthony Giddens, Europa w epoce globalnej, tłum. Magdalena Klimowicz, Miłosz Habura, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.

Książka z literatury zrobiona

Żałobna okładka patrzy starymi oknami, które przypominają dwie trumny. Takiego spojrzenia nie można zlekceważyć. „Ta książka – już nie moja – z literatury jest „zrobiona” – pisze Józef Olejniczak. Literacką inspiracją książki są teksty Witolda Gombrowicza, zwłaszcza Dzienniki, późne wiersze Czesława Miłosza, opowieści Brunona Schulza, poezja i proza Aleksandra Wata oraz eseje Józefa Wittlina. Zdecydowanie jednak książce patronuje autor Kosmosu, i to z dwóch powodów: jest jednym z jej bohaterów, ale także teksty innych pisarzy są w niej czytane przez pryzmat Gombrowiczowskiej myśli.

Autor zaznacza, że jego książka nie jest pracą historycznoliteracką czy krytycznoliteracką. Nie konstruuje też w niej żadnych teorii. Pisze niejako o „motywie literackim”, jednak bierze to określenie w cudzysłów, gdyż kategoria „motywu” nie jest tu do końca właściwie użyta. Sięga bowiem także do biografii pisarzy: zabójstwo Schulza, samobójstwo Wata, starzenie się Miłosza. Zatem przekracza w swej interpretacji granice tekstów. Trudno tego uniknąć, jeśli wiadomo, że ich powstawaniu towarzyszyło nasilające się bezradne myślenie o umieraniu. Autor zadaje pytania i nie ukrywa, że nie jest pewny udzielanych odpowiedzi. Pyta, dlaczego czyjaś śmierć jest zawsze swego rodzaju skandalem? Dlaczego budzi zaciekawienie i strach? Dlaczego dziwi tak, jakby coś podobnego zdarzyło się po raz pierwszy? I rzeczywiście – przyznaje – jest tak, jak mówi Ionesco: „każdy umiera pierwszy”.

Autor obsesyjnie krąży wokół własnego poczucia bliskości śmierci, której nie doświadczy w pożądany sposób. Doświadczenie umierania własnego „ja” nie jest bowiem we władzy języka, jest niepowtarzalne i „niekomunikowalne”. Dlaczego? Ktoś, kto mówi: „umieram”, jest przecież nadal żywy. Określenia takiego można użyć w odniesieniu do własnej osoby jedynie w czasie przyszłym. Przeczyć temu racjonalnemu twierdzeniu usiłuje Bruno Schulz i zdaje się być jedynym człowiekiem – zarówno w sensie egzystencjalnym, jak i jako porte parole bohatera narratora Sanatorium pod Klepsydrą – któremu się to udaje. Jest absolutnym „poetą śmierci”. Podejmuje się zadania niemożliwego – opowiada o śmierci własnej, śmierci w pierwszej osobie liczby pojedynczej czasu teraźniejszego. Wprowadza siebie i czytelnika w nie świat, nicość, zaświat. Nieustannie „powraca w śmierć”.

Schulz był wybrańcem, dokonał niemożliwego, a pragnął nieistnienia. Istnienie zastąpił „półistnieniem” albo pozorem istnienia. Inaczej jest u Gombrowicza. On pragnie ocalenia, broni się przed śmiercią, zniknięciem czy rozproszeniem. Jego apel skierowany do Dantego jest dramatyczny. Dla niego śmierć jest zbyt powszechna, niewyraźna, zamazana. Gombrowicz nie odnajduje się w tych warunkach. Pisze: „Ale ja? Ja z moimi koniecznościami, z koniecznościami mego ja?” Jego protest oraz cały niemal trzeci tom Dziennika i Kosmos są próbami przezwyciężenia śmierci, wykluczenia się z powszechnej umieralności. Próbami kończącymi się oczywiście klęską i… śmiercią.

Książka Olejniczaka jest jedną z tych rzadkich pozycji, o których wciąż z niepokojem się rozmyśla i w nieskończoność chciałoby się o niej rozmawiać.

Małgorzata Pawełczyk
Józef Olejniczak, Powroty w śmierć, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2009.

Być człowiekiem

Wstyd powiedzieć, ale zaczynając lekturę tej książki nie wiedziałam prawie nic o Hannie Malewskiej. Że pisarka, że brała udział w powstaniu warszawskim. Tyle, jeśli nie mniej. Dlatego uważam, że książka ta jest potrzebna. Anna Głąb dotarła do znajomych Hanny Malewskiej, zdobyła listy pisarki, zgromadziła wiadomości o każdym etapie życia. Dzięki jej cierpliwej pracy z książki wyłania się osoba, która żyła, nie płaski obraz. Ujmujący jest też sposób, w jaki autorka pisze o Malewskiej – nazywając ją Hanką, Hanią, panią Hanią. Czuje się przywiązanie Anny Głąb do Malewskiej, nie tylko jako do przedmiotu badania, ale jako do inspirującego i ciekawego człowieka.

Malewska jawi się przede wszystkim jako osoba, która nigdy nie szafuje łatwymi wyrokami. Na każdym etapie życia, nie tylko idealistycznej młodości, uważała, że każdy ma powód, by zachowywać się w określony sposób. Zawsze skłonna była uznać czyjeś postępowanie za wynik wcześniejszych doświadczeń, może ciężkich, może bolesnych. Zawsze skłonna uwierzyć raczej w ludzkie błędy niż w świadome okrucieństwo.

Przejmujące rozdziały dotyczące jej bytności w okupowanej Warszawie i walki w powstaniu warszawskim są jednymi z najmocniejszych w tej bardzo dobrej książce. Wspomnienie o młodych ludziach, którzy byli jak diamenty, którymi strzelano do Niemców, o biegu łączniczki, która już nigdy nie wróciła do domu, o czołgu pułapce na długo pozostaje w pamięci. Wspomnienia Malewskiej o wojnie, w rok po powstaniu, są ukoronowaniem tego etapu jej życia i twórczości. Bo nawet wówczas, w te trudne dni, pisała chyba z tego samego powodu, dla którego pisali również Gajcy, Baczyński czy Różewicz – bo jutra może już nie być i trzeba zdążyć żyć, póki bije serce, a krew krąży w żyłach, a nie rozlewa się na ulicy.

Późniejsze losy Malewskiej również nie były łatwe. Bezkompromisowa i twardo obstająca przy swoim, niekoniecznie spotykała się z przychylnością komunistycznych władz.

Ukoronowaniem książki jest jednak część poświęcona ostatnim miesiącom życia pisarki. Przytaczane przez Annę Głąb fragmenty pism świadczą, że od długiego czasu Malewskiej towarzyszyła myśl o śmierci, o jej znaczeniu i paradoksalnie o jej wpływie na życie. Jednak to zainteresowanie życiem, walka o nie do ostatka, ciekawość każdego jego przejawu do ostatnich niemal chwil sprawia, że jej śmierć wydaje się tym bardziej niepotrzebna i okrutna. Niewykryta i nieleczona gruźlica kojarzy się raczej z pozytywistyczną nowelą niż z umiejącą przecież leczyć tę chorobę powojenną medycyną. Jedynym pocieszeniem znajomych pani Hani było to, że widziała początek „Solidarności”, a nie widziała jej upadku, który – jak każdy przejaw ludzkiej słabości – nie gniewał jej, a raczej głęboko rozczarowywał.

Wpisanie w Wikipedii nazwiska Hanna Malewska daje bardzo skromny wynik – „ur. 21 czerwca 1911 w Jordanowicach, zm. 27 marca 1983 w Krakowie – polska pisarka, autorka powieści historycznych. Twórczyni i redaktorka naczelna miesięcznika ‘Znak‘. Absolwentka Państwowego Gimnazjum Żeńskiego im. Unii Lubelskiej w Lublinie, a następnie studiów historycznych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (1933). Jej pierwszą powieścią była Wiosna grecka – opowieść o sportowej młodości Platona (1933). Brała udział w powstaniu warszawskim. Zmarła na gruźlicę”. A następnie lista napisanych przez nią książek. Życie zawarte w tak niewielu słowach. „Potem cisza normalna, więc całkiem nieznośna”.

Anna Matraszek
Anna Głąb, Ostryga i łaska. Rzecz o Hannie Malewskiej, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

Opowieść przysłowiami pisana

Zbiory przysłów są pożyteczne i chętnie kupowane. Warto je posiadać w podręcznym księgozbiorze, jak słowniki, leksykony, encyklopedie. Często potrzebujemy się upewnić, czy przysłowie lub jego znaczenie pamiętamy prawidłowo. Dlatego redaktorzy tego typu pozycji dbają o taki układ, który pozwala na szybkie dotarcie do poszukiwanego przysłowia. Wymóg ten spełnia zbiór Przysłowia są… na wszystko ułożony przez folklorystkę, badaczkę pseudonimów literackich, historyka literatury Dobrosławę Świerczyńską, która dołączyła do niego „hasłowy indeks pomocniczy”.

Autorka nawiązała do książki swego ojca, wybitnego paremiologa Stanisława Świrki, Na wszystko jest przysłowie (1975), ale opracowała dość oryginalne dziełko słownikowe. Kompozycja pracy Świerczyńskiej opiera się na przyjętej definicji przysłowia: „to zdanie, równoważnik zdania, obejmujący zasięgiem tematycznym cały obszar życia, egzystencji i kultury człowieka”. W konsekwencji, dzięki odpowiedniemu przyporządkowaniu przysłów określonym zagadnieniom, by tak rzec, antropologicznym, autorka skonstruowała coś na kształt opowieści o człowieku pisanej przysłowiami. Odnoszą się one do uniwersalnych i powtarzalnych w kulturze, ale przecież zakorzenionych w konkretnych wydarzeniach – sytuacji, warunków, ograniczeń, mechanizmów i przebiegu życia. Dotyczą one „naszego środowiska i świata”, „istoty ludzkiej”, „narodzin, życia i śmierci”, zalet i wad egzystencji, „stosunków międzyludzkich”, „doli i niedoli”, „bogactwa i biedy”, „domu i życia codziennego”, płci pięknej i brzydkiej, miłości i małżeństwa, rodziny i dzieci, szkoły i wiedzy, „języka, literatury, sztuki”, „zdrowia i medycyny”, „wiary i Kościoła”, „Polski i jej sąsiadów”, Polaków wobec innych narodów, „prawa i sprawiedliwości”, „wojny i pokoju”, „wsi i miasta”, „dzikich zwierząt i roślin”, „pieniędzy, handlu, interesów”, „drogi i ruchu”, „czasu i przestrzeni”, prognozowania.

Ostatnim działem Świerczyńska odpowiada, już jako paremiografka, zbieraczka przysłów, na pytanie, czy proces tworzenia ich wciąż trwa? Autorka stale śledzi mowę i napotyka przysłowia i powiedzenia przysłowiowe, które ukształtowała nowa i najnowsza historia, np.: „Buzek, nie siadaj na Krzaklewskiego wózek”, „Chłopcy lepperowcy”, „Jestem za, a nawet przeciw”, „Robota nie Gołota, nie ucieknie”. Młodsze pokolenie już raczej nie pamięta o związkach politycznych Jerzego Buzka z Marianem Krzaklewskim, zapomina o praktycznie nieobecnej na scenie politycznej partii Andrzeja Leppera, nie kojarzy bycia „za, a nawet przeciw” z Lechem Wałęsą (jemu najwięcej przypisuje się „aktualności przysłowiowych”). Pamięć o Andrzeju Gołocie uciekającym z ringu też w społeczeństwie nie zanikła, zwłaszcza że bokser zapowiada powrót do walk o tytuły i pieniądze.

Świerczyńska, umieszczając zazwyczaj pod każdym przysłowiem źródło jego pochodzenia, przypomina, że to, co pozostaje w języku w formie przysłów, odzwierciedla realne okoliczności, którym użytkownicy języka nadają powszechny sens. To on się utrwala, a jego geneza ginie w mrokach niepamięci.

Przysłowia zatem to coś więcej niż „mądrość ludowa”, to przejaw zbiorowej inwencji językowej, reagującej na aktualne w danym czasie wydarzenia społeczne. Dzięki możliwościom komunikacyjnym ma ona coraz szersze pole do popisu (niestety, nie zawsze z pożytkiem dla piękna i bogactwa języka).

Zbigniew Chojnowski
Dobrosława Świerczyńska, Przysłowia są... na wszystko. Słownik, wydawnictwo naukowe pwn, Warszawa 2009.
Wrzesień 2009

Odpowiedzi, ale i pytania

O społeczeństwie informacyjnym dużo się mówi, ale gdyby zapytać dziennikarzy, polityków, a także studentów czy nauczycieli akademickich, czym to nowe społeczeństwo tak naprawdę jest, jakie są jego cechy charakterystyczne, co zrobić, żeby nam wszystkim w tym nowym typie społeczeństwa było lepiej, a nie gorzej – to wiele osób miałoby trudności z odpowiedzią. Brakuje bowiem opracowań, które omawiałyby problem społeczeństwa informacyjnego całościowo. Dlatego z satysfakcją odnotować trzeba wydanie obszernej (600 stronic!) książki Społeczeństwo informacyjne. Jest to praca zbiorowa 11 autorów pod redakcją dr Joanny Papińskiej Kacperek, będąca prawdziwym kompendium wiedzy dotyczącej tytułowego tematu. Książka odznacza się bardzo staranną redakcją, zawiera m.in. wybitnie przydatny wykaz skrótów, indeks rzeczowy oraz indeks nazwisk. To bardzo ułatwia dotarcie do potrzebnych informacji!

Przechodząc do merytorycznej zawartości książki muszę z uznaniem stwierdzić, że pokrywa ona niemal w całości problematykę społeczeństwa informacyjnego jako swoistej emergencji rozwoju nauki, postępu technik informacyjnych, globalizacji gospodarki, celowych działań politycznych i wywołanych tym wszystkim przekształceń społecznych. Zwrócono uwagę na genezę samego pojęcia oraz wskazano na polityczne i legislacyjne działania podejmowane w Polsce w celu stworzenia ram formowania społeczeństwa informacyjnego w naszym kraju. Następnie omówiono sprzętowe (komputery i sieci) oraz programowe uwarunkowania rozwoju społeczeństwa informacyjnego. To także jest zrobione znakomicie – trafnie wybrano najważniejsze informacje i dobrze (zrozumiale!) je przedstawiono. Dużą część książki zajmują konkretne przejawy funkcjonowania społeczeństwa informacyjnego: komunikacja cyfrowa, multimedia, e learning, e commerce, e administracja, organizacje wirtualne. Wszystko to opisano dosyć składnie, chociaż poszczególne rozdziały sprawiają wrażenie dobranych i zestawionych nieco przypadkowo.

Spora część książki (rozdział 5, łącznie 125 stronic!) poświęcona została problematyce bezpieczeństwa obywateli społeczeństwa informacyjnego. Nie ulega wątpliwości, że nowa rzeczywistość, w jakiej osadza nas ta technologia, obok rozlicznych szans stwarza także nowe zagrożenia. Właśnie o tym traktuje wspomniany rozdział.

Jest to książka ważna i pożyteczna. Jej ważność wynika z doniosłości i uniwersalności poruszanych w niej zagadnień. Jest wiele książek popularyzujących różne obszary wiedzy, ale poszczególne dziedziny nauki interesują zwykle ograniczony krąg odbiorców. Natomiast przedmiot tej książki dotyczy absolutnie wszystkich, bez wyjątku! Czy tego chcemy, czy nie chcemy, jesteśmy dziś na drodze do społeczeństwa informacyjnego i niebawem zostaniemy w nim całkowicie zanurzeni. W procesie dostosowywania swoich zachowań prywatnych i zawodowych do nowej rzeczywistości będziemy potrzebowali wielu wskazówek, do których – mimo omnipotencji Internetu i przenikliwości Google – wcale niełatwo będzie dotrzeć, bo nie zawsze jest oczywiste, gdzie i w jaki sposób szukać wiadomości, które są w danym momencie potrzebne. Dlatego książka ta będzie niebawem bardzo potrzebna wielu ludziom – nie tylko do tego, żeby dostarczać odpowiedzi w obszarach związanych z problematyką społeczeństwa informacyjnego, ale w dużej mierze po to, żeby wiedzieć, jak sformułować pytania…

Ryszard Tadeusiewicz
Społeczeństwo informacyjne, red. Joanna Papińska Kacperek, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008.

Księga dla umarłych

Zdolność dociekania nad życiem po życiu należy do człowieczeństwa. Historia wyobrażeń o trwaniu po śmierci współgra z powstawaniem, rozwojem i upadkiem cywilizacji. Te przeświadczenia potwierdza Księga wychodzenia za dnia. W ten gatunek staroegipskiego pisarstwa zagłębił się Mirosław Barwik (prowadzi badania w świątyni królowej Hatszepsut w Deir el Bahari). Autor przeanalizował teksty zapisane na ogół na papirusach znalezionych w sarkofagach. Starożytni Egipcjanie bowiem zaopatrywali swoich zmarłych nie tylko w żywność (chleb i piwo), sprzęty codziennego użytku i inne, ale również w „instrukcje”, jak przetrwać w zaświatach. A mówiąc inaczej, jak przeciwstawić się złu (dlatego w podobnym celu zaopatrywano mumię w liczne amulety). Po tamtej stronie czyhało mnóstwo niebezpieczeństw. Toteż Księga składa się z zaklęć, chroniących duszę i ciało umarłego przed potworami, „powtórną śmiercią” i zabłądzeniem, a jednocześnie zapewniających pomyślność we wszystkim. Jeden z rozdziałów zawiera mapę wędrówki osoby zmarłej do miejsca wiecznej szczęśliwości, wyobrażonej na wzór życia doczesnego. W egipskim „raju” znana była praca, plony zawsze obfitowały, a człowiek niejako pośmiertnie mógł bez przeszkód zażywać uciech zmysłowych.

Barwik rekonstruuje opisy zaświatów Egipcjan, zapoczątkowanych w III i II tysiącleciu przed Chrystusem, opowiadając o systemie ich wierzeń i mitologii. Przekonujemy się, że Egipt jako „kolebka cywilizacji” opierał się na magii i rytuale. Idee religijne wysnute zostały z obserwacji zjawisk naturalnych. Fundamentalnym spostrzeżeniem był fakt, że słońce wschodzi i zachodzi, aby znów wzejść. Powracające źródło życiodajnego światła dało asumpt do wykrystalizowania się idei zmartwychwstania („wychodzenia za dnia”) i odkrycia nieśmiertelności. Nasuwa się skojarzenie z chrześcijańską eschatologią, ale też z obecną w wielu różnych religiach wiarą w wieczne istnienie. Barwik jednak nie ulega pokusie konstruowania analogii między religią staroegipską a np. judaizmem, chrześcijaństwem czy islamem.

Autor systematyzuje bardziej lub mniej znane kwestie historii, kultury, geografii, polityki Egiptu, gdyż bez ich znajomości zrozumienie Księgi graniczyłoby z niemożliwością. Na koniec proponuje samodzielną lekturę wybranych trzech wariantów Księgi, które zamieścił w aneksach. Kapłani egipscy nie zredagowali „kanonicznej” wersji tego gatunku. Teksty omówione i przedstawione przez Barwika to przykłady literatury staroegipskiej. Choć są znaleziskami archeologicznymi, poruszają poetyckimi sformułowaniami i obrazami oraz emanują tajemniczością. Tęsknoty i lęki starożytnych Egipcjan, dotyczące spraw ostatecznych, nie są zupełnie obce współczesnemu człowiekowi, mimo upływu tysięcy lat.

Księga, która w tamtych czasach miała służyć zasadniczo umarłym, powraca jako lektura dla żywych. Interesujące i zastanawiające jest to, że dla Egipcjanina bycie w zaświatach, przechodzenie w stan nieśmiertelności oznaczało identyfikację z najwyższymi bóstwami. Księga dysponuje też repertuarem chwytów eksponujących skuteczność zapisanych w niej zaklęć (np. powtarzane jest przekonanie, że dana formułka magiczna zadziałała z powodzeniem milion razy).

Zbigniew Chojnowski
Mirosław Barwik, Księga wychodzenia za dnia. Tajemnice egipskiej Księgi Umarłych, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2009, seria: Rodowody Cywilizacji.

W drodze

Centralnym pojęciem dyskursu socjologicznego jest „społeczeństwo”. Ale tak naprawdę wcale nie wiadomo, czym to społeczeństwo w istocie jest i – czy w ogóle jest. Dziś, w dobie globalizacji, kiedy nowego wymiaru nabierają czas i przestrzeń, pojęcie społeczeństwa staje się coraz mniej wyraźne. Czym wobec tego ma się zająć socjologia? Mobilnościami – mówi brytyjski socjolog John Urry w Socjologii mobilności.

To manifest nowej koncepcji socjologii. Winna ona porzucić badanie tego, co niezmienne, struktury i porządku społecznego, a skupić się na ruchu, mobilności i przypadkowej organizacji. W dodatku do analizy ich powinna używać metafor.

Urry pisze, że cała dotychczasowa socjologia oparta jest na metaforycznym sposobie myślenia. Bo nawet jeśli chciała go obalić, np. poprzez negację metafory organicznej (Spencer), to automatycznie wpadała w inne metafory, takie jak metafora „wymiany” (Homans, Blau), „widzenia” (Hempel) czy „struktury” (np. Dahrendorf). W książce Urry’ego znajdziemy całe bogactwo metafor: mobilności (nomady, hotelu czy statku), globalności (regionu, sieci i płynu) i wiele innych. Metafora jest dla niego zasadniczym tworzywem opisu rzeczywistości.

Urry dowodzi, że mobilności – jako metafora i jako proces – stanowią rdzeń życia społecznego, dlatego też powinny się znaleźć w centrum analiz socjologicznych. W fazie „postspołecznej” socjologii „społeczne jako społeczeństwo” ustępuje miejsca „społecznemu jako mobilności”. Autor analizuje przepływy ludzi, pieniędzy, przedmiotów, informacji i obrazów oraz wpływ, jaki te mobilności wywierają na nasze doświadczenia miejsca, czasu i przestrzeni. Ciekawe są rozważania na temat mobilności ludzi (pieszych wędrówek, kolei żelaznej, samochodu) i kształtowania przez nie świata.

Wedle Urry’ego, można powiedzieć – choć nie bez pewnej przesady – że socjologia zawsze uważała mobilność za swoją „główną sprawę”. Znaczna część dwudziestowiecznej socjologii poświęcona była badaniom mobilności: zawodowej, dochodu, edukacyjnej i społecznej, a także wzrostu i spadku mobilności w ramach pokoleń i przez pokolenia. Ta wizja socjologii była jednak zorganizowana wokół mobilności społecznej czy też w ramach społeczeństwa. Z tym podejściem John Urry zrywa. U niego kluczowym pojęciem jest mobilność, a nie społeczeństwo.

Pojęcie społeczeństwa ma tę wadę, że zestala zjawiska społeczne, które tak naprawdę wcale stałe nie są, są płynne i plastyczne. Jednym z takich zjawisk jest obywatelstwo. W dobie globalizacji konwencjonalne narodowe pojmowanie obywatelstwa zostaje podważone, a „socjoprzestrzenny kontekst, który pozwala ludziom myśleć o sobie jako współobywatelach, może w pewnej mierze przesuwać się od narodu do globu” – pisze Urry. Czy to znaczy, że narodowo zakorzenione formy obywatelstwa są zbędne? Czy mamy do czynienia z pewnego rodzaju zglobalizowanym społeczeństwem? I czy rzeczywiście można mówić o obywatelach globu? W pewnym sensie można, o czym świadczy dynamiczny wzrost ponadnarodowych organizacji i stowarzyszeń obywatelskich, których główną płaszczyzną działania jest „medialna scena publiczna”. Te procesy transformacji w stronę „globalnego społeczeństwa obywatelskiego” stanowią społeczny fundament socjologii mobilności.

Książka Urry’ego ukazała się w Wielkiej Brytanii 9 lat temu. Czy w dobie mobilności polski przekład książki o mobilności nie wymagałby jednak szybszej reakcji?

Anna Jawor
John Urry, Socjologia mobilności, tłum. Janusz Stawiński, wydawnictwo naukowe pwn, Warszawa 2009, seria: Socjologia Współczesna.

O wybranych podejściach całościowych

Dla uważnego czytelnika literatury pedagogicznej nie było zapewne zaskoczeniem pojawienie się na rynku wydawniczym nowej książki prof. Krystyny Duraj Nowakowej, obejmującej ujęcie systemowe pedagogiki, jak również niektórych jej subdyscyplin, m.in. dydaktyki, pedeutologii i metodologii nauk humanistycznych. „Książka ta wspiera się jak na fundamencie na wielu specjalistycznych publikacjach oraz na jednej z autorskich książek, w której scharakteryzowałam filozoficzne i metodologiczne źródła podejść do pedagogiki” – wskazuje we wstępie autorka.

Już sam spis treści wskazuje na potencjalnych odbiorców monografii, obejmuje mianowicie następujące zakresy tematyczne: 1. Podejścia jako modele poznania naukowego, 2. Funkcjonalizm w metodologii poznana i teoriach pedagogiki, 3. Gestalt w pedagogice i pedeutologii. Nauczyciele akademiccy wraz ze studentami uznają zapewne przydatność treści książki w realizacji programów nauczania zarówno pedagogiki ogólnej, teorii wychowania i teorii kształcenia, a metodologii nauk humanistycznych w szczególności. Wiedza ta będzie przydatna też praktykom.

Jako dawnymi laty wieloletni pracownik szkoły wiejskiej pragnę skupić uwagę czytelnika na rozdziale drugim, w którym autorka poddaje wnikliwym analizom funkcjonalizm, odnosząc go do metodologii poznania i teorii pedagogiki. W szkolnictwie pełnimy określone, przypisane stanowisku funkcje, ale sama analiza pojęcia nastręcza nam wielu kłopotów. W tej części książki poznamy nie tylko wnikliwe, pełne wyjaśnienia terminologiczne i niejasności ich interpretacji, ale też funkcjonalizm w różnych konfiguracjach założeń i projektów aplikacji. Fragment omawianego rozdziału – Szkolnictwo w optyce funkcjonalizmu – uświadamia konieczność wnikliwego postrzegania i rozumienia zmian zachodzących ustawicznie w oświacie, a w tym w odniesieniu głównie do równości szans edukacyjnych, podniesienia jakości kształcenia czy też pedeutologicznych konsekwencji przemian w szkolnictwie.

Wśród bogactwa treści należy zauważyć i wyeksponować wnikliwe opracowanie pedagogiki Gestalt i jej zastosowanie do pedeutologii. Autorka zapełnia znaczną lukę w literaturze przedmiotu, co zapewne zostanie zauważone przez zainteresowanych także poznaniem przedmiotu studiów współczesne kierunki pedagogiczne w omawianym w książce obszarze.

Praca napisana jest językiem trudnym, gdyż dociekania naukowe stanowią niemal same skonkretyzowane zdania, co wymaga dużej koncentracji uwagi czytelnika. Wyjaśnienie pojęć i ich zdefiniowanie jest, jak w innych dziełach autorki, nieodłącznym elementem rozpoczynającym właściwe rozważania. To ułatwia odbiór treści po pierwsze. Po wtóre zaś – zamieszczony na końcu Uszczegółowiony spis rzeczy pomaga tak w percepcji całego opracowania, jak i jego poszczególnych partii. Zastępuje – problemowością ujęć – z powodzeniem indeks rzeczowy.

Pytania i wątpliwości, które towarzyszą rozważaniom autorskim, głównie w końcowej części dzieła, mogą niewątpliwie stanowić kolejne inspiracje i wyzwania dla autorki, są bowiem zapewne zapowiedzią nowych opracowań. Ale mogą też wywoływać reminiscencje i próby rozwiązań pomysłu czytelników.

Mirosław Cholewiński

Krystyna Duraj Nowakowa, Podejścia całościowe do pedagogiki. Wybór, Wydawnictwo Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszów 2008.

Władza rośnie

Beck i Grande stawiają odważną diagnozę, że model Europy, który funkcjonował przez ostatnich 50 lat, musi zostać pomyślany od nowa. Nie oznacza to jednak, że reformy wymaga jedynie konstrukcja Unii Europejskiej, ale przede wszystkim współczesne państwo narodowe i nasz sposób myślenia o nim. Narodowo państwowa opowieść o społeczeństwie i polityce nie odpowiada już rzeczywistości. Jedna z głównych tez książki sprowadza się zatem do twierdzenia, że podstawową jednostką działania w epoce kosmopolitycznej nie jest już naród, lecz region. A cały wywód próbuje odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób może zostać odkryty i ugruntowany nowy rodzaj społeczeństwa i polityki. Odkrywając logikę procesów, które kształtują współczesną Europę, autorzy kierują swoją uwagę w stronę kategorii i mechanizmów europeizacji, definiując ją jednak w odmienny sposób niż ma to miejsce w głównym nurcie literatury politologicznej. Dla Becka i Grandego europeizacja przebiega jednocześnie w dwóch kierunkach: do wewnątrz – w związku z ciągłym rozszerzaniem kompetencji UE, oraz na zewnątrz – dzięki stałemu rozszerzaniu wspólnoty i eksportowi jej norm oraz reguł.

W ujęciu autorów, Europa jest „społeczeństwem społeczeństw”, swego rodzaju imperium złożonym z państw. Imperium jest kluczową kategorią używaną w książce. Nie sposób nie zauważyć rosnącej popularności tego terminu u coraz większej liczby autorów dotykających problematyki europejskiej (patrz: Jan Zielonka, Europa jako imperium, 2007), staje się bowiem imperium wygodną metaforą opisu i wyjaśniania zawiłości aktualnego stanu procesu integracji europejskiej. Dlatego omawiana praca proponuje, aby pojęcie imperium funkcjonowało jako nowy paradygmat w debacie na temat przyszłych form porządku i panowania w Europie. Autorzy dokonują obszernego opisu cech współczesnego imperium europejskiego oraz wskazują miejsce państwa narodowego w tym tworze – nie sugerują jednak rozwiązań federalistycznych. Stoją jednocześnie na stanowisku, że terminy „narodowy” i „ponadnarodowy” nie oznaczają wykluczających się zjawisk lub płaszczyzn analizy.

Autorzy odnoszą się do głównych dylematów pojawiających się we współczesnej debacie na temat Europy i jej przyszłości. Np. w sprawie domniemanej utraty suwerenności przez państwa członkowskie zajmują stanowisko, iż rozszerzenie władzy na płaszczyźnie ponadnarodowej nie idzie w parze z utratą władzy na poziomie państwa narodowego. Dzieje się raczej na odwrót: „rośnie władza w ogóle”, a wskutek tego narodowość, transnarodowość i supranarodowość.

Książka stanowi próbę zmiany punktu widzenia, z narodowego na kosmopolityczny, w badaniach Europy i procesów integracyjnych zachodzących na jej terytorium. Jest to kolejny głos w dyskusji dotyczącej przyszłości Europy, która przypomina, że państwo narodowe nie zawsze istniało, nie zawsze było podstawowym podmiotem stosunków międzynarodowych (w tym procesów integracyjnych) i najprawdopodobniej nie zawsze będzie. Zaprezentowana argumentacja idzie jednak krok dalej – proponuje reinterpretację państwa jako takiego. Nie kwestionuje jego istnienia i istotności, jednak sugeruje redefinicję jego podstawowych funkcji i form działania, tak aby stały się one kompatybilne z szerszym kontekstem instytucjonalnym, jak również adekwatne do wyzwań, które stawia współczesność.

Rafał Riedel
Ulrich Beck, Edgar Grande, Europa kosmopolityczna. Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesności, Wydawnictwo naukowe Scholar, Warszawa 2009.
Lipiec-Sierpień 2009

Darwinowskie alter ego

Odbierać Karolowi Darwinowi wyłączne autorstwo teorii ewolucji? Szczególnie w obchodzonym właśnie na jego cześć roku? Toż to czyste szaleństwo. Ale czy aby na pewno?

Alfred Russel Wallace, mało znany przyrodnik, geograf i antropolog, nigdy nie miał ambicji, by stanąć do rywalizacji z twórcą ewolucjonizmu. Swoje największe dzieło – Darwinizm – napisał w hołdzie swojemu przyjacielowi dopiero 7 lat po jego śmierci. Do dziś pozycja ta uważana jest za najlepszy XIX−wieczny wykład ewolucjonizmu. Kto wie, czy taki właśnie tytuł by nosiła, gdyby wypadki sprzed ponad półtora wieku potoczyły się zgoła inaczej. Wallace wysłał wówczas do Darwina list, w którym zaprezentował swoje poglądy na ewolucję gatunków. Sęk w tym, że pokrywały się one z teorią, do której dowody Darwin zbierał już od przeszło 20 lat. Po otrzymaniu listu przyspieszył więc prace i wkrótce wydał przełomowe, jak się później okazało, dzieło O powstawaniu gatunków. Wallace nawet nie miał żalu. Zawsze stał w cieniu mistrza, czemuż teraz miałoby być inaczej? Znał swoje miejsce w szeregu, więc nawet na łożu śmierci prosił o pochówek na wiejskim cmentarzu, a nie obok Darwina, w katedrze westminsterskiej.

Marcin Ryszkiewicz, w obszernym eseju poprzedzającym kluczowe fragmenty Darwinizmu, dokonuje swoistej rehabilitacji Wallace’a. Otrzymujemy obraz postaci z niespotykanie otwartym umysłem, potrafiącej inteligentnie prowokować, ale jednocześnie umiejętnie odpierać wszelkie zarzuty. Wyjątkowa przenikliwość i ponadprzeciętna intuicja pozwoliły mu zresztą wielokrotnie wkraczać na ścieżkę sporu z samym Darwinem. Nadawało to wyjątkowego kolorytu ich przyjaźni. Poróżniła ich m.in. kwestia doboru płciowego. U Darwina przejawem tegoż było jaskrawe ubarwienie zwierząt. Podawał przykład ptaków, które w okresie godowym podnoszą swoją atrakcyjność i witalność, demonstrując różnokolorowe pióra. Ale Wallace kontrował: nawet jeśli samice dokonują takiej selekcji, to jest to raczej wybór partnera potrafiącego doskonale adaptować się do środowiska albo też – jak w przypadku kruka – dającego czytelny sygnał, kto rządzi na danym terytorium. Odpowiednie ubarwienie pozwala uzyskać taki efekt, a samicy daje poczucie pewności i bezpieczeństwa. Tyle że nie jest to dobór płciowy, lecz… naturalny – twierdził Wallace.

Z Darwinem spierał się też o pierwiastek duchowy u człowieka. Nie potrafił bowiem niczym innym wytłumaczyć zdolności malarskich, rzeźbiarskich czy muzycznych, które nie są niezbędne, a mimo to utrwalają się w kolejnych pokoleniach. Przeczy to naczelnej zasadzie ewolucji o przekazywaniu jedynie cech najbardziej korzystnych. A co z ową selekcją na fittest mają wspólnego poczucie sprawiedliwości, estetyka czy wierzenia? „Tylko dzięki pierwiastkowi duchowemu można zrozumieć poświęcenie męczennika, bezinteresowność filantropa, oddanie patrioty, entuzjazm artysty” – pisał ten do niedawna „darwinista doskonały”. Świat stwarzany do tej pory „od dołu”, otrzymał u niego wsparcie z góry, ale był on jedynie uzupełnieniem, a nie substytutem doboru naturalnego. Ostrożny i zawsze powściągliwy Darwin czynnika teleologicznego w ogóle nie brał pod uwagę. Poprosił nawet Wallace’a, by ten nie mordował ich „wspólnego dziecka”. Przyznał tym samym, że „jego” teoria ewolucji ma dwóch ojców. Szkoda, że potomni o tym zapomnieli. Kiedyż więc dopominać się o przywrócenie dobrego imienia, jak nie w roku darwinowskim?

Mariusz Karwowski
Alfred Russel Wallace, W cieniu Darwina, tłum. i komentarz Marcin Ryszkiewicz, wyd. uniwersytetu warszawskiego, Warszawa 2008, seria: Biblioteka Klasyków Nauki.

Czy Jezus był kobietą?

Centralnym tematem tej książki jest, przynajmniej z założenia, szeroko pojęta globalizacja, a także wezwanie do podjęcia zbiorowego wysiłku w celu ratowania naszej „zranionej planety”. Według autorki, globalnie zdewastowaliśmy Ziemię, co zagraża dalszemu istnieniu człowieka. Zatem albo podejmiemy kardynalne decyzje i solidarnie zrezygnujemy z marnotrawnego stylu życia, albo pogodzimy się z perspektywą, że możemy być ostatnim pokoleniem Homo sapiens. Majewska koncentruje się na poszukiwaniach optymalnego modelu organizacji stosunków społeczno−politycznych i gospodarczych, który byłby najbardziej zgodny z „naturą człowieka”.

Majewska – feministka, popularyzatorka nauki i profesor neurobiologii – dowodzi, że najbardziej obiecujący jest skandynawski system rynkowego socjalizmu, oparty na względnym egalitaryzmie oraz na pełnym parytecie płci. Kobieca perspektywa i żeńskie priorytety rozwoju są, zdaniem Majewskiej, niezbędne do naszego przetrwania, gdyż męskie pryncypia oraz styl życia i gospodarowania bazują na nieustającym wzroście produkcji, konsumpcji i współzawodnictwie, co prowadzi do zguby.

Kultury i cywilizacje rozwijające się pod rządami kobiet były i są żywe w baśniach i mitach wielu ludów. Antropolodzy i archeolodzy uważają ponoć, że epoka matriarchalna to niemal cały okres neolitu (lata 10 000 – 2000 p.n.e.) oraz wcześniejsze epoki kamienne. Autorka przekonuje, że to matriarchalne kultury i cywilizacje założyły fundamenty organizacji plemiennych i państwowych, rolnictwa, medycyny, prawodawstwa, matematyki, kalendarzy, stworzyły pismo oraz system społecznej edukacji. Można zatem uznać, że organizacje matriarchalne leżą u podstaw wszystkich ludzkich cywilizacji, łącznie z europejską. W podrozdziale Gdy Bóg był kobietą Majewska pisze o naczelnym trójpostaciowym matriarchalnym bóstwie księżycowym, symbolizującym trzy główne etapy życia kobiety – jako dziewczyny, reprodukcyjnie dojrzałej kobiety oraz starszej mędrczyni. Mężczyźni pojawiali się w mitologiach matriarchalnych głównie jako herosi, najczęściej – partnerzy seksualni bogiń lub królowych.

Patriarchat jest znacznie młodszym systemem społecznej organizacji, liczy ok. 3000 lat. Degradacja w świadomości mężczyzn nadrzędnej twórczej roli kobiet w procesach rozmnażania doprowadziła do detronizacji żeńskich bóstw, które zastąpiono męskimi. Np. Jahwe jest transformacją wcześniejszej sumeryjskiej bogini wszelkiego stworzenia, Jahu. Narodzinom patriarchatu towarzyszyło bezwzględne tępienie w religiach sakralnych pierwiastka żeńskiego. Doprowadziło to, zdaniem Majewskiej, do takich mitycznych niedorzeczności, jak narodziny Afrodyty z czoła Zeusa albo narodziny Jezusa z dziewicy Marii. Nawet jeśli uwierzyć w cud partenogenetycznych narodzin Chrystusa, to na podstawie współczesnej wiedzy biologicznej należałoby uznać, że Jezus był kobietą, bo kobieta dzieworódczo mogłaby urodzić tylko swój żeński klon. Narodziny męskiego potomka wymagają udziału plemnika z męskim chromosomem Y, co wyklucza dzieworództwo.

Miejsce wcześniejszego podziwu i szacunku dla kobiet i ich cywilizacyjno−twórczej roli zajęła mizoginia, typowa dla kultur patriarchalnych. Majewska zaznacza, że echa mizoginii są powszechne w Biblii i nadal we współczesnej kulturze. Jest przekonana, że degradacja kobiet odbiła się negatywnie na całej naszej historii, kulturze i życiu społecznym, gdyż odsunęła połowę ludzkości od udziału w podejmowaniu ważnych decyzji społecznych i politycznych.

Małgorzata Pawełczyk
Dorota Czajkowska−Majewska, Człowiek globalny, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2009.

Obrachunki Sormanowskie

Sorman w pierwszej części swej książki przedstawił ogromny chaos w dotychczasowym podejściu do ekonomii. Znajdziemy tu mnóstwo opisów działań niekompetentnych ekonomistów, ich romantycznych idei i planów, których próby zastosowania w życiu gospodarczym kończyły się nieuniknionym fiaskiem. Autor jest dociekliwym tropicielem nieprawidłowych przesłanek, na bazie których „wielcy” ekonomiści budowali swoje teorie. Odnosi się wrażenie, że całe to spektrum ukazane zostało czytelnikowi w celach dydaktycznych. Nie bacząc na obecny chaos wywołany światowym kryzysem, ekonomia zostaje obroniona. Przedstawia się ją jako naukę racjonalną, a jej narzędzia w pełni skuteczne.

Cóż takiego wyróżnia Sormana spośród kolegów, że jest metodologiem ekonomii, a przy tym ma receptę na wyjście z zapaści, a nawet uzdrowienie światowej gospodarki znajdującej się w obecnym kryzysie? Bezsprzecznie jest on zwolennikiem globalizacji. Dostrzegając nieliczne dobre strony autarkii – np. w Turcji – uważa, że na dłuższą metę gospodarczo okaże się szkodliwa dla tego państwa. Nie próbuje wprawdzie być wróżbitą, chociaż potrafi dowieść, że w niedalekiej perspektywie czasowej to nie Turcji, ale Unii Europejskiej bardziej będzie się opłacało poprosić o przystąpienie do tego „elitarnego grona krajów”.

Sorman nie jest zwolennikiem interwencjonizmu państwowego. Mimo znaczących sympatii do najbardziej liberalnej ekonomicznej uczelni Stanów Zjednoczonych – Business School w Chicago, podkreśla rolę państwa w przypadku gwałtownego zachwiania rynku. Stwierdza, że kapitalizm doskonale może sobie poradzić bez demokracji (np. Chiny, Chile Pinocheta), natomiast demokracja bez kapitalizmu się nie ostanie.

Książkę można byłoby potraktować jako zapowiedź bardziej szczegółowej pracy na temat gospodarki państw afrykańskich. Badacz potępia europejski i amerykański protekcjonizm względem tego kontynentu, uważając, że spośród największych błędów, „jakie popełnili sami Afrykanie czy ludzie z Zachodu, najbardziej zgubna jest odmowa postrzegania Afrykanów jako potencjalnych przedsiębiorców”, po czym wskazuje przykłady przyzwyczajania ludzi do bierności poprzez udzielanie im pomocy. Pokazuje także, iż w większym stopniu wykorzystują tę „pomoc” sami darczyńcy w postaci choćby Banku Światowego (o 18−tysięcznej biurokracji) czy lansujących się gwiazd rocka (Bono, Madonna).

Obrachunki Sormanowskie naruszyły już nieco „przykurzony” pogląd Maxa Webera i jego epigonów, usiłujących od początków XX w. wyjaśniać różnice w rozwoju gospodarczym poszczególnych narodów poprzez wyznawaną religię. Autor wykazuje, że mimo wychwalania przez Koran handlu i bogacenia się, kraje islamskie nie zawsze osiągały wysoki stopień rozwoju gospodarczego, Ewangelia zaś podkreślająca wartość ubóstwa, paradoksalnie bywała wyznacznikiem postępowania bogatszych Europejczyków. Obala również stereotypy nakazujące widzieć jedynie protestanckie dążenia do pozyskiwania bogactw.

Sorman skończył swą książkę na początku 2008 roku. Zatem stwierdzenia: „Wydaje się, że czas wielkich kryzysów minął (…), a kryzys roku 2008 jest związany z cyklem innowacyjnym” niekoniecznie muszą dziś odzwierciedlać pozytywne myślenie autora.

Bogdan Bernat
Guy Sorman, Ekonomia nie kłamie, tłum. Krzysztof Wakar, Wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2009.

Filozofia na wakacje

Książka prof. Andrzeja Szahaja to zbiór drobniejszych prac: publikacji prasowych, recenzji czy odczytów wygłoszonych z różnych okazji. „Oddając w ręce czytelnika ten zbiór, mam nadzieję, że (...) łatwiej mu będzie zrozumieć moje własne stanowisko, które w formie bardziej rozwiniętej i pogłębionej prezentowałem w kilku książkach opublikowanych w ciągu ostatnich kilkunastu lat” – pisze autor. Szkice Szahaja dotyczą wielu tematów należących głównie do filozofii kultury (problematyka wielokulturowości) i filozofii polityki (dyskusje liberalizmu z konserwatyzmem, problemy feminizmu). Pracę zamyka bardzo osobiste wspomnienie o R. Rortym, napisane po jego śmierci (w pracy zamieszczono też ciekawe, o dużej świeżości spojrzenia, impresje Szahaja z podróży do Ameryki.

W niniejszej recenzji skoncentruję się na dwóch (w zasadzie paralelnych) sporach toczonych przez Szahaja: tytułowego relatywizmu z fundamentalizmem oraz liberalizmu z konserwatyzmem. Uczony w obu tych sporach opowiada się za pierwszym z każdej pary stanowisk. Gdy idzie o pierwszy spór, może się on toczyć na różnych płaszczyznach, m.in.: ontologicznej (czy twierdzenia o istnieniu przedmiotów są zależne od wcześniej przyjętych systemów pojęciowych, czy nie), epistemologicznej (czy formy i rezultaty poznania świata są zależne od kultury lub momentu historycznego), kulturowej (poszczególne formy kultury są odrębne i w zasadzie tak samo dobre czy nie) albo aksjologicznej (względność kryteriów dobra i piękna lub ich bezwzględność). W zasadzie, i to stwierdza autor, stanowiska przeciwne relatywizmowi można ustawić w szereg: uniwersalizm (istnieją przekonania, sądy i wartości słuszne w każdym miejscu), obiektywizm (istnieją przekonania, sądy i wartości niezależne od czyjegoś punktu widzenia), absolutyzm (owe przekonania i wartości są niezmienne, obiektywne i absolutnie prawdziwe) i w końcu fundamentalizm. Przeciwstawia jednak relatywizm fundamentalizmowi (i głównie z tym ostatnim dyskutuje), co nie wydaje się do końca uzasadnione. Fundamentalizm bowiem zdaje się być stanowiskiem skrajnym (np. fundamentalizm religijny, to, zdaniem Szahaja, „absolutyzm z domieszką dążenia do uzyskania monopolu w sferze światopoglądowej jakiejś społeczności. Cechuje go zatem odrzucenie przekonania o wolności sumienia, a co za tym idzie, nietolerancja religijna czy światopoglądowa”); można pomyśleć, zupełnie „zdrową” postawą antyrelatywistyczną bez popadania w fundamentalizm.

Drugi spór analizowany jest w kilku artykułach, z których najważniejsze to Polubić konserwatyzm i Nie taki liberalizm straszny, jak go malują. Autor poddaje krytyce tezy młodych konserwatystów, przypisując im właśnie fundamentalizm. Zarzuca tym tezom m.in. jałowość i niezrozumienie istoty postmodernizmu. „W szczególności z niecierpliwością oczekuję tego, że Markowi Cichockiemu uda się sztuka, która nie udała się Platonowi, Arystotelesowi, Heglowi czy Husserlowi: przekonanie nas, że istnieje pewna, dobrze określona podstawa rzeczywistości i ustalenie, czym ona jest”. Trudno się zgodzić z ironią autora. Głoszenie tez relatywizujących wydaje się dużo łatwiejsze niż próba konstrukcji pozytywnych.

Książka warta jest polecenia, szczególnie na wakacje. Napisana jest lekko, przystępnie. Dotyczy szerokiego spektrum tematów, po których autor swobodnie się porusza. Szahaja cechują też skromność i pewien umiar głoszonych tez, dlatego nawet fragmenty polemiczne są do strawienia dla czytelników o innych poglądach.

Marek Lechniak

Andrzej Szahaj, Relatywizm i fundamentalizm oraz inne szkice z filozofii kultury i polityki, Wydawnictwo naukowe UMK, Toruń 2008.

Z twarzą Marilyn Monroe

„Istnieć to być postrzeganym” – mówił Berkeley, a zatem tym, co stanowi o naszym bycie albo byciu, jest wygląd. Myśl tę zdaje się potwierdzać Honorata Jakubowska w Socjologii ciała.

To pierwszy w Polsce podręcznik tej subdyscypliny. Choć na świecie rozwija się ona już od połowy lat 80., a w połowie ubiegłej dekady została zinstytucjonalizowana, w Polsce refleksja nad nią znajduje się jeszcze w powijakach. Ale i u nas problematyka cielesności staje się modna, a punktem wyjścia do rozważań nad nią, właściwie podstawą, będzie pewnie książka Jakubowskiej.

Publikacja ma charakter monograficzny. Autorka porządkuje wiedzę dotyczącą ciała, ujmując ją z wielu punktów widzenia i pod różnym kątem. Książka składa się z trzech części. Pierwsza poświęcona jest najważniejszym przemianom społeczno−kulturowym, które doprowadziły do obecnego statusu ciała. Należą do nich: wzrost indywidualizmu i roli jednostki, rozwój społeczeństwa konsumpcyjnego, emancypacja kobiet, przemiany obyczajowości, rozwój nauki i technologii oraz medykalizacja. W części drugiej autorka prezentuje rozwój refleksji naukowej dotyczącej ciała i cielesności. Począwszy od Kartezjusza omawia wybrane koncepcje filozoficzne, później antropologiczne, na socjologicznych i na wyłonieniu się z nich socjologii ciała kończąc. Trzecia część poświęcona jest różnym sposobom analizowania cielesności w socjologii i dziedzinach jej pokrewnych. Nawiązując głównie do koncepcji Goffmana, Bourdieu, Foucaulta i Giddensa, autorka przedstawia ciało jako: element (ponowoczesnej) tożsamości, element gry interakcyjnej, kapitał, towar i obiekt własności, miejsce kontroli społecznej, odbiorcę wrażeń, narzędzie przyjemności i źródło cierpienia, a także źródło wiedzy i doświadczenia.

Książkę kończy ciekawa refleksja nad ciałem jako przedmiotem badań socjologicznych, a raczej nad brakiem ciała w tych badaniach. Bo, jak pisze Jakubowska, socjologia ciała jest „przeteoretyzowana” i wciąż jeszcze czeka na odpowiedzi na pytania: jak ludzie myślą o swoich ciałach, jakie są „granice dbania” o ciało, w jaki sposób ciało jest „problemem”...

Autorka pisze m.in. o roli, jaką odgrywa makijaż, o tym, dlaczego tatuaż jest popularny i jaki cel ma obecność ciała w sztuce. Odnosi się do kwestii niepełnosprawności, choroby, operacji plastycznych czy handlu organami, ale też jedzenia, przedmiotów, które przedłużają ciało, a nawet zasad savoir−vivre’u. Podejmuje wiele wątków dotyczących ciała i czyni to w sposób bardzo skondensowany, odbiór książki wymaga więc większego skupienia niż mogłaby sugerować tematyka. Warto jednak podjąć wysiłek, choćby po to, by zobaczyć, co w niedalekiej przyszłości będzie się badać.

Kończąc, pozwolę sobie na refleksję. Po prawie piętnastu wiekach panowania chrześcijańskiej ignorancji, a nawet swoistej pogardy wobec ciała, dziś ponownie triumfuje antyczna idea jego kultu. Ciało winno być wiecznie młode, zdrowe, czyste i piękne. W tym kontekście warto zwrócić uwagę na – nawiązującą do pop−artu, który takie właśnie myślenie o ciele utrwala – okładkę książki. O ile jednak Andy Warhol malował „piękniejsze twarze”, to ilustrująca Socjologię ciała zwielokrotniona skrzywiona mina starej Marilyn Monroe mówi, że nawet – a może zwłaszcza – w sferze pop wcale tak pięknie nie jest.

Anna Jawor
Honorata Jakubowska, Socjologia ciała, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2009.

Niebo w każdym z nas

Człowiek całe życie czegoś szuka: szczęścia, miłości, pieniędzy albo kariery, ale kiedy otrzyma w końcu to, do czego dążył, nie jest zadowolony i zaczyna się rozglądać za nowym celem. Książka Mirosława Żelaznego daje szansę na zatrzymanie chwili i refleksję nad upływającym czasem. Ten zbiór esejów ukazuje życie człowieka jako rzekę, w której istocie tkwi nieodmienne heraklitejskie panta rhei. Unosząc się na falach codzienności jesteśmy w stanie, według autora, dotknąć nieba, które nie jest jedynie astronomicznym fenomenem, ale możliwością dostępną ludzkiemu umysłowi. Uosobieniem „ziemskiej niebiańskości” jest dla Żelaznego babcia z Rakowa, która przeżyła swoje życie w pełni i u jego kresu może powiedzieć, że sięga nieba siedząc na ławeczce na rynku swojego miasteczka, spokojnie ciesząc się otaczającą ją rzeczywistością.

Słowem−kluczem, stanowiącym zarówno podstawę całości prezentowanych rozważań, jak i otwierającym niebo ku wszystkim, jest dla autora idea. To ona pozwala przechowywać w pamięci dobre wspomnienia o osobach i zdarzeniach, i co najważniejsze – umożliwia przetrwanie trudnych czasów odwołując się do pięknych chwil w przeszłości.

Patrz w rzeczy, postrzegaj ideę – ważna teza idealizmu Platona staje się fundamentem, na którym Żelazny tworzy własną filozofię nieba, osiągalnego przez każdego człowieka. Realizując swój podstawowy postulat, że myślenie daje prawdę, ale pewność dają zmysły, autor podkreśla wartość codziennego doświadczenia w życiu ludzkim. Mottem staje się powiedzenie otwierające rozważania: „Jedynym prawdziwym celem filozofii jest uzmysłowienie człowiekowi, że niebo istnieje. Uzmysłowienie, a nie udowodnienie. Udowodnić można co najwyżej twierdzenie Talesa”.

Pojawiają się więc przykłady z życia zwyczajnych ludzi stanowiące inteligentną ilustrację skomplikowanych rozważań filozoficznych. W prosty sposób autor uprzystępnia zarówno przemyślenia Platona, jak i tezy Kanta czy naturalistyczny idealizm twórcy pojęcia „sztuki piękne” Charles’a Batteux.

Żelazny widzi rolę osoby ludzkiej optymistycznie, przyznając jej zdolność do decydowania o wyborze idei, która w niej pozostanie, kierując się buddyjską prawdą, że nikt, oprócz samego człowieka, nie jest w stanie mu pomóc ani zaszkodzić, tylko on ma taką moc, psując lub doskonaląc swój wewnętrzny świat.

Rozwijając przemyślenia dotyczące autentycznych myśli, autor jednocześnie przestrzega przed uleganiem mirażowi pseudoidei, będącej zaprzeczeniem tej rzeczywistej. „Pseudoidea w odróżnieniu od idei nie musi więc być prawdziwa, wystarczy, by się podobała”. Szczególnie ważna wydaje się być owa przestroga w dzisiejszych czasach, kiedy notorycznie promowane są rzeczy bez treści, a ludzie ulegają pseudoautorytetom, które wzniosły się na piedestał uwagi tylko ze względu na swoją atrakcyjność. Żelazny konsekwentnie przypomina, że ceną hołdowania złudzeniom jest utopia, nieprzynosząca, jak wiadomo, niczego dobrego w dziejach ludzkości.

To książka o każdym z nas, o naszych możliwościach pozwalających dokonać wyboru roli, jaką chcemy pełnić w życiu. Czytelnik znajdzie tu dużo wiary w rozwój twórczy człowieka oparty na codziennym, świadomym doświadczaniu świata. Żelazny daje odbiorcy, otoczonemu falą popularnych pseudoidei, wspaniałą okazję do cennego zapełnienia życia prawdziwym rozumowaniem oraz do zadumy nad wpływem widzenia świata na własny los. Warto się nad tymi rozważaniami pochylić.

Aneta Zawadzka
Mirosław Żelazny, Podpatrzyć niebo. Esej z filozofii idei, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2008.

Religa o sobie samym

Biografiom tego typu jak książka−wywiad Osieckiego można zarzucić niejedno – brak suchych, udokumentowanych faktów, niedokładność, brak szerszego spojrzenia, subiektywizm. Bez wątpienia dla czytelnika czerpiącego wiedzę z suchych faktów taka książka okaże się mało przydatna. Jednak dla poszukującego prawdy o człowieku jest to książka nieoceniona.

Zbigniew Religa – nazwisko bez wątpienia znane ogółowi Polaków. Ale poza kilkoma podstawowymi informacjami – pionier transplantologii w Polsce, poseł, minister zdrowia, lekarz, który palił – niewiele więcej wiadomo. Zresztą ogół interesuje się dziś raczej nowymi wideoklipami Dody niż osiągnięciami naukowymi czy polityką.

Jan Osiecki próbuje przybliżyć sylwetkę twórcy sztucznego serca, człowieka, który przeprowadził pierwszą transplantację serca w Polsce, kogoś, kto uznany został niemal za szaleńca, gdyż walczył o możliwość zastosowania nowinek medycznych. I owszem, nie ma tu dokładnych dat, dokumentacji, faktów. Są wspomnienia, subiektywne odczucia. I w tym subiektywizmie jest prawda o człowieku – nawet odpowiedzi: „Nie chcę o tym rozmawiać” mówią wiele o udzielającym wywiadu. Ale takie odpowiedzi nie zdarzają się często.

O pierwszych swoich latach z medycyną, o zafascynowaniu leczeniem, chirurgią, ratowaniem ludzkiego życia Religa opowiada szeroko i z pasją. Widać w nim jeszcze młodego człowieka, studenta trzeciego roku medycyny, zafascynowanego tajemniczą dziedziną – interną, który za namową kolegi przyszedł na ostry dyżur jako wolontariusz i już na chirurgii pozostał. Nadal wyczuć można w nim zapał, młodzieńcze, romantyczne, jak sam przyznaje, wizje ratowania ludzkiego życia, ale i upór, i miłość do medycyny. Pozostały po nim utrwalone na papierze myśli i ideały, które kiedyś nim kierowały. Spisane przez Osieckiego słowa pozostawiają wizję uporu i ciężkiej pracy, jakie towarzyszyły stworzeniu sztucznego serca. Religa mówi o sobie bez fałszywej skromności, dumny ze swych osiągnięć, sam mocą wspomnienia przywiązany do młodego siebie idealisty, człowieka z wizją, żałujący, że życie odebrało mu tę świeżość pasji, pragnień. Wspomnienia dotyczące pierwszej dokonanej przez niego transplantacji są jednym z najciekawszych fragmentów książki. Czuje się w nim autentyczną dumę i lekką nostalgię, za czasami, gdy wszystko zdawało się być możliwe, każdemu wyzwaniu można było sprostać, na przeszkodzie nie stały starość i zmęczenie, a raczej urzędnicy i zasady.

Jednak wraz z rozwojem książki−wywiadu poznajemy inne oblicze Religi. Widzimy człowieka zmęczonego, często zniechęconego latami walki o fundusze i pomoc dla chorych, choć nadal zdolny jest do złości na wspomnienie o łódzkim pogotowiu czy skandalu dotyczącym białostockiej transplantologii. Także o polityce wypowiada się już z mniejszym ogniem, ale też na tę dziedzinę stara się przenieść coś ze swego idealizmu i wiary w możliwości człowieka.

Książka przedstawia człowieka młodego i starego, chorego i pełnego młodzieńczego zapału. Człowieka prywatnie i zawodowo – człowieka o niełatwym charakterze, bo walczącego, ale i delikatnego, który potrafi ze współczuciem i pasją opowiadać o pacjentach. Człowieka pełnowymiarowego. Ciężko chorego, a mimo to pełnego nadziei. Subiektywnie – bo przez pryzmat jego własnych wspomnień i słów.

Anna Matraszek
Jan Osiecki, Zbigniew Religa. Człowiek z sercem w dłoni, wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2009.
Czerwiec 2009

O czym i jak myślą

Miniony wiek w znacznym stopniu zwiększył naszą wiedzę o świecie. Wśród najważniejszych dokonań tego okresu należy wymienić antybiotyki, teorię Wielkiego Wybuchu czy strukturę DNA. Mimo takiego postępu pozostaje jeszcze wiele rzeczy, o których niewiele wiemy: pandemia HIV, rak, ptasia grypa, bioterroryzm, globalne ocieplenie, dziury ozonowe. Choroby i klęski naszych czasów sprawiły, że nauka i naukowcy jeszcze nigdy nie byli tak blisko społeczeństwa. Stale zarzucani jesteśmy informacjami dotyczącymi dziury ozonowej, wciągani w dyskusje na temat klonowania i podziału komórki, żywności genetycznie modyfikowanej, testów przeprowadzanych na zwierzętach. Brak fundamentalnej wiedzy w wielu dziedzinach naukowych uświadamia nam jednak, że naukowcy funkcjonują z dala od nas. Mając poczucie bardzo istotnej roli nauki, jesteśmy sfrustrowani trudnością zrozumienia jej szczegółów.

„Naukowcy – czytamy we wstępie książki – myślą na wszelkie sposoby, dzięki którym zachowują swoje myśli dla siebie. Myślą głęboko, szczegółowo i w ściśle opracowanych ramach. Często myślą liczbami, a niekiedy wbrew intuicji. W swoich intelektualnych poszukiwaniach muszą być formalni, techniczni i skupieni na temacie. Jednak istnieje potężny i skuteczny środek ustalenia, co naukowcy myślą. Trzeba ich zapytać”.

Jeremy Stangroom, brytyjski pisarz i redaktor „The Philosophers Magazine”, podjął dyskusję z najznakomitszymi na świecie profesorami. Seria dwunastu wywiadów dotyczy najgłośniej dyskutowanych ostatnio dziedzin nauki. Susan Greenfield, profesor fizjologii, porusza problem depresji w świetle ludzkiego mózgu i świadomości. Genetyk Steve Jones konfrontuje się z Darwinowską ideą ewolucji gatunków, kreacjonizmem i problemem roślin genetycznie modyfikowanych. Dorothy Crawford i Mike Stratton opowiadają o mikrobiologii, wirusach i badaniach nad rakiem. Jeden z ciekawszych wywiadów w książce dotyczy etyki eksperymentów na zwierzętach. Dyskutuje o niej Stangroom z Colinem Blakemorem, szefem Medical Research Council, profesorem fizjologii, wielokrotnie krytykowanym przez obrońców praw zwierząt za badania nad aktywnością mózgu kotów i naczelnych. Wywiad ten pozwala profesorowi przedstawić argumenty świadczące, jego zdaniem, o konieczności kontynuowania badań na zwierzętach. Wyliczane przez niego fakty i korzyści, które mogą przynieść takie badania, sprawiają, że czytelnikowi, nawet największemu miłośnikowi zwierząt, trudno nie przyznać mu racji.

Nie wszyscy bohaterowie książki są przedstawicielami nauk empirycznych. Wśród naukowców pojawia się matematyk Norman Levitt, który porusza problem roli nauki w społeczeństwie, a także ukazuje zagrożenia związane z integralnością nauki, opisując, jak nauka, jako dyscyplina badawcza, może być źle rozumiana przez różne, często akademickie, ruchy pseudo− czy też antynaukowe. Niezwykłą postacią jest także, pracujący na skrzyżowaniu nauki i technologii, Kevin Warwick, profesor cybernetyki, doktor inżynierii komputerowej i robotyki, który pragnie żyć tak długo, by podłączyć swój mózg do komputera i stać się pierwszym na świecie cyborgiem.

Przeprowadzone przez Stangrooma wywiady pokazują osobom niezwiązanym z nauką, jak pracują współcześni naukowcy. Z rozmów tych wyłania się obraz ich idei, planów, a także dylematów, obraz zależności między nauką i technologią oraz wielu problemów społecznych i politycznych, które pojawiają się wraz z rozwojem nauki.

Dla wszystkich więc, którzy chcą wiedzieć, o czym myślą naukowcy, książka ta jest pozycją obowiązkową.

Katarzyna Krzyżanowska
Jeremy Stangroom, Co myślą naukowcy, tłum. Agna Onysymow, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2009, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.

Z wielu stron

Powstanie tuż za wschodnią granicą Polski imperium sowieckiego, które w trakcie budowania zrębów państwowości II Rzeczypospolitej śmiertelnie jej zagrażało, stało się powodem rozważań nad komunizmem obecnych w polskim życiu intelektualnym lat 20. i 30. XX wieku. Myśliciele przedwojennej Polski wskazywali na rewolucję październikową jako na początek negacji dotychczasowego dorobku cywilizacyjnego. Mając możliwość obserwacji procesu budowy czerwonego imperium, nie dokonywali analizy komunizmu jako ideologii, skupiając się raczej na opisie sowieckiej rzeczywistości. Analiza tej ideologii, choć nie zawsze wiodąca do słusznych wniosków, stanie się dopiero domeną powojennych myślicieli Zachodu. Należy tylko żałować, że w tak niewielkim stopniu przyswoili sobie oni przedwojenny polski jej opis.

Elity umysłowe II Rzeczypospolitej dostrzegły w komunizmie nie wizję nowego doskonałego społeczeństwa, lecz socjotechnikę sprawowania rządów przy użyciu brutalnych środków. Nie nabrały się, jak uczeni zachodni, na propagowaną przez ZSRR ideę powszechnej równości, ale wyjątkowo wyraźnie widziały totalitarny system władzy oparty na wszechtrwodze.

Któż zatem podjął się przed wojną w Polsce krytyki komunizmu? Lista jest długa, a profesje wykonywane przez uczonych świadczą nie tylko o ważkości problemu w tamtych czasach, ale przede wszystkim o szerokości spojrzenia ówczesnych naszych elit na otaczającą rzeczywistość. Byli to bowiem ekonomiści – Adam Heydel, Adam Krzyżanowski, Ferdynand Zweig, teoretycy prawa – Ignacy Czuma, Stanisław Kutrzeba, Władysław Leopold Jaworski, katoliccy duchowni – kardynał August Hlond, biskupi – Józef Teodorowicz i Jan Stepa, księża – Józef Pastuszka i Stefan Wyszyński, a także filozofowie – Jerzy Braun, Jan Karol Kochanowski, socjolodzy – Florian Znaniecki, Ludwik Kulczycki, przedstawiciele polskiej szkoły sowietologicznej – Stanisław Swianiewicz, Wiktor Sukiennicki, publicyści – Jan Berson, Artur Śliwiński, Stanisław Mackiewicz. Głos zabierali działacze wszystkich ważniejszych stronnictw politycznych, a socjaliści – Ignacy Daszyński, Mieczysław Niedziałkowski, Bolesław Limanowski, Leon Wasilewski – manifestowali odrębność swej doktryny od komunizmu. Zdeklarowanym antykomunistą był Józef Piłsudski. Nie milczeli także piłsudczycy. Czołowi endecy, w osobach Romana Dmowskiego, Stanisława Grabskiego, Bohdana Wasiutyńskiego czy Zygmunta Wasilewskiego, swoimi tekstami filozoficznymi lub esejami publicystycznymi zapoznawali opinię publiczną z możliwością i następstwami ewentualnego rozszerzenia się na Zachód sowieckiej rewolucji. Twórczość wszystkich charakteryzuje negacja komunizmu i jego „praktycznych” zastosowań. Nieliczne pochwały uzyskały tylko takie „wynalazki rad”, jak: powszechna elektryfikacja Krzyżanowskiego i idea szkół ludowych Łunaczarskiego.

Krytykując komunizm Polacy zauważali, że godzi on w wolność, sprawiedliwość, praworządność. Wytykali radzieckim wychowawcom nowego pokolenia, że szkoła bolszewicka zatraca związek z przeszłością Rosji, a kontakty ze światem kurczą się coraz bardziej.

Zdawano sobie sprawę z planowanego ataku bolszewizmu na Europę. Polacy usiłowali ostrzec Zachód przed filozofią sowietyzmu, w której człowiek staje się „zwierzęciem, bez żadnej przyszłości i celu metafizycznego”.

Bogdan Bernat
W obronie niepodległości. Antykomunizm w II Rzeczypospolitej, red. Jacek Kleczkowski, Filip Musiał, Ośrodek Myśli Politycznej, Instytut Pamięci Narodowej, Kraków 2009.

Człowiek z przypadku

Dla wielu Czytelników teza postawiona w tytule książki będzie zapewne nie do przyjęcia. Bo jakże to, mielibyśmy przyjąć, że mózg, wyraźnie różnicujący nas in plus od innych ssaków, powstał tylko jako uboczny produkt ewolucji?

Autorzy zbaczają z utartych ścieżek i twierdzą, że znacznie wcześniej niż do myślenia mózg służył hominidom jako… bufor termiczny. Ta właściwość, w większym stopniu niż pogłębiona analiza, pozwalała im w gorącym afrykańskim słońcu i bez wody przetrwać uporczywe polowania na zwierzynę. Co więcej, w połączeniu z dwunożnością, okazała się optymalnym rozwiązaniem do pokonywania biegiem nawet kilkukilometrowego dystansu. Jedynym ograniczeniem stawało się wówczas przegrzanie mózgu. Ewolucja i na to znalazła sposób: kora czołowa, najbardziej uszkadzana w wyniku stresu termicznego, u człowieka jest niemal dwukrotnie większa niż np. u szympansa. Objętość mózgu na przestrzeni setek tysięcy lat rosła wykładniczo, a wraz z nią – liczba neuronów i połączeń między nimi. Powstał w ten sposób niezawodny mechanizm, w którym ilość przekłada się na jakość. Uszkadzane w wyniku przegrzania neurony niemal natychmiast zastępowane są przez inne, nie powodując zakłóceń działania całego organu. Nieprzypadkowo nasuwa się skojarzenie z von Neumannem i jego teorią niezawodnego systemu złożonego z zawodnych elementów.

Mając taki mózg hominidy zwiększały swoją odporność, a to pozwalało przeciągać granicę możliwości biegowych. Doprowadzanie do przegrzewania mózgu wskutek uporczywego biegu nie byłoby jednak możliwe bez mechanizmu świadomej realizacji zamiarów – piszą Fiałkowski i Bielicki. W efekcie świadomego przezwyciężania „słabości ciała” strefa „żółta”, czyli ostrzegawcza, przesuwała się kosztem czerwonej – niebezpiecznej dla zdrowia, tak wówczas – w uporczywym biegu za zwierzyną, jak i dziś – choćby na trasie maratonu. Bez samoświadomości w obydwu przypadkach Homo ponosiłby klęskę. Jeśli dodać do tego obniżenie krtani, pozwalające zaczerpnąć dodatkową dawkę powietrza ustami, ale i determinujące powstanie mowy, to otrzymamy komplet preadaptacji, które całkiem przypadkowo, w wyniku dodatkowego wykorzystania w innym niż początkowo charakterze, tworzyły Homo sapiens. A w zasadzie to bieg tworzył człowieka, jego umysł zaś oraz krtań są po prostu ewolucyjną „nagrodą” za ten bieg – konkludują autorzy.

Ten dość rewolucyjny scenariusz piszą za pomocą modeli komputerowych i to właśnie z matematycznego racjonalizmu, wynika zadziwiająca logika wywodu. Fascynacja modelowaniem w rekonstruowaniu początków naszego gatunku nie dziwi, zwłaszcza u Fiałkowskiego, profesora nauk komputerowych. Bielicki – antropolog z krwi i kości, do tego stechnicyzowanego świata („defoltowy koncept”) wniósł ożywczy powiew znacznie bliższej nam socjobiologii. Zasadniczym defektem tej mieszanki jest jednak odmienność i w dużym stopniu nieprzewidywalność procesów naturalnych – nawet widzianych z odległej perspektywy czasu – od stworzonych pod pełną kontrolą badacza modeli. Wydaje się, że autorzy mają tego świadomość, dlatego wielokrotnie podkreślają warunkowość swojej koncepcji, nie pozbawiając jej przy tym autentyczności, ale też i nie dając prymatu nad innymi. Po 30 latach od postawienia hipotezy publikują ją w formie książkowej, odpowiadając tym samym na wszelkie wątpliwości i zarzuty, które pojawiły się w tym czasie. I mimo sygnalizowanych na wstępie zastrzeżeń, trudno odmówić jej sensu i spójności. Być może byłoby łatwiej, gdyby porzucić uniwersalne, czyli… ludzkie, rozumienie przypadku – podpowiadają naukowcy.

Mariusz Karwowski
Konrad Fiałkowski, Tadeusz Bielicki, Homo przypadkiem sapiens, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.

Maszyna bez cnót

Wojna jest medialna. Tu jest tempo, są emocje i jest śmierć, a więc to, co wielu lubi w mediach najbardziej. Dlatego „można zaryzykować twierdzenie, iż przemoc i wojna zdominowały krajobraz medialny XX wieku” – pisze Urszula Jarecka we wstępie do swojej książki pod prowokacyjnym tytułem Nikczemny wojownik na słusznej wojnie. Nie chodzi tu o żadną konkretną wojnę, a o wojnę w ogóle i o to, jak jest ona obrazowana w mediach wizualnych.

Autorka odwołuje się do rozmaitych źródeł: fotografii prasowych, plakatów, serwisów informacyjnych, filmów dokumentalnych, seriali telewizyjnych czy nawet do malarstwa. Imponująca jest liczba filmów fabularnych, po które sięga. Barwnym, niekiedy poetyckim językiem obrazuje symboliczne sceny z filmów, jak na przykład – podobno „najkrwawsze w dziejach kina” – ujęcia z Szeregowca Ryana. Jarecka skłania tym samym do pytania, czy można mówić o pięknie wojny? Okazuje się, że tak, bo wojna w filmach jest estetyczna. Czasem wręcz „przeestetyzowana” – pisze autorka – za sprawą wysmakowanych zdjęć, wyszukanej scenografii czy pięknej muzyki. Nawet kategoria dźwięku w filmach wojennych jest poruszona w książce.

Czytelnik znajdzie tu mnóstwo ciekawych wątków, dotyczących na przykład: strachu, tabu śmierci, władzy, dzieciństwa na wojnie. Na szczególną uwagę zasługują rozważania nad pacyfizmem. Stylowi Jareckiej daleko do naukowego żargonu, dzięki temu znajdzie tu coś dla siebie każdy, choć troszkę zainteresowany problematyką mediów, filmu albo wojny.

Książkę ilustruje kilkanaście fotografii, głównie plakatów z czasów I i II wojny światowej. Ciekawe, że na większości z nich są kobiety. Jarecka poświęca zresztą cały rozdział kobietom i ich obrazowaniu w narracjach wojennych. Okazuje się, że są one ukazywane stereotypowo – jako pielęgniarki, prostytutki czy bezmyślne pracownice fabryk broni. Znajdziemy oczywiście w filmach i prawdziwe wojowniczki, ale znamienne, że jako pierwszy przykład Jarecka podaje film z gatunku fantasy.

Stereotypy nie dotyczą zresztą tylko kobiet. Uproszczenia to nieodzowna cecha kultury masowej i te właśnie eksponuje Jarecka. „Wzorce antyczne zostały dostosowane do współczesnego odbioru – pisze. – Z bogactwa charakterów pozostaje kilka »sztandarowych« cech”. Z różnych punków widzenia autorka prezentuje popularne wyobrażenia wojownika, żołnierza, ale także ofiary wojny. Okazuje się, że granica między bohaterem a ofiarą bywa płynna, a w niektórych mediach wręcz w ogóle jej nie ma.

Filmy wojenne, zdaniem Jareckiej, skłaniają do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o inne granice – o granice człowieczeństwa, postępowania człowieka wobec człowieka, wroga wobec wroga. Wojna, jak nic innego, uświadamia wartość życia. I każe liczyć – jaka jest cena życia, jaki jest sens śmierci.

Począwszy od Iliady, poprzez Pieśń o Rolandzie, Jerozolimę wyzwoloną, po Potop obecna była w literaturze tradycja budowania sacrum wokół wojny. To była wojna jako świętość. Media XX wieku burzą tę tradycję, odzierają wojnę ze wzniosłości. Wojna jest brutalna. A wojownik to już nie jest cnotliwy heros, dzielny rycerz czy honorowy żołnierz, to „maszyna obsługująca śmiercionośne narzędzia”. „Jakie cnoty może mieć maszyna?” – pyta retorycznie Jarecka.

Anna Jawor
Urszula Jarecka, Nikczemny wojownik na słusznej wojnie. Wybrane aspekty obrazu wojny w mediach wizualnych, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2009.

Obrzeża teologii

„Jestem agnostykiem religijnym w sensie bardzo dosłownym. Nie jestem w stanie poznać przedmiotu moich religijnych przeświadczeń i z ogromną nieufnością, powiedziałbym nawet z rosnącym sceptycyzmem, przyglądam się tym wszystkim, którzy utrzymują, że są w stanie to zrobić. Nawet więcej. Jestem przekonany, iż takie roszczenie jest wysoce podejrzane poznawczo, a społecznie wręcz szkodliwe. Innymi słowy, to właśnie ludzie przekonani o celowości i trafności własnych formuł religijnych, a poza tym usiłujący narzucić je innym, zwykle niepodzielającym ich poznawczego optymizmu, byli i są źródłem nieszczęść dotykających ludzkość”.

Ta dość ryzykowna deklaracja pochodzi z książki prof. Stanisława Obirka Obrzeża katolicyzmu. Stanowi ona zbiór tekstów, które w większości były wcześniej publikowane (często z jakiejś okazji – i być może ten „okolicznościowy” charakter tekstów zaważył na ich treści). Rozbieżność tematyczna artykułów jest znaczna (problematyka żydowska, socjologizujące próby opisania katolicyzmu w Polsce, artykuły dotyczące ks. J. Tischnera, S. Lema, teatru J. Grotowskiego, T. Węcławskiego, polemiczne uwagi na temat książek Finkelsteina i Goldhagena) i nawet przy najlepszej woli nie da się książki podciągnąć pod kategorię monografii, a co najwyżej pod zbiór esejów. Tym, co ten zbiór spina, są odniesienia do kultury i historii Polski oraz katolicyzmu w Polsce. Prace podzielone są na trzy części schematem przeszłość – teraźniejszość – przyszłość, a wieńczy je tekst Odwaga pytań – Tomasza Polaka droga do prawdy poświęcony poszukiwaniom T. Węcławskiego. W sumie, mimo obiecującego tytułu, książka budzi rozczarowanie – za mało w niej analizy, natomiast zbyt wiele niespokojnych, emocjonalnych tekstów na różne sposoby prezentujących krytykę „polskiego katolicyzmu narodowego” z pozycji „katolicyzmu otwartego”.

Tekst Katolicyzm jako los zawiera tezę, iż polski katolicyzm jest „pozbawiony zarówno protestanckiego radykalizmu religijnego, jak i oświeceniowego krytycyzmu” i diagnozę, że „najbliższe lata przyniosą odejście od zmitologizowanej i masowej wersji katolicyzmu na rzecz religii prywatnej i »rynkowej«” (szkoda, że autor nie próbuje uzasadnić tych tez). Z kolei w tekście W co wierzy polski katolik? (mamy tu swoiste utożsamienie „polskiego katolika” z katolikiem „radiomaryjnym”) autor sugeruje występowanie w katolicyzmie polskim „degradujących tendencji” związanych z zanikaniem „odniesienia do źródłowych doświadczeń”, przejawiającego się szczególnie w „znajomości świętych tekstów” i zastępowaniu ich przez „religijność wtórną zapośredniczoną różnego rodzaju autorytetami” – religijność propagowana przez Radio Maryja ma być takiej tendencji współczesnym przejawem (wcześniej tendencja ta przejawiała się w nauczaniu Episkopatu Polski – „teologia ta uderza ubóstwem horyzontów myślowych i nieporadnością języka”). Autor konkluduje, że „polski katolik ukształtowany przez Radio Maryja na pewno nie wierzy w Jezusa Chrystusa, gdyż to nie On jest partnerem w jego modlitwach”, jako że inne zestawy modlitw i tematów zajmują jego wyobraźnię. Tezy te (znów bez argumentacji) nie wydają się po prostu prawdziwe.

Tym, co zdecydowanie najlepsze w książce, są prace o mniejszym ładunku krytyczno−polemicznym, pokazujące szeroką wiedzę autora – podejmujące wątki biograficzne czy dotyczące problematyki żydowskiej.

Marek Lechniak
Stanisław Obirek, Obrzeża katolicyzmu, wydawnictwo Forum naukowe, Poznań 2008, seria: Monografie.

Bez koncepcji

Wnioski z badań nad modelem kształcenia doktorantów pokazują, że jest on problemem, który niecierpliwie czeka na rozwiązanie. Tym bardziej że utrwalają się tendencje niekorzystne. Jedno z istotniejszych twierdzeń w książce formułują autorzy na samym jej końcu: „Wyraźnie (…) brakuje koncepcji tych studiów w nowych warunkach funkcjonowania nauki i szkolnictwa wyższego”.

Poziom doktoratów sukcesywnie się obniża. Liczba kandydatów zainteresowanych studiami doktoranckimi nie wzrasta lawinowo. A przecież miało być inaczej. Według Karty Bolońskiej uzyskanie doktoratu jest III stopniem edukacji, to na nim powinna się kończyć kariera studenta. Pod względem liczby osób z doktoratem Polska lokuje się w ostatniej dziesiątce krajów OECD. Takie usytuowanie doktoratu powoduje, że staje się on celem bardziej edukacyjnym niż naukowym.

Zgadzam się z autorami raportu – to nie w „umasowieniu” tkwi przyczyna kłopotów z niedomogami kształcenia doktorów, lecz w istniejącym modelu. Polega on z grubsza na tym, że doktoranci często nie wiedzą, gdzie będą pracować. Nie mają różnorodnych ofert i perspektyw po uzyskaniu stopnia naukowego. Kto przyjmie do pracy doktora, którego wiedza i umiejętności nie przydadzą się potencjalnemu pracodawcy?

W Polsce utrwalił się model tradycyjny, w którym doktorant wiąże swoją karierę z pracą w uczelni. Rynek minimalnie zainteresowany jest zatrudnianiem młodych doktorów (firmy z centralą w krajach zachodnich chętniej to robią). Chodzi więc o to, aby opracować i wdrożyć modele kształcenia doktorantów, które będą wynikały z różnorodnych potrzeb pozauczelnianych. Sam prestiż doktoratu nie jest na ogół wartością, dla której młody zdolny człowiek chce się poświęcić.

Dodatkowe uwarunkowanie negatywne, uniemożliwiające wypracowanie wielomodelowości kształcenia doktorantów, wynika z permanentnego niedofinansowania nauki i szkolnictwa wyższego (np. pula na granty promotorskie jest ograniczona).

W przedstawionych wynikach badań (zebranych głównie za pomocą ankiet i w drodze dyskusji) pojawiają się „wątki” poboczne, ale istotne w każdym modelu kształcenia. Jednym z nich jest kwestia „interdyscyplinarności” (wymóg naszych czasów, ale zbyt często stanowi alibi dla cwaniactwa i dyletanctwa). Powraca problematyka relacji mistrz−uczeń (promotor−doktorant), której obraz wypada dość dobrze. Nie może być inaczej. Rozpad więzi między tymi podmiotami oznaczałby upadek fundamentu, na którym opiera się kształcenie. Jednakże wyniki badań wzbudzają myśl, że nie wystarczą względy ludzkie, aby doktorantowi zapewnić rozwój. Udział doktoranta w autentycznych przedsięwzięciach badawczych najlepiej przygotowuje go do przyszłych ról i zawodowego wykorzystywania swego doświadczenia. Ale ta znana prawda kłóci się z konsekwencjami przyjęcia Karty Bolońskiej, która niejako wymusza to, aby doktoranta traktować jako tego, który przygotowuje kolejną pracę dyplomową. W świetle istniejącej ustawy dysertacja musi być wkładem w dotychczasową naukę. Jak widać, brak korelacji między prawem a przyjętymi zobowiązaniami wynikającymi z naszego wejścia do Unii Europejskiej, tradycjami i możliwościami życia naukowego oraz wyższego szkolnictwa a gospodarką i rynkiem blokuje pomyślną ewolucję modelu kształcenia doktorantów.

Widzenie działań w horyzoncie spodziewanych osiągnięć jeszcze nie stało się naszą specjalnością.

Zbigniew Chojnowski
Małgorzata Dąbrowa−Szefler, Paweł B. Sztabiński, Model kształcenia doktorantów. Wnioski z badań, Centrum Badań Polityki Naukowej i Szkolnictwa Wyższego, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 2008.
Maj 2009

Wszystko na sprzedaż

Kultura wydaje się czymś wyższym od codzienności, czymś niesplamionym, wolnym od przyziemności, czymś wyszukanym, co wymaga od nas skupienia. Jakże szokujące z początku wydaje się więc, że kultura to po prostu inny rodzaj interesu, zyskiwania rozgłosu, kłamstwa publicznego. W czasach, gdy za pieniądze można dostać wszystko, nie powinno dziwić, że na sprzedaż jest także kultura.

Szerokie pojęcie słowa kultura kusi do nadużyć. Jeśli w naszych czasach kulturalną rozrywką nazwać można taneczne występy telewizyjne osób znanych z tego, że są znane, a poziom edukacji stale się obniża, trudno się dziwić, że znajdujemy się w chaosie pojęciowym. Jest to niestety tendencja światowa, nic dziwnego, że dotyka również współczesnej Francji – miejsca stereotypowo kojarzonego z rozwojem sztuk i mecenatem kulturalnym. Oczywiście i ten stereotyp okazuje się z gruntu fałszywy.

Trzeba jednak rozpocząć od wyjaśnienia, dlaczego Francja jest państwem kulturalnym. Otóż we Francji sfera kulturalna leży całkowicie w gestii państwa, które posiada monopol na dziedzinę edukacji i telewizję, i niejako zobowiązane jest stereotypem do prowadzenia „polityki kulturalnej”. Brzmi pięknie, wygląda interesująco, znaczy niewiele. Jednak pozory zostają zachowane. W przypadku innych państw nie można mówić nawet o pozorach.

Wszelkie współczesne mechanizmy dotyczące wolnego rynku, bankowości, zarządzania wielkimi korporacjami mają zastosowanie we współczesnej kulturze. Fumaroli przyznaje, choć z żalem, że państwo kulturalne to przedsiębiorstwo obliczone na osiąganie wielkich zysków przy małych kosztach własnych. Najbardziej jednak znaczący wydaje się autorowi fakt, iż, o ile w przypadku firmy takie postępowanie jest naturalne, to w przypadku kultury prowadzi do jej zubożenia, trywializacji, a w konsekwencji zniszczenia. Francja, która teoretycznie powinna przewodzić światu pod względem kulturalnym, bierze przykład z amerykańskiego show−businessu i czyni z kultury kolejną kurę znoszącą złote jajka. Państwo o tak wielkich tradycjach demokratycznych i kulturalnych jak Francja, które jako jedno z pierwszych na świecie miało swoje ministerstwo kultury, promuje puste hasła, które swą retoryką przypominają propagandę socrealistyczną. Mówią o wsparciu państwa dla nieokreślonych projektów, sugerują patronat, znaczą jedynie to, że wysoko postawione grupy decydentów spijają śmietankę z ciężkiej pracy komitetów lokalnych, które organizują wystawy, koncerty, wernisaże. Jest to sposób na osiągnięcie dobrego wrażenia za najniższe koszty – stworzenie hasła i plakatów, kilka radiowo−telewizyjnych reklam, jakieś niejasne informacje na stronach internetowych – czyli za cenę wynajęcia dobrego specjalisty od public relations. Wszystko to brzmi jak powieść szpiegowska czy political fiction, jednak rzeczywistość nie jest tak dramatyczna. Jest prosta i smutniejsza.

Fumaroli potrafi pisać, potrafi zainteresować czytelnika, a w przypadku kwestii tak delikatnych, jak upadek kultury, jest to ważne. Zdaje się twierdzić – drodzy Francuzi i reszto świata, jeśli sami nie zainteresujecie się sztuką, rozwojem kultury, zostaniecie zalani masowo produkowanymi śmieciami wypaczającymi wasze poczucie estetyki i zubożającymi wasze gusta. Na państwo kulturalne nie można już liczyć.

Anna Matraszek

Marc Fumaroli, Państwo kulturalne. Religia nowoczesności, tłum. Hanna Abramowicz, Jan Maria Kłoczowski, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas, Kraków 2008.

Po postmodernizmie

Właściwie nie są to eseje, lecz wykłady o sztuce współczesnej i jej kontekstach. Te o harmonii czy aktualności w sztuce, to czyste perły. Wyobrażałem sobie zasłuchanych i zafascynowanych studentów, czasem sam czułem się tak, jakbym w bliskości poglądów stał wraz z wykładowcą na katedrze, innym razem siedziałem na sali i notowałem pilnie świeże, inspirujące spostrzeżenia wykładowcy podawane językiem dalekim od naukowego żargonu, ale i od publicystycznego banału.

Książka ta dotyczy nie tylko sztuki, lecz całej przestrzeni kulturowej, a od kiedy wszystko jest kulturą, właściwie całej przestrzeni publicznej. Sztuka budzi niepokój – pisze autor, bo nastawieni na wzniosłość i istotność, otrzymujemy często bylejakość opatrzoną autorytatywnym komentarzem. Dlatego jednym z celów swojej pracy autor czyni uodpornienie na retorykę i mechanizmy, które czynią nas bezradnymi wobec sztuki współczesnej. Celowi temu służy najlepiej rozdział o art world, czyli instytucjach i ideologiach sztuki najnowszej. Pisze więc Marzec o koniunkturalnej, cynicznej krytyczności, która staje się pozorem i konformizmem, która maskuje impotencję twórczą, a posługując się radykalnym zacietrzewieniem paraliżuje i prowadzi do apatii kulturowej oraz egoizmu roszczeń. Opowiada o idei sztuki krytycznej i o tym, co z niej zrobiono w Polsce. Charakteryzując krytykę wolnościową, określa ją jako fundamentalistyczną, dążącą do zniesienia wszelkiej określoności, posługującą się językiem korespondenta wojennego, promującą agresywny radykalizm. Krytykuje koncept „wstrząsania społeczeństwem do skutku” i rozumienie sztuki jako pochodnej procesów społecznych. Sztuce doraźnych aktualności przeciwstawia tę, która próbuje sprostać złożonej wielowymiarowości naszego istnienia. Kapitalne są filipiki autora przeciwko artyście instytucjonalnemu i zapośredniczonej przez media, udającej pozory głębi postsztuce – formie „uczestniczenia w grze o dominację kolejnych kulturowych aktualności”. Autor postsztuki jest zbiorowy (galerzyści, krytycy, sponsorzy), a pustka maskowana mantrami politycznymi, ekonomicznymi, ekologicznymi i społecznymi.

Zainteresował mnie tytuł książki, mówiący o wychodzeniu z postmodernizmu w sztukach wizualnych. Od pewnego czasu dostrzegam, że jesteśmy już po postmodernizmie i próbuję mówić o tym zjawisku w muzyce, ale na tamtym gruncie nikt tego nie chce jeszcze słuchać. „Na obrzeżach ponowoczesności – pisze tymczasem Marzec – rysują się powoli nowe formacje artystyczne poszukujące wyjścia z obecnego klinczu”. Autor dostrzega je, nazywa i charakteryzuje. W ich różnorodności widzi także wspólne elementy. Pisze, że porzucają one koncepcje „wywnioskowywania człowieka z wyidealizowanej wizji rzeczywistości”, koncentrują się za to na „praktykowaniu bycia człowiekiem”. To nie człowiek „rozpada się w formułach narracji i socjologizacji społecznej, ekonomicznej” itp., ale raczej formuły te nie są zdolne do zdefiniowania człowieka. Nowe formacje odwołują się do idei praktyki i wynikającej z niej odpowiedzialności. Posługując się koncepcją kompensacji Marquarda, dopełnioną postromantyczną praktyką „samobudowania”, Marzec zapewnia, że znów możemy dążyć ku jakości, sensom i wartościom.

Mojej lekturze towarzyszyły dwa zastrzeżenia. Szkoda, że autor ucieka przed nazwiskami, pisząc o zjawiskach nie chce ich ilustrować przykładami konkretnych artystów i ich dzieł. Szkoda też, że wydawnictwo nie dołożyło należytej staranności przygotowując tekst tej książki do wydania.

Grzegorz Filip
Sławomir Marzec, Sztuka, czyli wszystko. Krajobraz po postmodernizmie, Towarzystwo Naukowe KUL, Lubelskie Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych, Lublin 2008.

Romantyka odkryć archeologicznych

„Wykopaliska archeologiczne – pisze Paweł Jasienica w Archeologii na wyrywki – odsłaniają dowody, że dzieje Polski są dłuższe i bogatsze, że sama Polska bardziej dostojna i wspaniała, niż się to komukolwiek dawniej wydawało”. Łatwo uwierzyć w te słowa, wyrażają bowiem niezachwianą pewność, dumę i zachwyt. Jeśli dodamy do tego, że ich autorem jest jeden z największych polskich intelektualistów – historyk, eseista i publicysta, twórca słynnej syntezy dziejów Polski przedrozbiorowej, który w uznaniu zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej został odznaczony pośmiertnie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski – nabieramy pewności, że przytoczone słowa muszą być prawdą wręcz „objawioną”, bo wygrzebaną z wnętrza ziemi.

Archeologia na wyrywki jest zbiorem reportaży archeologicznych. Jasienica opisuje odkrycia poczynione podczas wykopalisk w Wielkopolsce, na Śląsku, w Grodach Czerwieńskich i na Kielecczyźnie, a także badania etnograficzne na Kurpiach. Książka nie ma jednak charakteru ściśle naukowego, co czyni zeń ambitne i wartościowe „czytadło” dla wszystkich tych (żądnych wiedzy), którzy nie są związani z przedmiotem archeologii ani zawodowo, ani hobbystycznie. Tekst Jasienicy przypomina bardziej zbiorek luźnych wspomnień osobistych pisany lekkim, barwnym stylem, niż suchy opis osiągnięć w badaniach wczesnośredniowiecznych grodów i sposobu prowadzenia prac wykopaliskowych wyłuszczony monotonną narracją. Przedstawia na przykład sylwetki ówczesnych badaczy – znanych i cenionych, ale również tych najmłodszych, wówczas jeszcze studentów lub dopiero co wypromowanych magistrów – oraz wydarzenia, dygresje i anegdoty z nimi związane, a także życie codzienne na wykopaliskach, nierzadko ocierające się o warunki zupełnego prymitywizmu cywilizacyjnego. Jasienica – jak zresztą i w całym cyklu reportaży – jest narratorem−wiecznym tułaczem, niestrudzonym wędrowcem podróżującym autobusem lub gospodarskim wozem zaprzęgniętym w kobyłki: „Zgarniam z twarzy pecynę błota, które w wielkiej obfitości tryska spod kół” – pisze niemal z zachwytem kierując się w okolice Hrubieszowa. W parze ze swobodnym stylem gawędziarza idą rzetelnie przedstawiane fakty związane z odtwarzaniem przez archeologów ówczesnego procesu rozwoju ziem w dorzeczu Odry i Wisły.

W rozdziale zatytułowanym Tradycje śląskiego obyczaju Jasienica pisze, że niewiele rzeczy na świecie da się porównać z romantyką odkryć archeologicznych. Któż bowiem nie zazdrości przeżyć badaczom poznańskim, którzy na własne oczy oglądali, jak spod gruzu zaczyna się wyłaniać szara misa ogromnej chrzcielnicy Mieszka I? W pracy archeologa, z czego mało kto zdaje sobie sprawę, najbardziej upaja wstępna jej część, czyli samo odkrycie. Potem przychodzi robota żmudna, ale konieczna, jeśli cały wysiłek ma być uwieńczony naukową syntezą. A ona właśnie jest tym celem, dla którego rozpoczęto w Polsce wielkie archeologiczne śledztwo w sprawie początków naszego państwa. Jasienica bardzo wyraźnie podkreśla ogromny wkład i wysiłek badawczy polskich archeologów, którzy przyczynili się do nowego spojrzenia na wczesne dzieje naszych ziem i kształtowanie się naszej państwowości. Rezultaty rozległych badań archeologicznych – dowiadujemy się z książki – zaowocowały zaproszeniem polskich ekip do podjęcia podobnych prac we Francji, Hiszpanii, Macedonii i Włoszech. Zaczęto wręcz mówić o „polskiej szkole archeologii wczesnośredniowiecznej”.

Małgorzata Pawełczyk
Paweł Jasienica, Archeologia na wyrywki, wstęp Zbigniew Bukowski, Wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2009.

Fachowiec od literatury

Aleksander Wat jako założyciel grupy futurystycznej, literat, członek PEN Clubu. Emigrant na ziemi rosyjskiej i przedstawiciel rządu londyńskiego w Kazachstanie. Redaktor, krytyk, a przede wszystkim poeta. Pokonujący drogę od komunizmu do krytycznego spojrzenia na rzeczywistość. Ekspert w dziedzinie teorii literatury, ale i problematyki społecznej. O ile poetyka jego nastręcza trudności w interpretacji ze względu na bogactwo odniesień i metafor, o tyle publicystyka Wata jest materiałem prezentującym fachowe, rzeczowe spojrzenie na zjawiska literackie i kulturowe.

Zbiór otwiera odezwa prymitywistów głosząca upadek filozofii dionizyjskiej i ustroju politycznego. To manifestacja nowego spojrzenia na sztukę, sztukę zintelektualizowaną, opierającą się na dowolności form, której twórca jest świadomy celów. W artykułach publikowanych na łamach m.in. „Miesięcznika Literackiego”, almanachów futurystycznych, czasopism związanych z „Nową Sztuką”, „Zwrotnicą” Wat zabiera głos nie tylko teoretyzując. Zajmuje stanowisko wobec bieżących zjawisk świata kultury. Staje się mecenasem sztuki – ocena malarstwa Stryjeńskiej, autorki recenzowanej przez niego wystawy, staje się podstawą do analizy dzieł innych grup. Fachowe spojrzenie na kwestie kolorystyki, płaszczyzn, treści i formy konfrontuje z logicznością sztuki abstrakcyjnej formistów. Analizuje koncepcje innych twórców polemizując, interpretując i oceniając. Przywołuje „antynaturalistyczną propagandę” w teorii Witkiewicza, do którego wraca w swych pismach wielokrotnie. Kilkakrotnie też polemizuje z literatami, m.in. Słonimskim, Irzykowskim.

Krytyczne pióro Wata zatrzymuje się również na teatrze i filmie. Książki rosyjskich teoretyków (Stiepun, Jewrieinow, Wiermiet) poddaje ocenie jako dzieła i jako wykładniki koncepcji z dziedziny filozofii teatru, traktujące o „teatralizacji”, wzorze aktora, reżysera. Jako wypowiedzi przeciw wszelkiemu naturalizmowi w sztuce. Do kwestii teatru w Rosji sowieckiej powraca jako do tego, gdzie odbywają się inscenizacje i widowiska masowe oraz jako do propagującego kolektywizm, agitację i improwizację. Teatr polski to miejsce na analizę zarówno problematyki dzieła, kondycji psychicznej bohaterów, tradycyjności ujęcia formy, jak i spojrzenie na rolę czynnika dramatyzującego.

Myśl Wata to myśl krystalizująca się, jak sam określił, w epoce filmu, barbarzyństwa, futuryzmu. I o filmie pisze w swoich recenzjach poświęconych aktualnym wydarzeniom w świecie kina. Charlie Chaplin w ujęciu Wata staje się krzywym zwierciadłem Europy, humanitarnej i anarchistycznej. Pisze o futuryzmie – czyniąc z niego lejtmotyw swoich tekstów – futuryzmie u jego początków, w jego różnych odmianach (rosyjski, włoski, polski). O wykładnikach, przedstawicielach, metamorfozach i odłamach tego prądu. O barbarzyństwie i renesansie, o przemianach społecznych.

Głównym przedmiotem badań publicysty jest literatura w każdej swej postaci. Omawia kwestię utworzenia Akademii Literatury, dostarcza oceny działań członków i sprawozdania z kongresów PEN Clubu. Głos w sprawie literatury to głos o powieści w różnych jej odsłonach (Hugo, Chesterston, Joyce, Proust, Flaubert, Dostojewski, Tołstoj).

Zbiór pism Wata nie jest książką, którą czyta się od początku do końca, ani taką, którą czyta się jeden raz. To rzecz, którą wnikliwie się analizuje, ale również sięga po nią jako źródło fachowej wiedzy.

Aleksandra Wójtowicz
Aleksander Wat, Publicystyka, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2008.

W bezładzie pojęć

Ponad 10 tys. haseł wyszukiwanych w Internecie, u liderów badań w różnych obszarach, ale także znajdowanych „blisko domu”. W rezultacie tych poszukiwań czytelnicy otrzymują ponad 1000−stronicowy Słownik psychologii, w którym znajdą hasła z pozornie odległych od siebie dziedzin, takich jak: psychiatria, antropologia, filozofia, językoznawstwo, statystyka oraz wiele innych.

Andrew M. Colman rozbudowując zestaw haseł próbuje przekonać czytelników, że obecny wymiar psychologii wskazuje na jej wyjątkową pojemność i zróżnicowanie, w związku z tym konieczne jest zamieszczenie w słowniku pojęć słabo związanych z psychologią, jak np. podpis cyfrowy, dwunastnica czy gałka muszkatołowa. Autor chciałby widzieć swojego czytelnika jako osobę ciekawą świata i relacji w nim panujących, uprawiającego „psychologię domową”, do której dostęp może mieć każdy z nas. Jednocześnie ma ambicję dostarczenia wiedzy także dla profesjonalistów, a więc psychologów, psychiatrów, lekarzy czy studentów pokrewnych kierunków. Przenosimy się w świat pojęć, który zawiera zarówno definicję mózgu, języka ciała, ale także efektu utopionych kosztów oraz jointa. Pojawia się jednak wątpliwość, czy w tym chaosie jest metoda? Szkoda, że autor, mimo iż zamieszcza w słowniku definicję brzytwy Ockhama, sam nie stosuje jej założeń i mnoży byty ponad potrzebę.

Niewątpliwą zaletą słownika, której nie można nie docenić, jest jego współczesność i otwartość na bieżące wydarzenia i nieustającą zmienność ludzkich zachowań. Autor patrzy na otaczającą go rzeczywistość i niesione przez nią coraz nowsze zagrożenia dla kondycji człowieka, dlatego pojawiają się takie hasła, jak: internetoholik, bulimia nervosa czy dać sobie w żyłę.

W wielości terminów Colman dostarcza nam również szeregu pojęć z zakresu psychoanalizy, co jest rzadkością w przypadku podobnych wydawnictw. Wkraczamy więc na obszar nie tylko psychologii ego czy wglądu analitycznego, ale także otrzymujemy informacje o Annie O., człowieku od Szczurów czy człowieku od Wilków.

Autor – nie do końca będąc pewnym, że weryfikacja definicji zawartych w słowniku była dokonana właściwie, a zatem istnieje ryzyko uproszczenia tych wybranych – wprowadza przy większości odsyłacze do innych, pokrewnych pojęć, tak aby zainteresowany czytelnik miał możliwość poszerzenia swojej wiedzy. W przypadku istotnych terminów Colman zamieszcza ich etymologię, prezentując równocześnie ich twórców bądź odkrywców.

Na końcu znajdziemy słowniczek angielsko−polski, który zawiera podstawowe pojęcia z szeroko rozumianej przez autora psychologii, przydatne osobom, które na co dzień korzystają z literatury anglojęzycznej.

Interesującym zwieńczeniem słownika jest umieszczenie wykazu kilkudziesięciu wybranych fobii. Listę otwiera fobia na alkohol zwana metyfobią lub fotofobią. Z ciekawszych przypadków znajdziemy tutaj: samhainofobię, czyli fobię na halloween, delpnofobię – fobię na konwersacje przy stole/obiedzie, jak również fobofobię, czyli fobię na fobie.

Po lekturze słownika pozostaje pewien niedosyt. Wydaje się, że autor tak bardzo chciał przekonać czytelnika, że psychologia to dziedzina, w której jest miejsce na pojęcia właściwie z każdego innego działu nauki, że otrzymujemy pozycję dla każdego, kto interesuje się tą dyscypliną, ale niekoniecznie dla osób poszukujących pogłębionych definicji.

Aneta Zawadzka
Andrew M. Colman, Słownik psychologii, tłum. Anna Cichowicz, Małgorzata Guzowska−Dąbrowska, Paweł Nowak, Hanna Turczyn−Zalewska, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009, seria: Słowniki Oxford University Press.

Prusy Wschodnie po nowemu

Książka pracownika Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie znamionuje nową jakość w badaniach nad obszarem między dolną Wisłą a Niemnem. Kraina ta weszła w orbitę dziejów, gdy w średniowieczu podjęto próby chrystianizacji jej mieszkańców: Prusów, Jadźwingów i Litwinów. Od początku XIII w. tutejsza ludność asymilowała się do zmieniających się warunków lub wymierała, a w jej miejsce napływali nowi osiedleńcy, wzbogacając mozaikę etniczną, językową i religijną „ziemi pruskiej”. W historiografii niemieckiej funkcjonuje ona jako Prusy Wschodnie (również w odniesieniu do dzisiejszych Warmii i Mazur, obwodu kaliningradzkiego i Kraju Kłajpedzkiego). Należą one do newralgicznych punktów w stosunkach pomiędzy Niemcami, Polakami, Litwinami i Rosjanami.

Jak pokazuje Kossert, Prusy Wschodnie nie powinny się kojarzyć wyłącznie z „prusactwem”, „militaryzmem”, ekspansją niemiecką na Wschód. Idealizując nieco, Kossert dzieli tutejszą historię na okres przednacjonalistyczny i nacjonalistyczny. Moment zwrotny wyznacza rok 1871, kiedy nastąpiło zjednoczenie Niemiec i powstała II Rzesza. Dominacja nacjonalizmu niemieckiego, którego apogeum był hitleryzm, w ciągu 74 lat zniszczyła to, co było wartością Prus Wschodnich – wielokulturowość, współistnienie narodów, języków i różnych wyznań chrześcijańskich.

Pisanie o tej północno−wschodniej krainie było obciążone nacjonalizmem niemieckim, polskim, litewskim i rosyjskim. Kossert przyjął strategię nieinstrumentalnego opowiadania o przeszłości, toteż w kolejnych rozdziałach niejako oddaje głos Wschodnioprusakom niemieckim, warmińskim, mazurskim, litewskim czy żydowskim. Przedstawia stolicę tej prowincji, czyli Królewiec (dziś Kaliningrad), jako miejsce, które rozwijało się dopóty, dopóki mogli tu żyć i działać ludzie różnych orientacji religijnych, ideowych czy politycznych.

Prusy Wschodnie traciły na znaczeniu, gdyż tutejszego życia społecznego nie objęły procesy demokratyzacyjne. Poglądy konserwatywno−monarchistyczne utrwaliły się nadzwyczaj mocno i przygotowały grunt pod wyjątkowe poparcie, z jakim spotkał się Hitler. Sprzeniewierzono się dziedzictwu, którego podstawy i przesłanki stworzył w XVI w. pierwszy władca Prus Książęcych – Albrecht Hohenzollern.

Kossert obala mity wytworzone w Prusach Wschodnich lub w związku z nimi, uzmysławia nonsensy, do których może doprowadzić pseudohistoryczne myślenie. Np. mit polskiego Grunwaldu, a niemieckiego Tannenbergu zrodził się dopiero w XIX w. Wcześniej przyjmowano w (przeważnie protestanckich) Prusach Wschodnich pogląd, że zakon niemiecki był obrazem rozkładu życia chrześcijańskiego i słusznie został wyparty. A przecież w stuleciach XIX i XX posługiwano się „krzyżakiem” jako uosobieniem niemieckości i symbolem cywilizowania przez Niemcy środkowowschodniej Europy.

Kossert zrekonstruował kulturę i losy Wschodnioprusaków, uwidaczniając ich wtopienie się w dzieje niemieckie. Najtragiczniejsze wypadki dotknęły królewieckich Żydów, których wywieziono do obozów koncentracyjnych, a pozostałą część okrutnie wymordowano w marszu śmierci na Sambii.

Rok 1945 otworzył kolejny skomplikowany rozdział w historii Wschodnioprusaków. Stali się bowiem ludźmi bez ojczyzny. Kossert próbuje obiektywizować ich cierpienia, ale nie udaje mu się to w pełni. Może dopiero zestawienie losów ludzi różnych nacji wypędzanych ze swoich stron rodzinnych (także przez Niemców) uzmysłowi zło, które nie ma narodowości.

Zbigniew Chojnowski
Andreas Kossert, Prusy Wschodnie. Historia i mit, tłum. Barbara Ostrowska, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR, Warszawa 2009.
Kwiecień 2009

Demokratyczny deficyt

Zastanawia tytuł nowej książki Jürgena Habermasa, przedstawiciela filozoficzno−politycznej Szkoły Frankfurckiej. O kim mówi autor pisząc Inny wielką literą? Początkowo zasugerowałem się przeczuciem, że może tu chodzić o Boga, o historiozoficzne uznanie dla Prowidencji, o jej uwzględnianie w najnowszych studiach nad liberalizmem czy nawet samą demokracją. Po przeczytaniu książki tytuł pozostał jednak zagadką. O jego sens pytać trzeba wyłącznie autora.

Książka Habermasa ma wiele wątków dość luźno ze sobą powiązanych. Znajdujemy tu genealogiczne rozważania na temat kognitywnej teorii moralności, ale także polemiki z filozofami Johnem Rawlsem, Dieterem Grimmem oraz uzupełnienie do książki Faktyczność i obowiązywanie z 1996 r. Są też odpowiedzi na pytania stawiane podczas wystąpień na sympozjach i okolicznościowe artykuły.

W jednym z rozdziałów, zatytułowanym Czy Europa potrzebuje konstytucji?, autor zauważa dychotomię dzisiejszych instytucji Unii Europejskiej. Z jednej strony – podkreśla – jest ona organizacją ponadnarodową bez własnej konstytucji, „założoną na podstawie prawa międzynarodowego – o tyle też nie jest państwem (w sensie nowoczesnego prawa konstytucyjnego, opartego na monopolu przemocy, suwerennego wewnątrz i na zewnątrz)”, z drugiej zaś organy wspólnoty tworzą prawo wiążące państwa członkowskie i w ten sposób Unia wykonuje suwerenne prawa, które dotąd zastrzeżone były dla państw. Jest to powodem tzw. demokratycznego deficytu, gdyż uchwały Komisji Europejskiej, Rady UE czy orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości mają moc ingerowania coraz głębiej, i nierzadko coraz dotkliwiej, w systemy państw członkowskich. Europejska egzekutywa może dzięki temu przeforsowywać swe postanowienia wbrew oporom rządów narodowych. Jednocześnie organy wykonawcze wspólnoty czerpią swą legitymację z legitymacji rządów członkowskich. Jest to zatem ostrzeżenie przed dalszym pozbawianiem kompetencji państw narodowych przez prawo europejskie. Konkluzja wywodu jest taka, że nie powinna istnieć żadna europejska konstytucja, dopóki nie wykształci się „europejski naród państwowy, dostatecznie homogeniczny, by wykształcić demokratyczną wolę”. Autor rozważa kilka wariantów powstania takiego narodu.

Prawne kwestie schodzą jednak na drugi plan w dyskusji nad sposobem finansowania przyszłego państwa europejskiego. Nowoczesne państwa, opierające się na pobieraniu podatków, czerpią korzyści ze swoich gospodarek tylko dopóty, dopóki chodzi o „gospodarki narodowe” – zwraca uwagę Habermas. Państwa mogą na nie oddziaływać środkami politycznymi. Wraz z denacjonalizacją gospodarki, szczególnie rynków finansowych i produkcji przemysłowej, zdaniem autora, państwa będą musiały się pogodzić z nowymi zjawiskami społecznymi, a przede wszystkim z szybko narastającym bezrobociem i „marginalizacją rosnącej mniejszości”.

Habermas pisał tę książkę w 1996 r. Dziś, w dobie globalnego kryzysu ekonomicznego, gospodarka jest obszarem, na którym obserwować możemy procesy bynajmniej nie sprzyjające budowie „narodu paneuropejskiego”. Zauważa się przecież proces niekiedy zakamuflowanego, innym razem jawnego ratowania przez „państwa narodowe” głównie swoich gospodarek, a dopiero potem, i może mimochodem, wspólnej, europejskiej. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że kryzys pozwala budować poczucie tożsamości narodowej.

Bogdan Bernat
Jürgen Habermas, Uwzględniając Innego. Studia do teorii politycznej, tłum. Adam Romaniuk, Jakub Kloc−Konkołowicz, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.

Późnonowoczesna eschatologia?

Przedmiotem obszernej (ponad 550 stron) pracy dr Agaty Bielik−Robson, filozof z IFiS PAN, znanej z licznych wywiadów i publikacji prasowych, jest religijność, obecna w sposób jawny czy ukryty u podstaw ludzkiego myślenia. Teza autorki brzmi, że „atmosfera świeckości”, którą narzuca nowoczesna sfera publiczna, spycha refleksję związaną z religijnością „do podziemia”. Jednak ta refleksja nie zanika, a przybiera co najwyżej postać „kryptoteologii”. Autorka zdaje sobie przy tym sprawę, że „pojęcie „kryptoteologii” pozwala rozszerzyć refleksję teologiczną na te rejony myślenia, które z pozoru tylko nie odwołują się do żadnej formy wiary, głosząc absolutny prymat racjonalności. Wydaje się bowiem, że nawet najbardziej nieprzejednanie świecka filozofia w pewnym kluczowym momencie dokonuje mniej lub bardziej arbitralnego wyboru... Dochowując mu wierności, spełnia tym samym fundamentalne kryterium religijne, jakim jest właśnie fides: wierność jako wiara albo wiara jako wierność.

Widzimy więc, że pojęcie „kryptoteologii” nie musi mieć (i w refleksji postmodernistycznej raczej nie ma) wiele wspólnego z teologią, jako nauką o Bogu. Raczej mamy tu do czynienia z kryptofilozofią religii czy kryptoeschatologią. Warto też zwrócić przed lekturą uwagę na tytułową „późną nowoczesność” – ów termin zawęża refleksję do pewnego kręgu myśli (kontynentalnej?), gdzieś pomiędzy postmodernizmem a myślą żydowską (zwłaszcza F. Rosenzweiga). Autorka nie odnosi się zatem np. do analitycznej filozofii Boga i religii.

I jeszcze jedno fundamentalne założenie. Autorka pomija całkowicie myśl chrześcijańską: „w książce nie poświęcamy religii chrześcijańskiej wiele uwagi, ponieważ uznajemy zmierzch chrześcijaństwa za fakt. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że filozofia nowoczesna rozpoczyna się od uznania skończoności jednostki ludzkiej, która przekreśla ideę osobowej nieśmiertelności”. To ostatnie założenie jest szczególnie mocne i, wydaje się, nieuprawnione (np. choćby w obliczu intensywnie rozwijanej analitycznej teologii naturalnej). Dopiero po akceptacji tych założeń czytelnik może spokojnie poddać się lekturze.

Książka składa się z trzech części (jak Heglowska triada). Pierwsza dotyczy „kryptoteologii tanatycznej”, która otacza kultem śmierć, jako „rzecz ostateczną”. Jednakże w części II Bielik−Robson prezentuje „witalizm antytetyczny” H. Blooma; życie ducha polega na tym, by człowiek „spojrzał śmierci w oczy i wytrwał mężnie w obliczu jej negatywności”. W końcu część III stanowi przezwyciężenie opozycji śmierci i życia, syntezę, co do której toczy się walka o to, czy jest nią ideał życia zbawionego (teologia mesjanistyczna), czy powrót do mitu: uznania wszechwładzy Tanatosa.

Książka napisana jest uczonym, nasyconym erudycją po(późno)nowoczesnym językiem, „trudnym” do przełknięcia dla recenzenta, któremu bliżej do filozofii klasycznej. Weźmy na chybił trafił stosunkowo zrozumiały cytat: „Jeśli przepuścić, tak jak to robi Lacan, Poza zasadą przyjemności przez Kojeve’a czytającego Hegla oraz Heideggera z jego obsesją Sein−zum−Tode, otrzymamy silnie tanatyczny efekt, przypominający manichejskie przesłanie, zgodnie z którym wszechświat jest tylko błędem w czystej pustce nieistnienia i jedynie fundamentalne uwewnętrznienie śmierci pozwala odwrócić katastrofalny pochód życia”. Czy filozof musi aż tak niejasno pisać?

Marek Lechniak
Agata Bielik−Robson, „Na pustyni”. Kryptoteologie późnej nowoczesności, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych universitas, Kraków 2008, seria: Horyzonty Nowoczesności.

Zagadki bez odpowiedzi

Od znanego uczonego usłyszałem kiedyś, że dobry projekt badawczy to taki, po którego zakończeniu więcej pytań się pojawiło niż zostało wyjaśnionych. W trakcie lektury książki Agnieszki Herman przeżywałem swoiste déja vu. Dla gdańskiej oceanograf rozwikływanie zagadki też jest bardziej fascynujące niż jej ostateczne rozwiązanie. Odniosłem jednak wrażenie, że wielość znaków zapytania jest tutaj bardziej wyrazem bezradności niż ciekawości świata.

Autorka sięga po materię bardzo odległą w czasie i – co w przypadku badaczy ma kolosalne znaczenie – niepowtarzalną. Podejmuje próbę dotarcia do początków naszego gatunku. Do tego punktu zwrotnego w dziejach, w którym pojawiły się istoty dwunożne. W głównym nurcie rozważań docieka bezpośrednich przyczyn ewolucji wyprostowanej postawy u hominidów. Jak to się stało, że nasi przodkowie zeszli z drzew, co nimi powodowało, jak sobie radzili poruszając się tylko na nogach? Czy było to efektem zmian środowiska, czy może zupełnie innych czynników?

Aby rozszyfrować te zagadki, idzie śladami pozostawionymi przez naszych przodków, a odkrywanymi co jakiś czas przez paleoantropologów. Zadziwiające, jak wiele można wyczytać z fragmentu żuchwy czy przypadkowo odkrytej kości łokciowej. Kto wie, może i u Herman byłoby to ze wszech miar intrygujące, gdyby zechciała jednak pójść o krok dalej. Nie przesypywać piasku z jednego afrykańskiego stanowiska na drugie. Sądziłem, że skoro autorka nie zajmuje się na co dzień paleoantropologią ani archeologią, ani tym bardziej genetyką, skoro nie wiąże ją środowiskowa poprawność, nie krępują żadne naukowe kajdany, pozwoli sobie na więcej niż odnotowanie najważniejszych odkryć w tych dyscyplinach i wyjaśnienie ich znaczenia w ewolucyjnej drabinie. Pisze o śladach z Laetoli, dziecku z Taung czy o czaszce Toumaď, a więc o faktach już doskonale znanych, prezentując przy okazji mniej lub bardziej oryginalne teorie towarzyszące tym znaleziskom, nawet taką o naszej „wodnej przeszłości”.

Niestety, scenariuszy rozwoju sytuacji jest tu niemal tyle, co rozdziałów. Zastanawiające, że Agnieszka Herman, dla której ewolucja człowieka jest pozazawodową pasją, mając w tym właśnie wszelkie atuty, by napisać książkę popularnonaukową, pozbawioną takich akademickich rozważań i hipotez, zapomina o naczelnej zasadzie, aby jak ognia unikać formułek typu „nie wiadomo”, „być może”. Współczesny czytelnik, czy to się komuś podoba, czy nie, oczekuje jasnych sądów, wyrazistych opinii, jednoznacznych ocen. Dywagacje i rozważania zostawia „jajogłowym”. Sam w gąszczu pytań i wątpliwości, nie mając żadnej wskazówki, staje się bezradny niczym niemowlę. W pewnym momencie chyba i autorce zaczyna to ciążyć, skoro pozwala sobie na dygresję o tych, którzy skończyli czytać już po paru kartkach. Co jednak z tymi, którzy, pełni wątpliwości, dotarli jednak do połowy książki? Cóż, zapewne zdają sobie sprawę, że pozostawi ona w nich spory niedosyt. Z ulgą zatem powitają koniec, gdzie zresztą po raz kolejny padnie sakramentalne: „właściwie nic nie wiadomo”.

Niestety, Herman chcąc nie chcąc, trochę wbrew sobie, zamiast zarazić swoją pozazawodową fascynacją, przedstawiła jedynie aktualny stan wiedzy z zakresu paleoantropologii. Owszem, krytycyzm w nauce jest ze wszech miar potrzebny, ale warto pamiętać, by się w nim nie zatracić. W przeciwnym razie czeka nas dreptanie w miejscu.

Mariusz Karwowski
Agnieszka Herman, Zagadki z przeszłości. O pierwszych etapach ewolucji człowieka, wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2009, seria: Na Ścieżkach Nauki.

Burzliwe życie Papy Tarskiego

Opowieść o życiu i pracy Alfreda Tarskiego – jednego z największych logików wszech czasów, „człowieka, który zdefiniował prawdę” – to biografia niezwykła. Portret wyśmienitego uczonego został przedstawiony w kontekście historyczno−społecznym. Autorzy prezentują żywy obraz osoby prowadzącej burzliwe życie, przeplatając go „przerywnikami” (interludes) zawierającymi opis głównych osiągnięć naukowych Tarskiego na polu logiki, teorii mnogości, teorii modeli. Książka zawiera wiele fotografii.

Urodzony w 1901 r. w Warszawie starszy syn żydowskiego zamożnego przemysłowca Ignacego Tajtelbauma, w 1918 rozpoczął studiowanie biologii w dopiero co otwartym ponownie po wojnie Uniwersytecie Warszawskim. Tam został dostrzeżony przez Stanisława Leśniewskiego, ówczesnego kierownika Katedry Filozofii Matematyki i przez niego przekonany do porzucenia studiów biologicznych na rzecz filozoficznych. W 1924 zmienił nazwisko i jako Alfred Tarski doktoryzował się na podstawie rozprawy pisanej pod opieką Leśniewskiego.

Po habilitacji w 1925 roku został docentem Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie do roku 1939 wykładał podstawy logiki i matematyki. Tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej wyjechał na konferencję do Stanów Zjednoczonych i pozostał tam już do końca życia w roku 1983. W 1945 przyjął obywatelstwo amerykańskie. Pracował w Uniwersytecie Harvarda, w Nowym Jorku, w Princeton, a od 1942 roku w Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, gdzie przez 37 lat był profesorem.

Na początku opowieści spotykamy Alfreda jako niezwykle zdolnego żydowskiego chłopca tłumaczącego sprawnie opowiadania z niemieckiego na polski, pilnego ucznia gimnazjum w Szkole Mazowieckiej, ambitnego studenta, który wybrał biologię – swą „pierwszą miłość” – za przedmiot badań.

Dalej śledzimy trudne losy młodego człowieka, który decyduje się zmienić demaskujące jego pochodzenie nazwisko na brzmiące bardziej polsko. Gdy później zwrócił się do ojca z prośbą o pożyczenie pieniędzy, Ignacy Tajtelbaum odpowiedział mu: „Pieniądze? Potrzebujesz pieniędzy? Dlaczego nie pójdziesz z tym do starego Tarskiego?” Od tej pory Alfred Tarski – Polak z „polotem”, radzi sobie w życiu w nowy sposób, borykając się niejednokrotnie z różnymi trudnościami.

Autorom udało się odtworzyć ówczesne realia. Czujemy atmosferę intelektualnych dyskusji młodych naukowców w przedwojennych kawiarniach wiedeńskich, warszawskich czy paryskich. Towarzyszymy wyjeżdżającemu na konferencję za ocean w sierpniu 1939, a także jego żonie pozostającej w Warszawie z dwójką dzieci i oddzielonej przez wojnę na wiele lat od męża. Odbywamy „podróż do Berkeley”.

Wreszcie widzimy Tarskiego zwanego „Papą Tarskim” – wspaniałego polskiego matematyka, który w kalifornijskim Berkeley buduje imperium logiki, skupiając wokół siebie wielu wybitnych studentów i naukowców z całego świata. Spotykamy jego studentów, doktorantów, współpracowników. Uczestniczymy w naukowych posiedzeniach, prywatnych spotkaniach, w wyprawach górskich czy na kalifornijskie plaże.

Poznajemy nie tylko barwną osobowość znakomitego naukowca. Obok osiągnięć matematycznych autorzy wskazali też inne jego życiowe pasje – kobiety, alkohol i inne używki. Wszystkie historie, ubarwione anegdotami, oparte są na wiedzy z pierwszej ręki i z oryginalnych źródeł. To naprawdę godna polecenia lektura.

Katarzyna Idziak
Anita Burdman Feferman, Solomon Feferman, Alfred Tarski: Life and Logic, Cambridge University Press, Cambridge 2004.

Pomagać, nie szkodzić

Jak prowadzić psychoterapię bez wywierania presji na pacjenta? Czy dla dobra eksperymentu można osoby badane wprowadzać w błąd? Jak długo należy przechowywać dokumentację psychologiczną? Jak uczyć etyki zawodowej na studiach psychologicznych? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań poszukują autorzy książki Etyka zawodu psychologa. Jerzy Brzeziński, Barbara Chyrowicz, Wojciech Poznaniak, Małgorzata Toeplitz−Winiewska w sposób pełny i klarowny omawiają normy i wartości, które powinny być respektowane przez każdego psychologa.

Książka jest podzielona na pięć części. Pierwsza dotyczy etyki i etyki psychologicznej w ogólności, a kolejne przedstawiają etyczne dylematy psychologa w jego konkretnych wcieleniach, jako: badacza, nauczyciela akademickiego, diagnosty, specjalisty udzielającego pomocy psychologicznej oraz eksperta.

To, aby nie przekroczyć tej, nieraz bardzo cienkiej, granicy etycznej, jest w nauce niezwykle istotne, zwłaszcza w nauce zajmującej się tak delikatną „materią”, jaką jest człowiek. O tym, że nie zawsze się to udaje, świadczą słynne na całym świecie eksperymenty: Ascha, Milgrama i Zimbardo. Wzbudziły one wiele kontrowersji i negatywnych ocen, właściwie uznane zostały za nieetyczne, ale gdyby nie one, nasza wiedza o społecznym funkcjonowaniu człowieka byłaby dużo uboższa. Czy jednak manipulowanie badanym człowiekiem w imię nauki jest słuszne? Gdzie kończy się etyczna granica eksperymentowania?

Jednak to nie eksperymenty, a pomoc psychologiczna, psychoterapia jest najbardziej narażona na dylematy etyczne i to podczas psychoterapii mamy do czynienia z większością nieetycznych praktyk, na przykład z indoktrynacją pacjenta. Jak, będąc psychoterapeutą, uchronić się przed narzucaniem swego zdania pacjentowi, co może nawet doprowadzić do tzw. wdrukowania pacjentowi fałszywych wspomnień?

Autorzy książki zwracają też uwagę na udzielanie pomocy psychologicznej przez telefon, Internet i w prasie czy na odpowiedzialne posługiwanie się testami psychologicznymi. Podejmują dylematy etyczne związane z transplantacją, piszą o psychologii w reklamie i biznesie. Problem plagiatu czy ekspertyzy naukowej w mediach z pewnością zainteresuje również przedstawicieli innych nauk społecznych. Książka jest zresztą napisana przystępnym językiem, więc każdy zainteresowany tą problematyką odnajdzie przyjemność w jej czytaniu. Bo dla psychologów i studentów psychologii to pozycja obowiązkowa.

Czytelnicy znajdą tutaj obszerne fragmenty Kodeksu etyczno−zawodowego psychologa Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, ale również Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, Konstytucji RP i innych ustaw, kodeksów i kart. Rozważania na temat etyki wzbogacają wyróżnione w ramkach słowa wybitnych myślicieli: Arystotelesa, Rousseau, Fromma czy Kołakowskiego.

Etyka w psychologii dlatego jest tak ważna, że tutaj badający – psycholog, w odróżnieniu od przedstawicieli innych nauk, nie staje wobec swojego obiektu poznania w relacji podmiotowo−przedmiotowej, tylko w relacji podmiotowo−podmiotowej. Tutaj mamy do czynienia z żywym człowiekiem. Dlatego – jak piszą autorzy – etyka stosowana, czyli normy moralne odnoszące się do pracy psychologa to jedno, ale drugie to moralna wrażliwość psychologa. Normy jej nie zastąpią.

Anna Jawor
Jerzy Brzeziński, Barbara Chyrowicz, Wojciech Poznaniak, Małgorzata Toeplitz−Winiewska, Etyka zawodu psychologa, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008.

Suwalski Herbert

Na szczęście książka ta nie jest kolejną pracą zbiorową o poecie. Zbigniew Fałtynowicz, suwalski badacz geografii literackiej północno−wschodniej Polski, w gęstej od faktów, lecz ciekawie prowadzonej narracji zrekonstruował kilkakrotne pobyty Zbigniewa Herberta głównie w Augustowie i okolicach. Stało się to możliwe dzięki pasji regionalistycznej autora, polegającej m.in. na ujawnianiu i opisywaniu związków wybitnych twórców literatury polskiej (np. Marii Konopnickiej, Czesława Miłosza) z Suwalszczyzną. Fałtynowicz dzielnie redagował ważne czasopismo krajoznawczo−kulturalno−literackie „Jaćwież”. Niestety, przestało się ukazywać z przyczyn niezależnych od redaktora.

Zbierając materiały Fałtynowicz przeprowadził kwerendę w różnych placówkach muzealno−archiwalnych. Niebagatelną rolę w realizacji tego przedsięwzięcia odegrała Biblioteka Narodowa, zakupiła bowiem i przygotowała do udostępniania archiwum Zbigniewa Herberta. Zawiera ono dokumenty, które pozwolą napisać zobiektywizowaną biografię poety i rozwiązać liczne zagadki związane z jego twórczością. Badacze mogą bez trudu zlokalizować potrzebne materiały. Pod koniec 2008 r. ukazał się inwentarz archiwum Zbigniewa Herberta, opracowany przez Henryka Citkę.

Fałtynowiczowi udało się pokazać Herberta nieupomnikowionego i nieheroicznego. Był człowiekiem o niesłychanym poczuciu humoru, które czyni z jego listów i liścików, artykułów i zapisków lekturę żywą i aktualną. Poznajemy tu Herberta chętnie i życzliwie wchodzącego w kontakty z ludźmi. Widzimy go jako czynnego turystę, wodniaka, który przebył setki kilometrów szlakiem rzek i jezior. W starszym wieku razem z żoną przemierzał suwalsko−mazurskie drogi samochodem.

Doświadczenia augustowskie zainspirowały Herberta do napisania kilku wypowiedzi publicystycznych i reporterskich o prowincji, a także dramatu Lalek. Do pewnego stopnia rewelacją jest pełne dowcipu i nie tylko wakacyjnych wrażeń opowiadanie poety Wyprawa pod Jonaszem. Powstało ono na kanwie spływu kajakowego (Blizna – Wigry – Czarna Hańcza – Kanał Augustowski). Poeta pływał ze Zdzisławem Najderem latem 1955. Pierwodruk tego tekstu (z objaśnieniami Fałtynowicza) stanowi jeden z rozdziałów książki. To jedno opowiadanie uświadamia, że Herbert u progu debiutu poetyckiego uprawiał też prozę. W jego archiwum spoczywają liczne nieznane opowiadania.

Książka zawiera mnóstwo materiału ikonograficznego. Możemy zajrzeć do legitymacji członkowskiej PTTK, do którego Herbert należał od 6 sierpnia 1954. Możemy popatrzeć na zdjęcia młodego poety pośród puszcz i jezior oraz osób i miejsc, które były mu dobrze znane. Dopełnieniem tych świadectw są rysunki poety.

Fałtynowicz w swej rzetelnej, opracowanej z pietyzmem, faktograficznej pracy starał się głęboko schować emocjonalny i pełen szacunku stosunek do poety.

Książka uzmysławia, że Zbigniew Herbert jeździł po natchnienie nie tylko do Francji, Włoch czy Grecji, ale także „do Polski”. Wydawnictwo to poniekąd likwiduje cząsteczkę pewnego niedomagania twórczości literackiej naszego kraju. Poeta pisał o tym w Augustowie ok. pół wieku temu: „W literaturze polskiej nie ma wiele zdrowej krwi regionalnej”.

Zbigniew Chojnowski
Zbigniew Fałtynowicz, Podróże bliskie. Zbigniew Herbert i Suwalszczyzna, Muzeum Okręgowe w Suwałkach, Agencja Reklamowo−Wydawnicza Arkadiusz Grzegorczyk, Suwałki 2008.
Marzec 2009

Homo economicus do lamusa

Nie na wszystkie książki zawsze jest odpowiedni czas. Rynkowy umysł najlepiej czytać w okresie… gospodarczego kryzysu. A jeśli jego kulminacja przypada na rok, którego patronem jest Karol Darwin, książka Michaela Shermera, amerykańskiego historyka nauki i zapalonego miłośnika kolarstwa, staje się lekturą obowiązkową.

Ale nie okoliczności zewnętrzne, niezależne przecież od autora, stanowią o randze tej pozycji. Wartością samą w sobie jest sposób ukazania tematu. Shermer sprowadza dobór naturalny i niewidzialną rękę rynku do wspólnego mianownika, jakim jest ekonomia ewolucyjna. Pokazuje analogie między dwoma mechanizmami z pozoru tak odległymi od siebie, a jednak bliskimi. Bo tak jak dobór naturalny odrzuca to, co złe, tak i w gospodarce pozostają jedynie produkty dobrej jakości, użyteczne, cieszące się popytem. Teoria ekonomii ewolucyjnej nie jest nowa – zaistniała w początkach XX w. – niemniej próżno dziś jej szukać w awangardzie koncepcji ekonomicznych. Po przeczytaniu tej książki trudno zrozumieć, dlaczego wciąż to Homo economicus pozostaje obowiązującą doktryną. Może po prostu chcemy sądzić, że kierujemy się zdrowym rozsądkiem?

Shermer, jak na zawodowego sceptyka przystało (jest założycielem Skeptic Society i wydawcą magazynu „Skeptic”), bierze się za bary z takim myśleniem, bezlitośnie obnażając jego podstawowe założenie, jakoby człowiek we wszelakich posunięciach, w których w grę wchodzą pieniądze, kierował się li tylko rozumem. Każe nam wybierać. Pewna firma oferuje nowy telefon komórkowy za 100 dolarów, ale pięć ulic dalej identyczny model można kupić za 50. Któż by nie skorzystał z okazji? A gdyby ta sama firma sprzedawała notebooka za 1000 „zielonych”, a kilkaset metrów dalej był on dostępny za jedyne 950, to też wybralibyście się na spacer? Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to właśnie znaczy, że logika nie była tutaj waszym sprzymierzeńcem, bo przecież w obydwu przypadkach chodziło o zaoszczędzenie takiej samej sumy. Autor pyta dalej: wolicie być stutysięcznym klientem kina i otrzymać w nagrodę 100 dolarów czy też być milion pierwszym – dostać więcej, bo 150, ale widzieć, jak ten przed wami, milionowy klient, odbiera bonus w postaci 1000 „baksów”?

Nad odpowiedzią nie ma co się zastanawiać. Zakodowana jest ona w nas od tysięcy lat. Te same „programy”, które sterowały zachowaniem w gospodarce łowiecko−zbierackiej, wyznaczają działania w gospodarce konsumencko−handlowej. Potrafiliśmy jedynie właściwie zaadaptować je do naszych wzrastających psychologicznych aspiracji. Nad egoizm zaczęto więc przedkładać bezinteresowność, a współpraca okazała się cenniejsza od rywalizacji. Pojawiło się też zaufanie, dla Shermera najbardziej kluczowa emocja. Jego zdaniem, sieci oparte na zaufaniu i gwarantujące ich istnienie instytucje społeczne skłaniają ludzi do moralnego postępowania. A to prowadzi do wzrostu gospodarczego. W ten sposób od hord, klanów i plemion mogliśmy przejść do demokratycznych imperiów, od braku wymiany handlowej – do wolnego rynku.

Niejednokrotnie w trakcie lektury czułem się skonfundowany. Najbardziej chyba dlatego, że na większość stawianych przez autora pytań odpowiadałem tak, jak chciał, potwierdzając tym samym jego założenie o irracjonalności ludzkich zachowań. Taka lustrzana konfrontacja z samym sobą daje więcej niż niejedna lekcja teorii. To dokładnie tak, jak z kryzysem. Dopóki nie poczuje się go w kieszeni, trudno uwierzyć w jego istnienie.

Mariusz Karwowski
Michael Shermer, Rynkowy umysł. Empatyczne małpy, konkurujący ludzie i inne opowieści ekonomii ewolucyjnej, tłum. Anna E. Eichler, Piotr J. Szwajcer, wydawnictwo CiS, Warszawa 2009.

Współczesne korzenie nienawiści

Rozprawa o nienawiści francuskiego filozofa André Glucksmanna zasługuje na uważną lekturę, ponieważ jest dziełem odważnym, walczącym, idącym pod prąd dominującym nurtom lewicującej myśli europejskiej. Jest ostrzeżeniem. Przy tym napisana jest z pasją publicystyczną bardziej niż filozoficzną, choć pełna jest erudycji, odniesień do literatury.

Przedmiotem Rozprawy nie jest jednak nienawiść, a zło moralne w świecie, zło „przez duże Z”. Motywem do jej napisania był zaś fakt negowania zła (nienawiści) jako takiego. „Większościowa i konformistyczna teza brzmi następująco: nienawiść przez duże „N” nie istnieje. W gruncie rzeczy doświadczaną i okazywaną nienawiść należy zredukować do poprzedzających ją przyczyn zewnętrznych: nieszczęścia, niefortunnych wydarzeń, nędzy, frustracji, upokorzeń i zniewag. Nienawiść jest tylko zgniłym owocem niedostatków edukacji, która ręczy, że to, co ponoć nie istnieje, zostanie przez nią wyplenione. Potem nastąpi powszechne uniewinnienie i zgodne uściski. Teza, której bronimy, jest zgoła odmienna: nienawiść istnieje i każdy z nas się z nią zetknął.”

Wskażmy dwie interesujące kwestie. Pierwsza to opis struktury działania rządzonego nienawiścią. Glucksmann, w nawiązaniu do antycznego dramatu i pism Seneki, wskazuje trzy etapy takiego działania: dolor, furor i nefas: „kanoniczny scenariusz nadający tragedii strukturę rozwija się w trzech etapach. Pierwsza runda, dolor, bohater kryje się w sobie, daje się pochłonąć swemu cierpieniu, wyolbrzymia je do tego stopnia, że nie słyszy w sobie nic poza nim. Druga runda, furor, ból objawia się na zewnątrz i ściera w proch to, co bliskie, później to, co bardziej odległe. Ostatnia, trzecia runda, nefas, kiedy nieznana dotąd zbrodnia zmiata ślad teraźniejszości i przyszłości (...). W sercu mechanizmu porusza się niewzruszony silnik, odio, gniew (...) w całości jest jednym wzburzeniem i znajduje swój wyraz w gwałtownym porywie szału i zionie z gruntu nieziemską żądzą broni, krwi, śmiertelnych tortur”.

Druga interesująca rzecz to trzy miejsca, które Glucksmann wskazuje jako tereny współczesnej nienawiści. Po pierwsze, współczesny antysemityzm, ogniskujący się w powszechnej, przynajmniej we Francji, niechęci do Izraela oraz sympatii do islamu i Palestyńczyków; dzisiejszy terroryzm zaś to, według Glucksmanna, nowa ikona nienawiści. Drugi przejaw nienawiści to dominujący w Europie kontynentalnej antyamerykanizm, z Bushem przyrównywanym w prasie np. francuskiej (sic!) do Hitlera i z zachwytami nad klęską Ameryki, jakie się pojawiły po 11 września 2001. Trzecia zaś forma nienawiści to „najstarsza w historii” nienawiść do kobiet. Trwałość i powszechność tej ostatniej tłumaczona jest przez Glucksmanna słabością kobiety. „W jej nagiej i widocznej skończoności jawi się jako alter ego wszystkich ego, których zuchwałość każe im traktować ją z góry.”

Na koniec uwaga (krytyczna?). Rozprawa nie daje (chyba w ogóle nie szuka) metafizycznego wyjaśnienia fenomenu zła. Pytanie o naturę zła i jego korzenie (w naturze człowieka?) w książce nie pada. Autor zatrzymuje się (być może w sposób zamierzony, żeby nie stracić donośności krzyku) na płaszczyźnie fenomenologicznej. Ten, kto wierzy, że zło istnieje, ale chciałby się dowiedzieć dlaczego, nie jest zatem jej głównym adresatem.

Marek Lechniak
André Glucksmann, Rozprawa o nienawiści, tłum. Wojciech Prażuch, spółdzielnia wydawnicza „czytelnik”, Warszawa 2008.

Mistrzowie zła

Często się słyszy, że nie ma złych ludzi, są tylko złe uczynki. Rodney Castleden z takim twierdzeniem raczej by się nie zgodził. Przedstawia w swojej książce ludzi, którzy celowo i systematycznie popełniali złe czyny. W ich postępowaniu nie było niczego przypadkowego czy nieumyślnego, zatem trudno szukać usprawiedliwienia tego, co zrobili. Autor wychodzi z założenia, że zło jest komponentem naszego życia, czy tego chcemy, czy nie. Należy mu się przyjrzeć z bliska, po to, by je zrozumieć (przynajmniej próbować), bronić się przed nim, a jeszcze lepiej – umieć zdusić je w zarodku.

Zło w dużej mierze zależy od ducha epoki. Niektóre okresy w historii wydają się bardziej obfitować w złych ludzi niż inne. Dwudziesty wiek wiąże się z niespotykaną wcześniej epidemią zła, prawdopodobnie dlatego, że technologia i uprzemysłowienie działań wojennych uczyniły stosunkowo łatwym zabijanie ogromnej ilości ludzi przy użyciu broni masowego rażenia. Każdy z 20 największych krwawych epizodów XX stulecia, opisywanego jako haemoclysm, czyli powódź krwi, pociągał za sobą miliony ofiar.

Castleden pisze we wstępie, że jego praca jest dokładną analizą zła. Takie twierdzenie jest jednak mylące. W książce opisano ponad 90 najgorszych ludzi, ale na każdą postać przypadają zaledwie 2−3 strony. To zdecydowanie za mało, by czytelnik mógł wniknąć w psychikę zbrodniarza, zrozumieć go czy przerazić się jego sposobem myślenia i czynami. Opisywani ludzie pozostają papierowi, bo suche fakty, jakimi autor operuje, nie są w stanie poruszyć nas, zbulwersować, sprawić, że poczujemy do tych potworów odrazę i wstręt. Nie da się jednak ukryć, że książkę wertuje się z nieprzyzwoitą ciekawością i łapczywością, nieco wstydząc się tego, że zło może bardziej pociągać niż dobro.

Autor grupuje opisywane postaci ze względu na różne rodzaje zła. Są wśród nich: Straszne kobiety, Naziści, Seryjni mordercy, Współcześni tyrani i zbrodniarze wojenni. Wszystkich jednak łączy jedna charakterystyczna cecha: nieprzewidywalność. Iwan Groźny np. cierpiał na depresję maniakalną z napadami szalonego sadyzmu na przemian z okresami statycznej depresji religijnej, kiedy to nosił pokutne odzienie i publicznie wyznawał swoje grzechy. Kaligula jako mały chłopiec doskonale odgrywał rolę maskotki wśród żołnierzy, którzy ubierali go w malutki mundur i równie małe, żołnierskie buty. Zaledwie kilka lat później uroczy chłopczyk przeobraził się w dziką bestię uzależnioną od ekscesów seksualnych. Elżbieta Batory, piękna hrabianka o gładkiej cerze i jasnych włosach, z braku innych rozrywek na zamku piła ludzką krew i stała się inspiracją Brama Stokera do stworzenia powieści o Drakuli. Heinrich Himmler podczas wizyty na froncie rosyjskim oglądał zorganizowaną specjalnie dla niego egzekucję – rozstrzelanie setki Żydów. Zrobiło mu się niedobrze i prawie zemdlał. Po tym zdarzeniu zarządził bardziej „humanitarną” metodę egzekucji: zastosowanie trującego gazu w specjalnie zbudowanych komorach, upozorowanych na kabiny prysznicowe. Był to przerażający przebłysk wrażliwości i człowieczeństwa.

Zło kłóci się z zasadami – przynajmniej dla większości z nas – i choć wolimy o tym nie pamiętać, stanowi integralną część historii, a co gorsza – jest nieodłącznym elementem naszej codzienności.

Małgorzata Pawełczyk
Rodney Castleden, Wcielenia zła. Najgorsi ludzie świata, tłum. Katarzyna Bieniaszewska, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2008.

Wieża ambicji, wieża niemożności

Dostaliśmy kolejną już książkę powstałą na podstwie materiałów zgromadzonych podczas pracy nad Wielką Encyklopedią PWN. Tym razem jest to obszerne opracowanie dziejów ludzkiej twórczości, zarówno w dziedzinie myśli teoretycznej, jak i wszelkich przejawów artystycznej aktywności. Chronologiczny układ książki pozwala śledzić rozwój kultury od prehistorii aż do naszych czasów. Całość podzielono na pięć rozdziałów według wielkich epok (Prahistora i starożytność, Średniowiecze, Nowożytność, Wiek XIX i Współczesność), a w ich ramach pomieszczono przegląd kierunków i stylów (np. od preromantyzmu do secesji w rozdziale Wiek XIX, od fowizmu do wideo−artu we Współczesności). W kręgu zainteresowań twórców encyklopedii znalazło się całe spektrum dziedzin sztuki: od architektury, przez rzeźbę i malarstwo, muzykę, literaturę i teatr, po film i sztuki audiowizualne. Zasadnicze teksty opisujące kierunki w dziejach kultury są bogato ilustrowane oraz uzupełnione o dodatkowe zestawienia, noty i opisy. Otrzymujemy więc kompetentny przewodnik po historii sztuki. Jeśli dodamy do tego staranność i estetykę wydania, pozostaje tylko polecić tę książkę wszystkim zainteresowanym sztuką zarówno zawodowo, jak i hobbystycznie.

Jaki obraz działalności artystycznej człowieka wyłania się z tej książki? Niewątpliwie jest to obraz upadku. Monumentalne dokonania starożytności, których tylko niewielka część dochowała się do naszych czasów i odwołujące się do nich dzieła nowożytnego klasycyzmu, akty strzeliste średniowiecza tworzone ad maiorem Dei gloriam i urocze deformacje barokowo−rokokowych manieryzmów, głęboko humanistyczne zainteresowania renesansu i realizmu czy pozytywizmu, rozwichrzone parapsychologie romantyczne i ekspresjonistyczne lęki, a także przeestetyzowane, patetyczne dzieła symbolizmu czy secesji – wszystkie te prądy i trendy w kulturze łączyło jedno podstawowe kryterium: wysokie umiejętności warsztatowe artystów, to, co z języka niemieckiego znamy jako kunst. Dzięki dbałości o artystyczny kształt i wyraz dzieła, twórca nie tracił kontaktu z odbiorcą. Sztuka nie zawsze bywała „Biblią dla ubogich”, niemniej forma wciąż pozostawała płaszczyzną komunikacji, nawet z nieco mniej wyrobionym odbiorcą.

I komu to przeszkadzało? – można by zapytać. Demontaż sztuki zaczął się na przełomie wieków XIX i XX, w epoce moderny. Wątki indywidualistyczne pojawiały się, co prawda, już przedtem, ale teraz hasło walki z filistrem i jego konsekwencja – „sztuka dla sztuki” wprost nakazywały ignorować potencjalną publiczność. Od tej pory język sztuki staje się coraz bardziej hermetyczny, a jej tematyka systematycznie się zawęża do samego artysty i aktu twórczego, zaś metody oddziaływania ograniczają się do prowokacji i szokowania. Artystą może zostać każdy, wystarczy, że będzie miał na to papier, a wówczas wszystko, co wychodzi spod jego ręki, staje się automatycznie dziełem sztuki. Coraz bardziej górnolotnie brzmiące manifesty, zastępują rzeczywiste działania artystyczne.

I tak rozchodzą się drogi twórców i ich odbiorców. Pomieszanie języków powoduje brak jakiejkolwiek komunikacji. Budowa Wieży Babel, świadczącej o potędze wyobraźni i kunsztu, o tkwiącej w człowieku Bożej iskrze, przerabiającej „zjadaczy chleba w aniołów”, zostaje skutecznie przerwana. I nic nie wskazuje na to, by prace mogły kiedyś znowu ruszyć z miejsca. Pouczające, choć niewesołe.

Marek Remiszewski
Epoki i kierunki w kulturze. Sztuka, literatura, muzyka, teatr i film. Encyklopedia PWN, wydawnictwo naukowe pwn, Warszawa 2008.

Osobowość twórcza

O Ryszardzie Kapuścińskim wydano już kilka prac, na ogół zbiorowych. Jedną z nich jest książka opracowana przez Bogusława Wróblewskiego. Autorami szkiców są znani i uznani krytycy literaccy, literaturoznawcy, językoznawcy, twórcy, politolodzy czy akademicy o zainteresowaniach kulturoznawczych: W. Pisarek, J. Bralczyk, M. Czermińska, M. Głowiński, J. Mikołajewski, L. Mądzik, P. Czapliński i inni.

Badacze rozpatrują twórczość Kapuścińskiego przede wszystkim jako pisarza. Posługując się instrumentarium literaturoznawczym i językoznawczym, opisują jego utwory w wymiarze przynależności do literatury. Wnikliwie omówione zostały jego dwa tomy wierszy.

Mimo że opracowaniom tym trudno odmówić bogactwa poznawczego, to jednak czegoś w książce brakuje. Skoncentrowano się przeważnie na „formie”, a przecież jądro pisarstwa Kapuścińskiego mieści się gdzie indziej. Ale i nie tutaj tkwi przyczyna pewnej słabości tego skądinąd ciekawego wydawnictwa. Problem, jak sądzę, polega na tym, że wobec twórczości Kapuścińskiego przyjęto postawę afirmatywną: jego teksty, wypowiedzi i autokomentarze przyjęto nieomal w kategoriach słowa objawionego. A przecież badacze, wgłębiając się w osobowość twórczą autora Hebanu bezbłędnie pokazują, że źródłem jego pasji podróżowania i pisania był samokrytycyzm i krytycyzm wobec świata. Wielkość Kapuścińskiego najbardziej ujawnia się wtedy, gdy czytelnik podejmuje z nim polemikę (uczynił to w jakimś stopniu w swoim syntetycznym szkicu P. Czapliński, który pokazuje, jak reporter dotarł do granic uprawianego przez siebie gatunku).

Mimo powyższego zastrzeżenia, zachęcam do lektury tego wielowymiarowego portretu, w którym Kapuściński odkrywany jest jako mędrzec, prozaik, poeta, eseista, dziennikarz, fotograf, wykładowca, politolog, filozof, kulturoznawca, uczestnik najnowszej historii zarówno Polski, jak i Azji, Afryki czy Ameryki Południowej. Tak wielu autorów o różnej wrażliwości i zainteresowaniach dostrzegło wspólne wyjątkowe właściwości pisarstwa Kapuścińskiego – jest ono emanacją czy też następstwem żywego człowieczeństwa. Zdolność pisarza do empatii, do współodczuwania oraz autentyczne zaciekawienie drugim człowiekiem wyznaczają tu swego rodzaju pewnik, od którego zaczyna się myślenie o Kapuścińskim. W tych rozmaitych narracjach, w których pojawia się czasem ton osobisty, poufały, powtarzają się tak kluczowe dla zrozumienia tego pisarstwa słowa, jak: „godność”, „wolność”, „równość”, „braterstwo”, „kultura”, „tożsamość”, „inność”. Nie ulega wątpliwości, że wiele zła bierze się z tego, iż ktoś kogoś upodlił lub pragnie to zrobić z racji przyznawania wyłącznie sobie lub swojej kulturze faktycznej wartości. Reportażysta pokazał mnóstwo razy, że upodlenie było i jest jednym z najskuteczniejszych sposobów realizowania żądzy dominacji.

Zastanawia mnie, że żaden z autorów nie waha się przed identyfikowaniem tekstów Kapuścińskiego z nim samym. Odejście zaś od fikcji nie stanowi przeszkody, by traktować jego książki w kategoriach artystycznych. Świadomość, że autor Imperium odnosi się wciąż do obserwacji i doświadczeń realnych, wzmacnia u interpretatorów potrzebę snucia refleksji etycznej. Nikt się nie dziwi, że Kapuściński podjął się misji zrozumienia tego, co dzieje się z ludźmi i ludzkością. Wspominam o tym, bo mogło się wydawać, że nawet w uniwersyteckim dyskursie humanistycznym pozbyliśmy się wiary w moralną funkcję literatury.

Zbigniew Chojnowski
„Życie jest z przenikania...”. Szkice o twórczości Ryszarda Kapuścińskiego, zebrał, opracował i wstępem opatrzył Bogusław Wróblewski, posłowie Alicja Kapuścińska, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2008.

Dzieło pasjonata

Co łączy „Damę z harfą” i św. Krzysztofa z Kopic, epitafia Kitlizów, figurę Chrystusa znalezioną na składowisku kamieni Zieleni Miejskiej w Opolu, kolumnę dominikańską, figury czterech pór roku z Biestrzykowic? Nie tylko to, że wszystkie te przepiękne, zabytkowe rzeźby zostały przez bezmyślnych ludzi skazane na zniszczenie, a następnie uratowane dzięki pasji jednego człowieka. Także to, że dziś zdobią budynki i place Uniwersytetu Opolskiego. W sąsiedztwie Collegium Maius i wspomnianych zabytkowych figur pojawiły się też pomniki wybitnych artystów kultury popularnej: A. Osieckiej, Cz. Niemena i M. Grechuty. Wszyscy oni byli związani z Festiwalem Piosenki Polskiej w Opolu. Posągi stare i nowe łączy nie tylko miejsce posadowienia, ale także to, że powstały z inicjatywy prof. Stanisława Niciei, byłego rektora UO.

Książka opowiada o tym, jak z ruin podominikańskiego budynku, który przez wiele lat pełnił funkcję szpitala, powstał wspaniały gmach uniwersytecki – Collegium Maius. Pasja prof. Niciei doprowadziła do odbudowy zabytkowych gmachów (również Collegium Minus, czyli dawny sierociniec), a także do ozdoby tych obiektów i ich okolicy wspaniałymi pomnikami.

Opisując dzieje obiektów i rzeźb, które dziś tworzą klimat uniwersytetu, prof. Nicieja przywołuje ludzi, którzy wnieśli choćby najdrobniejszy wkład w to dzieło. Obok wybitnych polityków, biznesmenów, profesorów i artystów pojawiają się nazwiska ludzi prostych, pracowników uniwersytetu, wójtów, rzemieślników. Wskazuje także tych, którzy doprowadzili do ruiny zabytkowe obiekty Śląska, nie tylko pojedyncze rzeźby, ale i całe zespoły pałacowe. Niestety, często pojawiają się w tym kontekście nazwiska konserwatorów zabytków – urzędników państwowych, którzy powinni zabytki ratować.

Prof. Nicieja rzetelnie przytacza kwoty, niemałe, jakie na pozyskanie i restaurację tych obiektów i rzeźb wydano. Czy było warto? Moim zdaniem tak. Uniwersytet powinien bowiem być nie tylko miejscem badań naukowych i wykładów, ale także twórcą i obrońcą kultury. Dzięki zabytkowym gmachom, pięknym rzeźbom posadowionym w historycznych wspaniałych miejscach Uniwersytet Opolski może dziś pełnić tę rolę.

Autor oddaje, co należne wszystkim, którzy przyczynili się do realizacji jego pomysłów. Trzeba przyznać, że to właśnie jego determinacja i pasja doprowadziły do ocalenia wspaniałych obiektów przed zniszczeniem, do wzbogacenia substancji uniwersyteckiej we wspaniałe zabytkowe obiekty i umożliwienia młodemu Uniwersytetowi Opolskiemu pełnienie należnej takiej instytucji roli. Prof. Nicieja, który wpadł na szalony pomysł, zdołał zaszczepić nim inne osoby i zrealizować go, ma też znakomite pióro i potrafił w sposób barwny i fascynujący opisać niezwykłą historię przywrócenia do życia i właściwej roli centrum starego grodu.

Szkoda, że nie do końca rozumieją to władze miejskie i nie kontynuują dzieła uniwersytetu. W sąsiedztwie wspaniałych gmachów UO powstała galeria handlowa, a tuż obok funkcjonuje obskurny parking, oszpecony barakiem służącym robotnikom z sąsiedniej budowy. A przecież przywracając wzgórzu rangę, na którą z racji położenia i historii zasługuje, można było stworzyć z tego placu centralne miejsce miasta, gdzie spotykaliby się opolanie. Prof. Nicieja kreuje nową nazwę tego miejsca – Wzgórze Uniwersyteckie. Niestety, jest w tym osamotniony.

Piotr Kieraciński
Stanisław Sławomir Nicieja, Wzgórze Uniwersyteckie w Opolu. Ludzie i zabytki. Fakty i legendy, Wydawnictwo MS, Opole 2008.
Luty 2009

Zniewolona nauka

Swoją narrację Ryszard Herczyński rozpoczyna słowami: „Tematem mojej opowieści jest opór polskiej inteligencji, przede wszystkim uczonych, wobec prób zniewolenia nauki w latach 1945−1970. Jest to rozdział prawie zupełnie zapomniany, przesłonięty zdarzeniami oporu politycznego i, w rzeczy samej, dotyczący niewielkiego wycinka życia społecznego”. Głównym tematem obszernej książki autor uczynił zwłaszcza naukowców i literatów oraz ich opór wobec polityki naukowej totalitarnego państwa. Celem tej polityki w omawianym okresie było podporządkowanie sobie wszystkich dziedzin życia, w tym nauki i szkolnictwa wyższego, poprzez m.in. rozbijanie środowiska uczonych, ręczne sterowanie polityką kadrową, ograniczanie wszelkiej suwerenności. Wszystko to zaprezentował autor na bardzo dobrze udokumentowanym i szerokim tle wydarzeń społeczno−politycznych opisywanych jednak z pozycji świadka i uczestnika. Ta osobista perspektywa dodaje autentyzmu i jeszcze lepiej przybliża omawiany okres i jego specyfikę.

Już w 1946 roku profesor Stanisław Pigoń odważnie i ostro stwierdził, że „nie ma wolności nauki bez wolności uczonego, a wolność uczonego polega również na wolności od szczucia. Tymczasem pracownicy nauki i instytucje naukowe bywają dziś przedmiotem szczucia różnych nieodpowiedzialnych czynników”. Herczyński szczegółowo zanalizował procesy mające na celu centralizowanie systemu szkolnictwa wyższego zapoczątkowane zwłaszcza w 1946 roku ustawą o powołaniu Rady Szkół Wyższych, przyjętą – co znaczące – razem z ustawą o powołaniu Głównego Komitetu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Opracowano wówczas projekt sieci szkół wyższych, ich ustroju i zasad powoływania kadry. Rok później wydano kolejny dekret o organizacji nauki i szkolnictwa wyższego, na podstawie którego powstała Rada Główna do spraw nauki i szkolnictwa wyższego, a kolejne dokonywane zmiany na gorsze następowały wraz z nowymi ustawami o szkolnictwie wyższym z 1951 i 1958 roku.

Środowiska naukowe – to wniosek optymistyczny z lektury – okazywały się na szczęście dość oporne wobec komunistycznej władzy, co, jak dowodzi autor, wynikało z zachowania tuż po drugiej wojnie światowej przywiązania do przedwojennych autorytetów i etosu środowiska naukowego, który okazał się na szczęście dziedziczny i przechodził na kolejne pokolenia uczonych.

Intencją Herczyńskiego było również pokazanie obywatelskiej postawy uczonych, reprezentujących różne dziedziny i dyscypliny naukowe, przeciwstawiających się zamierzeniom władzy, a także – co jest chyba pożyteczną utopią (tak ją zresztą nazywa sam autor) – przyczynienie się do próby odbudowy słabo dziś zintegrowanego środowiska naukowego w Polsce. Autor nie boi się stawiać ostrych sądów o współczesnych „pracownikach nauki”, którzy w przeciwieństwie do dawnych uczonych pracują ciężko, by w pośpiechu dużo publikować, bo od tego zależy ich pozycja w rankingach i możliwość uzyskania grantów na badania.

A teraz wniosek pesymistyczny z lektury – o tym, jakże aktualna jest dyskusja o roli i miejscu uczonego w naszym kraju. Wykazują to choćby trwające właśnie protesty środowisk humanistycznych, zwłaszcza polonistów, którzy po lekturze ministerialnej „Karty oceny jednostki naukowej nauk humanistycznych i społecznych” (mającej stanowić podstawę finansowania badań statutowych) doszli do wniosku, że nauki humanistyczne mogą zostać skazane w Polsce na nędzną wegetację tylko dlatego, że ich przedstawiciele – realizując sumiennie etos uczonego – zajmują się tak niepotrzebną działalnością, jak pisanie o rodzimej literaturze, historii, folklorze i czynią to – za przeproszeniem – w języku polskim.

Mam nadzieję, że doczekamy się kolejnego tomu o opozycji intelektualnej w Polsce, obejmującego okres po 1970 roku, a współczesna „opozycja” humanistyczna pozwoli uzmysłowić Ministerstwu Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jaka jest społeczna rola nauk humanistycznych w Polsce XXI wieku.

Dariusz Rott
Ryszard Herczyński, Spętana nauka. Opozycja intelektualna w Polsce 1945−1970, Wydawnictwo Naukowe Semper, Warszawa 2008.

Obcy w obcym kraju

Tadeusz Konwicki jest kronikarzem ginącego świata. A właściwie ostatnim Mohikaninem świata, którego już nie ma. Taką przemożną refleksję, która towarzyszyła mi dawniej podczas lektury jego powieści, wzbudziłem w sobie i teraz, czytając ten obszerny wybór nowelistyki i publicystyki pisarza z ponad półwiecza twórczości. Chronologiczny układ tekstów (zaproponowany przez autora) pozwala prześledzić nie tylko rozwój jego techniki pisarskiej i stylu, ale także powtarzalność, można rzec: obsesyjność, charakterystycznych dla niego tematów, wątków i motywów.

Mamy zatem utracony raj dzieciństwa, partyzancką młodość, która kładzie się cieniem na całe dalsze życie, poczucie wyobcowania w powojennej, jak z sennego koszmaru wziętej, rzeczywistości, rozpad wartości ukształtowanych i towarzyszących nam przez stulecia trwania cywilizacji, beztroskie odrzucenie przez człowieka własnego dziedzictwa i dorobku kulturowego, poczucie nietrwałości świata i, w związku z tym, niepewności poszczególnej, jednostkowej egzystencji. Do tego dochodzi poczucie zbędności, przypadkowości istnienia. Co bowiem zostaje po człowieku i jego wysiłkach? Wiatr i pył...

W jednym z felietonów z cyklu Horyzont zdarzeń, publikowanych w miesięczniku „Charaktery” w latach 1998−99, Konwicki pisze: „Wyznam skromnie, że może i ja jestem reliktem tych krewniaków homo sapiens, co stworzyli Atlantydę, budowali dziwne cywilizacje na kontynentach amerykańskich albo coś knuli w puszczach azjatyckich. Wyjaśniałoby to mój brak solidarności wobec współczesnego człowieka, niedołężnego władcy naszej biednej planety. Usprawiedliwiałoby mój chłód i sceptycyzm wobec naszej egzystencji i żartobliwy stosunek do ogólnych histerii, nerwic i zmienności światopoglądów. Może więc nie jestem człowiekiem”. Ten fragment, tak pełen specyficznego poczucia humoru, ironii i sarkazmu, charakterystycznych dla pisarstwa Konwickiego, najlepiej określa jego postawę wobec świata. Trochę poczucia klęski, szczypta splendid isolation. To po prostu alien, który nie ukrywa swej inności, a nawet czyni z niej tarczę chroniącą przed „pociskami zawistnego losu”.

Felietonistyka Konwickiego była dla mnie największym odkryciem tej książki. Krótkie teksty z pogranicza literatury i publicystyki wymagają wyjątkowego mistrzostwa w posługiwaniu się piórem, bo to i atrakcyjny czytelniczo temat, i lekkość formy i stylu, i niezbędny dowcip, i – co najważniejsze – lapidarność wypowiedzi. Czy pisze Konwicki o sporcie, czy o sztuce, czy wznosi się na poziom refleksji antropologicznej, jego felietony są prawdziwą szkołą pisarstwa. Udowadnia, że gdy ma się coś do powiedzenia, nie potrzeba naciągać wierszówki do objętości całych kolumn w dzisiejszych dziennikach.

Zdumiewa przenikliwość pisarza, który już we wczesnych latach pięćdziesiątych obserwował i opisywał zjawiska, z jakimi dziś musimy się borykać: skarlenie sztuki, w tym także pisarskiej, które wiedzie ją wprost w objęcia szarlatanerii; niepowstrzymany pęd do sławy, niekoniecznie popartej umiejętnościami czy talentem; upadek etosu sportowca−herosa i komercjalizacja sportu, która odbiera mu cały urok i romantyzm.

Z drugiej strony Konwicki kultywuje w najczystszej postaci cnoty dziś będące niestety w zaniku: wierność, lojalność, honor, przyjaźń. To jeden z ostatnich, co tak poloneza wodził.

Lektura obowiązkowa!

Marek Remiszewski
Tadeusz Konwicki, Wiatr i pył, wybór tekstów Przemysław Kaniecki, Tadeusz Lubelski, wstęp Tadeusz Lubelski, SPÓŁDZIELNIA WYDAWNICZA „CZYTELNIK”, Warszawa 2008.

Zwycięzców się nie sądzi

Roberto Saviano, młody Włoch, zwany Salmanem Rushdie’m przestępczości zorganizowanej, który niczym Dante z Florencji musiał uciekać z Neapolu po tym, jak rozwścieczył tamtejszą mafię nie zamachem bombowym, lecz książką. Wspaniała pozycja non fiction, którą czyta się jak najciekawszy kryminał, ale nie można pozbyć się dreszczu, gdy sobie uświadomimy, że wszystko, co autor opisuje, jest prawdą. Świat włoskiej mafii, który znamy z takich filmów, jak Ojciec chrzestny czy Człowiek z blizną, jawi się jako kraina wolności, jasnych zasad i szczerych przyjaciół, gdy porównujemy go do świata przedstawionego przez Saviano.

Port morski w Neapolu – przez który przechodzi 90 proc. towarów tekstylnych sprzedawanych w całej Europie, z czego zaledwie ok. 3 proc. jest odprawianych na cle, a reszta przemycana – jest miejscem, gdzie kamorra rozpoczyna swoje interesy. W porcie każdy szef kamorry może też odebrać kontener zamówionych chińskich pracowników, z których większość umiera podczas podróży. Opis ciał wypadających z kontenera nie jest najbardziej wstrząsający w książce. Dużo bardziej poruszają opisy codziennego życia tych, którzy podróż przeżyli. Codzienna kilkunastogodzinna praca w szwalniach, nieludzkie traktowanie – wszystko to znoszą ci, którzy przypłynęli do Europy po lepsze życie. Na swoją krzywdę nie mogą się skarżyć – ktoś, kto formalnie nie istnieje, nie ma żadnych praw.

Niewiele lepiej są traktowani mieszkańcy włoskiego Las Vegas – biednego regionu na północ od Neapolu. Dziewczęta pracują bądź w burdelach prowadzonych przez mafię, bądź w szwalniach… prowadzonych przez mafię. Chłopcy przewożą narkotyki do Rzymu i kradną dla kamorry. Ich życie jest dla szefów mniej warte niż towar, który wiozą. Te dzieci nigdy nie zostaną prawdziwymi członkami Systemu – będą szmuglować, dopóki nie zginą w wypadku czy strzelaninie bądź nie dostaną się do więzienia. Nieliczni, którzy przeżyją, będą zatrudnieni przy rozładowaniu towaru bądź w kolejnej szwalni. Szwalnie są jednym z najlepszych interesów kamorry – szyje się tam stroje kupowane przez ekskluzywne włoskie domy mody. Markową włoską odzież szyją nisko opłacani pracownicy, których życie jest warte tyle, co wytwory ich rąk. Ich miesięczna pensja to ok. 500 euro, czyli ułamek ceny jednego uszytego przez nich płaszcza.

Jednak jest coś, co czyni tę książkę wspaniałą prozą, a nie tylko raportem o przestępczości zorganizowanej – emocjonalny styl pisarstwa, który stawia Saviano ponad innymi dokumentalistami. Przypomina trochę styl reportaży Kapuścińskiego – nie przedstawia tylko suchych faktów i opisów, ale historie pojedynczych osób, które czynią relację jeszcze prawdziwszą i tragiczniejszą. Historie osób, które znał, historie, które osobiście go dotknęły, wzruszyły. Historie prawdziwe, bolesne, przepięknie opisane. Krew lejąca się na kartach książki nie jest sztuczna, a śmierć tak samo dotykalna, jak życie. Saviano odstąpił od zimnego relacjonowania, naturalistycznego dystansu opowiadacza, który nie komentuje – przeciwnie, wszystkie przykłady opatrzone są emocjonalnym komentarzem, pełnym nieudawanego współczucia osoby, która rozumie, bo sama przeżyła, widziała całą okrutną prawdę i stara się ją przekazać wiedząc, że wymyka się ona słowom i pojęciom.

Anna Matraszek
Roberto Saviano, Gomorra. Podróż po imperium kamorry, tłum. i posłowie Anna Pawłowska−Zampino, spółdzielnia wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2008.

Myśl polityczna paryskiej „Kultury”

„Kultura” widziana z perspektywy swojej ponadpółwiecznej działalności była mozaiką poglądów, programów i przekonań. Jeśli nie zna się ich wszystkich i nie rozpatruje w ścisłym związku z mającymi miejsce równolegle wydarzeniami w kraju i na świecie, to jest się skazanym na powierzchowne impresje. Co więcej, każdy znajdzie jakieś podstawy do swoich twierdzeń, gdyż powojenny dyskurs „Kultury” zawierał w sobie elementy wielu ideologii postrzeganych przez ich wyznawców jako wzajemnie sprzeczne.

Zacytowany fragment z wprowadzającego rozdziału Nieskromne uwagi o „Paradoksach” i „giedroyciologii” trzeciego wydania książki Janusza Korka daje dobre wyjaśnienie tytułu i podtytułu tego obszernego (liczącego 550 stron) dzieła. Paradoksy, których pierwsze wydanie pojawiło się w roku 1998 w Sztokholmie (autor jest wykładowcą Sődertőrn University College w Sztokholmie), wzbogacone zostały tu o apendyks zawierający rozszerzenia i uwagi polemiczne względem wcześniejszych omówień dzieła.

Konstrukcja Paradoksów jest chronologiczna (poza VI, ostatnią częścią syntetyzującą wcześniejsze uwagi) i obejmuje dość szczegółowy opis problematyki społeczno−politycznej podejmowanej na łamach „Kultury” w latach 1947−80. W całym analizowanym przez prof. Korka okresie „Kultura”, inaczej niż wiele innych ośrodków myśli emigracyjnej, podejmowała tematy trudne, dyskusyjne, otwierając swe łamy na różne stanowiska, nie zawsze zgodne z poglądami redakcji. Z drugiej strony, same poglądy redakcji ulegały zmianie wraz ze zmianami zachodzącymi w światowej sytuacji politycznej i zmianami w kraju. Autor ukazuje zasadnicze dyskusje, dzieląc analizowany okres na pięć części (jednocześnie pięć części książki). Pierwszy okres (1947−50) to czas początkowy „Kultury”, zawierający rozrachunki z wojenną postawą Europy i szukanie tak przyszłych sojuszników Polski, jak i koncepcji jej polityki. Po tym okresie następuje pięciolecie, gdy kształtuje się koncepcja związania Polski z Zachodem, a trwają dyskusje, czy wybrać opcję proamerykańską, czy proeuropejską. Następny czas, to okres 1955−64, czas gry na dwóch fortepianach (rosyjskim i zachodnim), czyli dylematy związane z gomułkowską odwilżą w Polsce i koncepcje, w których odżywają możliwości neutralistycznej pozycji Polski. Część czwarta książki (Program wschodni) obejmuje lata 1960−68 i chronologicznie zachodzi na zakres części trzeciej, podejmując nową opcję; na skutek zmian geopolitycznych „Kultura” zmniejszyła zasięg swoich zainteresowań z geopolityki na sprawy związane z blokiem wschodnim i problemami krajowymi. Po roku 1968 zaszły dwie istotne dla działalności „Kultury” zmiany: jedna wewnętrzna dotyczyła grona autorów i współpracowników „Kultury” (śmierć J. Stempowskiego, odejście K. Jeleńskiego, szersza współpraca Herlinga−Grudzińskiego, a potem cały szereg nowych autorów, np. H. Grynberg, M. Heller, S. Mrożek, L. Unger i wielu innych), druga zmiana – zewnętrzna, to konsekwencje akcji antysemickiej w kraju i fala nowej, znającej sytuację w kraju i cieszącej się tam autorytetem, emigracji (np. L. Kołakowski). Książkę kończy część VI Myśl polityczna „Kultury”, w której autor dokonuje podsumowania. Najpierw porównuje „doktrynę” „Kultury” z myślą przedwojennego „Buntu młodych” i „Polityki” redagowanych przez J. Giedroycia. Analizuje podstawowe koncepcje „Kultury” w kontekście przedwojennych programów politycznych (myśli federacyjnej, tez programowych narodowej demokracji, myśli konserwatywnej).

Na koniec kilka słów podsumowania. Książka prof. Korka to bardzo obszerna, dogłębna praca, dobrze napisana, pełna cytatów i odniesień do literatury i jako taka warta jest polecenia.

Marek Lechniak
Janusz Korek, Paradoksy paryskiej „Kultury”. Styl i tradycje myślenia politycznego, wyd. III zmienione i uzupełnione, wydawnictwo uniwersytetu śląskiego, Katowice 2008, seria: Prace Naukowe UŚ w Katowicach.

O cenach, reformach i wartościach

„Dear money”… Nie, to nie jest apostrofa do pieniędzy. To jedno z haseł Słownika ekonomii Johna Blacka. Znajdziemy w nim też „chińskie mury” i „pas rdzy”, dowiemy się, jak poznać „chorobę holenderską”, kiedy mamy do czynienia z „ucieczką od pieniądza” i po co nam „liczba urojona”? Kto to jest „concert party”, „byk” i „niedźwiedź” i co w świetle ekonomii znaczą pojęcia: „wyjście”, „tożsamość”, „dobro”...

Autor słownika, emerytowany profesor ekonomii Uniwersytetu Exeter, jest też ekspertem The Oxford English Dictionary od terminów ekonomicznych. W swoim Słowniku ekonomii wyjaśnia ponad 2500 pojęć obejmujących zarówno te ze sfery mikro– i makroekonomii, jak i związane z finansami, handlem międzynarodowym czy zarządzaniem.

Black w zwięzły i klarowny sposób prezentuje najważniejsze organizacje i instytucje międzynarodowe, wyjaśnia również terminy matematyczne i statystyczne powszechnie używane w ekonomii. Dla ułatwienia ilustruje je diagramami, wykresami i licznymi przykładami, bo też nie jest to książka dla profesjonalistów, którzy szukają pogłębienia swojej wiedzy. Dla nich może to być przypomnienie wiadomości. Ale jest to świetna pozycja dla studentów ekonomii i nauk pokrewnych, dla dziennikarzy i wszystkich tych, którzy chcą co nieco wiedzieć z tej obszernej dziedziny. Bo obok bardziej skomplikowanych haseł, jak „stopa procentowa LIBOR”, znajdziemy tu też „akcję protestacyjną”, „bankomat”, dowiemy się, kim jest „osoba ubiegająca się o zasiłek” albo na czym polega „dylemat więźnia”. Wolny od naukowego żargonu słownik dostarcza również obszernych wyjaśnień najnowszych zjawisk, jak „e−commerce”, „wprowadzenie euro” czy „protokół z Kioto”.

Ale jeśli nie jest się fachowcem, to czy książka w ogóle da się czytać? Tak! Okazuje się, że, mimo iż problematyka „ciężka”, to można przedstawić ją w lekkiej formie, definicje okrasić ciekawymi przykładami, no i stworzyć dobry system odsyłaczy. Dzięki temu książka wciąga, a ponieważ jest przystępnie napisana, czyta się ją jak opowiadanie. Wciąga, bo nawet laik jest ciekawy, czym jest „CCC”, jeśli nie sklepem z butami, które to są „rynki wschodzące” albo na czym polega „kontrola firmy”. Definicje często zawierają komentarze odnośnie do szerszego znaczenia pojęcia czy też skupiające się wokół kontrowersji, które dana teoria lub zagadnienie może budzić.

Sporo jest tu słownictwa związanego z ekologią, np. „las równikowy”, „recykling”, „zanieczyszczenie rzek”. Może to ta wrażliwość autora spowodowała, że książka wydana jest w miękkiej okładce, na ekologicznym papierze…

Wszystkie terminy podano po polsku i po angielsku, a dodatkowo mamy jeszcze słowniczek. Książka zawiera też listę laureatów Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie nauk ekonomicznych. Są to nagrody przyznawane przez Komitet Noblowski, ale nie pochodzą w prostej linii z funduszy Nobla, jak pozostałe nagrody. Od 1969 roku otrzymały je 62 osoby, m.in. Amerykanin Douglass North, w którego imieniu zjedzono literę. Ten drobny błąd pojawił się już w oryginalnej angielskiej edycji słownika, w polskim wydaniu nie został, niestety, zweryfikowany.

Kupić słownik czy nie kupić? Trzeba wykonać „rachunek” i podjąć „racjonalną decyzję”, o których pisze Black, a później można z ciekawości sprawdzić, co ma wpływ na „zachowanie konsumenta”.

Anna Jawor
John Black, Słownik ekonomii, tłum. Ewa Freyberg, Mateusz Mokrogulski, Ewelina Nojszewska, Mariusz Próchniak, Małgorzata Znoykowicz−Wierzbicka, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008, seria: Oxford Paperback Reference.
Styczeń 2009

Nowy piękny renesans

Kończy się czas, kiedy z wielką wiedzą koresponduje poznawcza głupota, czas mentalnego analfabetyzmu zadufanych w sobie płytkich ludzi. Oto nadchodzi nowy renesans – złoty wiek pięknych umysłów. To teza najnowszej książki prof. Zbigniewa Pietrasińskiego. Niepoprawny optymista czy wnikliwy prorok?

Autor przypomina, że do tej pory historia promowała bezkrytyczne umysły płytkie, bo takie najlepiej służyły władzy świeckiej i duchownej. Jednocześnie coraz większe postępy czyniły nauka i technika. W rezultacie to, co dziś potrafią rozmaici specjaliści, przerasta wszystko, co wiedziano i umiano robić wcześniej. Ale nie widać takiego postępu w rozwoju ludzkiej osobowości.

Ideał pełnego człowieka Pietrasiński znajduje w epoce renesansu. Dziś uosabia go człowiek nowego renesansu, znamionujący nadchodzącą epokę ludzi o umysłach przenikliwych, głębokich i pięknych. Jak zostać takim człowiekiem? Autor sięga do biografii Lincolna, Tołstoja, Tatarkiewicza... Posiłkuje się radami Marka Aureliusza, Montaigne’a czy Schopenhauera. Dzieli się osobistymi doświadczeniami z pracy ze studentami Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Wszystko po to, by pokazać, że ważne jest staranne kształtowanie „strumienia aktywności”, bo wszystko to, co i jak w życiu robimy, „rzeźbi” naszą osobowość.

Autor przeciwstawia się tradycyjnemu poglądowi o formowaniu nas przez dwa czynniki: geny i środowisko. Niedoceniany jest osobisty wpływ na rozwój. Wszak człowiek jest zdolny do samoregulacji, nie tylko odbiera bodźce zewnętrzne, ale też sam ich poszukuje i selekcjonuje. „Nie ma ucieczki od autokreacji” – pisze Pietrasiński, bo każdy wybór, każde działanie pociąga za sobą, zamierzone lub nie, efekty osobotwórcze. O ich jakości decyduje „autodystans”, który odróżnia człowieka od innych bytów. One bowiem po prostu są, a człowiek jest ponadto świadom tego jestestwa i potrafi stać się obiektem poznania dla samego siebie. Ważna więc jest autorefleksja, którą zalecał Pitagoras, ważna jest autoironia charakterystyczna dla Gombrowicza, ważne jest samodzielne i wnikliwe „myślenie filozoficzne”, bo filozofia daje – jak rzekł Arystoteles – głęboką mądrość.

Zbigniew Pietrasiński barwnym, niekiedy ironicznym językiem odpowiada na pytania: jak dziś w zalewie informacji i pogłębiającej się we wszystkich dziedzinach specjalizacji być człowiekiem renesansu? Czy dążenie do wielostronności ma jeszcze jakiś sens? Jak sukcesy przyczyniają się do utraty mądrości? Jak zgłębiać i czynić siebie lepszym? Głównym motywem jego książki jest swoista potęga samoświadomości decydująca o tym, że Homo sapiens jest sapiens i zachęcająca, by był jeszcze bardziej sapiens. Pietrasiński buntuje się przeciw wizji świata, w którym technika czyni zawrotne postępy, a ludzie stają się gorsi. Przecież są dzisiaj mniej przesądni niż kiedykolwiek i wiedzą więcej. Oto nastąpi przejście z ery podatnych na myślenie życzeniowe i fanatyzm ludzi płytkich w erę ludzi o umysłach pełnych, głębokich i pięknych, w epokę nowego renesansu. Trzeba tylko radykalnej zamiany szkolnego faszerowania umysłów wiadomościami – na kształcenie promujące wysoką kulturę poznawczą, nauczanie przygotowujące nie tylko do zawodu, lecz również do harmonijnego, głębokiego i pełnego życia.

Autor głęboko wierzy, że tak właśnie będzie. Książka jest inspirująca, czy okaże się prorocza? Byłoby pięknie.

Anna Jawor
Zbigniew Pietrasiński, Ekspansja pięknych umysłów. Nowy renesans i ożywcza autokreacja, Wydawnictwo CIS, Warszawa 2008.

Kategoria powtórzenia w modernizmie

Książka powstała na bazie doktoratu obronionego w Instytucie Filozofii UŁ. Wstępne wrażenie, iż traktuje ona temat modernizmu z perspektywy historyka sztuki, okazuje się mylne. Traktat – trzeba użyć tego określenia ze względu na ogrom materiału i poziom jego skomplikowania – dotyczy raczej filozoficznych aspektów modernizmu. Ściśle, wąskiego pojęcia opisywanego w jego kontekście – powtórzenia.

Materiał badawczy wykorzystany podczas przygotowywania pracy imponuje rozmiarami. To ponad 150 pozycji z różnych dziedzin. Ich ciężar gatunkowy daje o sobie znać na kartach książki. Z prostych przyczyn – hermetycznego języka, złożonego wywodu i niezwykle wąskiej ścieżki, po której porusza się autor – praca nie trafi do przeciętnego czytelnika. Zainteresuje za to badacza, pasjonata lub erudytę ciekawego filozoficznych rozważań.

Autor rozpoczyna od ogólnego omówienia problemu powtórzenia. Załuski wychodzi od osiągnięć Kierkegaarda, który wysunął postulat „odkrycia” powtórzenia jako nowej, paradoksalnej kategorii filozoficznej. Tym samym dał początek współczesnej filozofii powtórzenia i naszkicował charakter zadania, które przed nią stoi. Próbę realizacji tego postulatu autor odnajduje u współczesnych filozofów – Deleuze’a oraz Derridy. Tym samym konstatuje, iż powtórzenie staje się „pełnoprawnym tematem filozoficznym”.

Kolejne części książki bazują na tym właśnie spostrzeżeniu. W części pierwszej badacz analizuje rozważania obu wymienionych filozofów na temat charakterystyki i statusu powtórzenia. Dochodzi do wniosku, że obaj dokonują reinterpretacji potocznego, a zarazem tradycyjnie filozoficznego ujęcia powtórzenia, jako „ponownego zdarzenia się tego samego”. W tym miejscu ważny dla przyszłych spostrzeżeń badacza staje się wniosek, iż sposób, w jaki Derrida i Deleuze podejmują problem powtórzenia, pozwala na sformułowanie projektu „odkrywania” jednostkowych postaci powtórzenia w dziedzinie dzieł sztuki oraz innych zjawisk artystycznych. Projekt ten Załuski nazywa heurystyką powtórzenia, a określenie to stanowi – jak się wydaje – esencję poszukiwań autora.

Kolejny rozdział przynosi analizę dyskursu Kraussa, Eco, Danto i Nancy’ego. Ich wywody odnoszą problem powtórzenia do różnych zagadnień sztuki modernistycznej. Duży nacisk autor kładzie na poszukiwanie kontekstu autointerpretacji modernizmu. Samookreślenie się nowoczesności polegało przecież w głównej mierze na odrzuceniu owej powtarzalności, na oderwaniu się od jakichkolwiek „kalek”. Zapoznanie się z rozważaniami tych myślicieli prowadzi do wniosku, że tendencja do sytuowania problemu powtórzenia w relacji do sztuki modernistycznej pozostaje na razie w fazie krystalizacji. Jednocześnie autor zwraca uwagę na brak konsekwencji w analizie konkretnych wątków modernizmu – kiedy zamiast zreinterpretowanej definicji powtórzenia badacze ciągle posługują się tradycyjną jego formułą, jako ponownego zdarzenia się tego samego.

Na koniec Załuski dotyka konkretnych praktyk artystycznych modernizmu oglądanych przez pryzmat heurystyki powtórzenia. Jeśli cierpliwemu czytelnikowi uda się dobrnąć do tego momentu, jego ciekawość z pewnością zostanie zaspokojona. Tym, którzy ustaną po drodze, należy się wyrozumiałość. To pozycja naprawdę z bardzo wysokiej intelektualnie półki.

Beata Maj
Tomasz Załuski, Modernizm artystyczny i powtórzenie. Próba interpretacji, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas, Kraków 2008, seria: Horyzonty Nowoczesności.

Uciekająca Sisi

„Minęły już czasy oficjalnej dworskiej hagiografii, jak i czasy niewybrednego szkalowania starej monarchii. Kieruję się tu wyłącznie naukowym wymogiem prawdy” – pisze w przedmowie do książki autorka. Brigitte Hamann, mając u podstaw swojej pracy wymóg prawdy, buduje zasadniczo odmienny od dotychczas znanego obraz małżonki Franciszka Józefa. Książka ta burzy piękny pomnik Sisi z 1934 roku, nakreślony piórem Egona Cezara Conte Cortiego (większość kolejnych biografii opierała się na tym dziele).

Dzięki takim źródłom, jak dzienniki najmłodszej córki Sisi – Marii Walerii, siostrzenicy cesarzowej, a także jej korespondencje z matką, teściową i siostrami, na naszych oczach Hamann kreuje obraz kobiety wrażliwej i bardzo nowoczesnej. Jej pęd do nauki, zainteresowania literackie, filozoficzne i absolutne skupienie na własnej osobie na dobre oddaliły ją nie tylko od dworu, gdzie była nierozumiana i wykpiwana, ale przede wszystkim od męża i dzieci.

Elżbieta unikała wszelkich ról, w które kazało jej się wcielać życie. Odmawiała wypełniania obowiązków zarówno żony, jak i matki. Potrafiła na kilka miesięcy wyjechać z Wiednia, nie interesując się tym, co dzieje się z jej dziećmi. Zdarzało się, że świadomie rezygnowała ze wspólnych świąt z rodziną, chcąc być jak najdalej od dworskiej etykiety i nieprzychylnych jej osób. Mimo iż była matką trójki dzieci (czwarte zmarło w pierwszych miesiącach po narodzinach), miłością, niestety zaborczą, obdarzyła tylko najmłodszą Marię Walerię. Nazywała ją „swoją jedynaczką”, posunęła się nawet do szantażu, by mieć córkę jak najdłużej przy sobie. Hamann zdaje się nawet obwiniać cesarzową o samobójstwo syna – Rudolfa. Sugeruje, że można było go uniknąć, gdyby Elżbieta była bardziej wrażliwa na potrzeby swojego jedynego syna.

Przede wszystkim jednak Sisi nie potrafiła i nie chciała wcielić się w rolę cesarzowej. Rozpoczęła bezsensowną walkę o prawo zachowywania się jak osoba prywatna. Decyzja ta, jak zauważa autorka, pozostawiła lukę w życiu towarzyskim i społecznym dworu, którą zgodnie z tradycją winna była wypełnić cesarzowa. Wychowywana w poczuciu pełnej swobody, uwielbiająca obcowanie z naturą, które zapewniało jej poczucie wolności, nie była w stanie zaakceptować wymagań, które przed nią stawiano. Nie chciała poddać się regułom dworskiego życia.

Zbyt wrażliwa, aby stworzyć związek z mężczyzną, uciekała w romanse rozgrywające się tylko w jej wyobraźni – pisała na przykład erotyki, których bohaterem był poeta Henryk Heine. Cała zresztą poezja cesarzowej – choć nieudolna i przesadnie wzniosła – zawiera jednak najbardziej intymne i szczere wypowiedzi Elżbiety na temat jej samej i ludzi, którymi była otoczona, a także „nerwowego stulecia”, w jakim przyszło jej żyć.

Pod koniec lektury odnosi się wrażenie, iż najbardziej pozytywnym bohaterem książki jest Franciszek Józef – prawdziwie kochający żonę do końca jej dni. Szczerze oddany pomimo ciągłych rozstań, których powodem były długie podróże (czy raczej ucieczki) Elżbiety po całej Europie. Franciszek Józef pozostaje osobą nieskazitelną, pomimo że jego żona nie chciała lub nie umiała wypełniać obowiązków wynikających z bycia cesarzową. Jej zachowanie niewątpliwie godziło w dobre imię męża.

Katarzyna Krzyżanowska
Brigitte Hamann, Cesarzowa Elżbieta, tłum. Jan Koźbiał, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2008, seria: Biografie Sławnych Ludzi.

Zachodni poziom wiedzy

Jest to książka niewielkich rozmiarów, w której autor wyjaśnia znaczenie stu pięćdziesięciu paru haseł z szeroko rozumianych nauk społecznych. Znaleźć tu można hasła z różnych gałęzi wiedzy, czasem może nawet dość odległych od politologii, ale pełniących niewątpliwie służebną rolę wobec niej. I tak, wytłumaczone zostają np.: behawioralizm, zgoda, znaczenie, jak i typowe dla dziedziny: wybory, równość, płeć kulturowa czy imperializm. Jednak nie wszystkie hasła typowe – wydawałoby się – dla politologii w słowniku odnajdziemy. Brakuje: transformacji systemowej, gospodarki wolnorynkowej, nieposłuszeństwa obywatelskiego, haseł związanych z korupcją władzy (alienacja władzy, nepotyzm, klientelizm, inwigilacja), konfederacji, państwa unitarnego. Maturzystom przygotowującym się do złożenia egzaminu z wiedzy o społeczeństwie tej pozycji bym nie polecił.

Słownik podzielony został na osiem części, z których pierwsza jest wprowadzeniem. Hasła pogrupowane są alfabetycznie w każdej z siedmiu pozostałych części zatytułowanych: Pojęcia podstawowe, Ideologie, Podejścia, Wartości, Systemy, Struktury, Poziomy.

Autor zastrzega sobie w jednym z podrozdziałów części pierwszej, iż „przyjęte kategorie [rozumiem, że dotyczy to układu haseł w słowniku, bo brakuje wyjaśnienia, co rozumie poprzez „kategorie”] mogą być przydatne w podkreśleniu poszczególnych cech danego pojęcia, mogą jednak wprowadzać w błąd. Ideologie mogą okazać się w wielu wypadkach podejściami, poziomy pokrywają się do pewnego stopnia z systemami, a systemy i struktury są niezmiennie związane z wartościami”. Zaciekawił mnie dział Podejścia. Znalazłem tu np. hasła: materializm historyczny, utopizm i utylitaryzm oraz teorię polityki, a także wytłumaczenie, czym są nauki polityczne.

Cały ten układ słownika wydaje się chybiony, choć przyznam, że jest niełatwym zadaniem nawet dla prof. Heywooda.

Słownik czyta się ze zdumieniem. Z hasła komunizm dowiemy się, że był on potężną siłą osłabiającą wrogów klasowych i że „w praktyce XX−wieczny komunizm był w dużej części mechanizmem modernizacyjnym odnoszącym sukcesy w gospodarczo opóźnionych społeczeństwach, gdzie jego sukces został ostatecznie osądzony w kontekście możliwości dostarczenia przezeń rozwoju społecznego”. O ile dobrze sobie przypominam, to książki z tego typu informacjami od 1989 r. w Polsce, Czechosłowacji, NRD czy na Węgrzech już oddawano na przemiał…

Z kolei hasło ponadnarodowość zdefiniowane zostało przez określenie „autorytet wyższy niż państwo narodowe, zdolny do narzucenia państwom swej woli”. Być może w krajach anglojęzycznych definicja taka jest trafna. W Europie Środkowowschodniej tymczasowo hasło nie ma odzwierciedlenia.

Tolerancja dla Heywooda to „wyrozumiałość, gotowość do zaakceptowania poglądów, z którymi się nie zgadzamy lub których nie popieramy”. Należy ją odróżnić od permisywizmu – jak podkreśla autor dalej – definiując przy okazji tejże definicji permisywizm jako „postawę społeczną, która pozwala ludziom na działanie zgodne z ich wolą bądź wyborem”. Sama konstrukcja hasła przyprawia o zawrót głowy.

Zaletą książki jest czytelna szata graficzna i poręczność.

Przetłumaczenie jej na język polski umożliwia czytelnikowi zapoznanie się z poziomem wiedzy kompendiów edukacyjnych z zakresu politologii na Zachodzie.

Bogdan Bernat
Andrew Heywood, Klucz do politologii. Najważniejsze ideologie, systemy, postaci, tłum. Piotr Kornobis, Krzysztof Wolański, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008, seria: Klucz do...

Bralczyk uzależnia

Miłośnicy języka polskiego – mam na myśli zwykłych zjadaczy chleba, bez tytułów naukowych – będą mieli z książki prof. Bralczyka nie lada uciechę. Bralczyk po prostu „wciąga” i „uzależnia”, choć wolałabym nie wiedzieć, jak pan profesor skomentowałby takie sformułowanie. Sądzę, że dobrze zrozumieją to stwierdzenie wielbiciele programu Mówi się…, emitowanego przez telewizję Polonia w latach 1996−2000. Autorytet i sposób bycia prof. Bralczyka sprawiły, że warto było dzwonić lub pisać do Polski nawet z Kanady czy Izraela. Nie dziwi zatem, że wkrótce po zakończeniu emisji programu narodził się pomysł, by stworzyć z niego książkę. Co prawda słowo pisane nie oddziałuje tak jak „żywe”, ale o poradniku Bralczyka lepiej chyba mówić, że jest „powiedziany” niż napisany. Udało się bowiem zachować żywy, spontaniczny i obrazowy styl wypowiedzi, nieskażony nadmierną uczonością.

Książka zawiera zaledwie część zagadnień poruszanych w ciągu 4 lat trwania programu. Zrezygnowano m.in. z pytań czysto gramatycznych i dotyczących pisowni, gdyż odpowiednie rozstrzygnięcia można znaleźć w słownikach poprawnej polszczyzny lub ortograficznych. Liczną reprezentację zyskały za to zagadnienia stylistyczne, etykieta językowa, przesunięcia znaczeniowe, nielogiczność w języku, nowe zapożyczenia i problemy ze spolszczaniem nazw własnych. Dowiemy się m.in., że w języku polskim mamy do czynienia z dominacją „męskości”: dlaczego istnieje pomoc braterska, a nie siostrzana, dlaczego chłopca można usynowić, a na uznanie dziewczynki za swoją córkę nie ma osobnego określenia. Samo pojęcie ojczyzna wiąże się z ojcem, choć np. w języku angielskim mamy matherland.

Profesor wyjaśnia również, że można coś nieść w reklamówce, nawet jeśli nie ma na niej żadnej reklamy. Słowa bowiem oddalają się od swoich pierwotnych znaczeń. Bielizna np. nie musi być biała, chociaż dawniej biały kolor integralnie wiązał się z tym pojęciem. Reklamówka zastąpiła po prostu określenie – mniej wygodne, bo dłuższe – torba plastikowa. Taką nazwę trzeba przyjąć i się z nią pogodzić. Jeśli natomiast słyszymy, jak ktoś mówi, że wykonuje telefon, mając na myśli czynność telefonowania, możemy posądzić go o brak świadomości stylistyczno−językowej i o pewną manierę.

Nie powinniśmy także używać zwrotu dalsza kontynuacja, ponieważ w znaczeniu wyrazu kontynuacja zawiera się element dalszego ciągu, nieprzerywania, przedłużania. Podobny błąd – mówiąc potocznie „masło maślane”, a fachowo: pleonazm – występuje w wyrażeniu potencjalne możliwości (potencjalne to przecież inaczej możliwe) czy zwrotach nadal trwać albo cofać się do tyłu.

Pewne zdziwienie może wywołać u czytelników zagadnienie związane ze słowem małżonka, małżonek. Zwrotów tych używamy bowiem w stosunku do osób, którym chcemy okazać szacunek, ale… tylko osób obcych: pańska małżonka, pani małżonek, proszę przekazać ukłony dla małżonki. O swojej żonie mówimy moja żona, ponieważ kiedy własną żonę nazywamy moją małżonką, wyrażany szacunek przypisujemy samemu sobie. A niedobrze jest mówić o sobie ze zbytnim uszanowaniem.

Wszystkie poruszane w poradniku tematy omówione są przez prof. Bralczyka w przystępny, niezwykle barwny, często bardzo dowcipny sposób, czego próżno by szukać w jakimkolwiek słowniku.

Małgorzata Pawełczyk
Jerzy Bralczyk, Mówi się. Porady językowe profesora Bralczyka, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008.

książki nadesłane

„Nowe Problemy Turystyki”, 1/2008, wyższa szkoła hotelarstwa, gastronomii i turystyki w Warszawie.

Brigitte Hamann, Cesarzowa Elżbieta, tłum. Jan Koźbiał, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2008, seria: Biografie Sławnych Ludzi.

Aleksander Wat, Publicystyka, opr. Piotr Pietrych, SW czytelnik, Warszawa 2008, seria: Pisma Zebrane.

Zarządzanie i planowanie marketingowe, red. nauk. Henryk Mruk, Wyd. forum naukowe, Poznań 2008, seria: Podręczniki.

Józef Szocki, Wizerunek firmy w mediach, Wyd. forum naukowe, Poznań – Wrocław 2008, seria: Podręczniki.

Reklama i PR na rozdrożu?, red. nauk. Henryk Mruk, Wyd. forum naukowe, Poznań 2008, seria: Monografie.

Przemiany na współczesnym rynku pracy, red. nauk. Wacław Jarmołowicz, Wyd. forum naukowe, Poznań 2008, seria: Monografie.

Jorge Luis Borges, Polemiki, tłum. Joanna Partyka, wyd. prószyński i s−ka, Warszawa 2008.

Witold Lutosławski, Zapiski, opr. Zbigniew Skowron, wyd. uniwersytetu warszawskiego, towarzystwo im. Witolda lutosławskiego, Warszawa 2008.

Katsuyoshi Watanabe, Alina Wójcik, Minirozmówki japońskie, wyd. VII, wyd. „wiedza powszechna”, Warszawa 2008.

Paul Leonard, Kieszonkowy słownik szwedzko−polski polsko−szwedzki, wyd. III, wyd. „wiedza powszechna”, Warszawa 2008.

Abdalla Hassan Wagialla, Jak to powiedzieć po arabsku? Rozmówki i Słownik, wyd. IV, wyd. „wiedza powszechna”, Warszawa 2008.

Jacek Perlin, Mała gramatyka języka hiszpańskiego, wyd. V, wyd. „wiedza powszechna”, Warszawa 2008.

Ryszard Stypuła, Podręczny słownik polsko−rosyjski A−Ż, wyd. „wiedza powszechna”, wyd. VII, Warszawa 2008.

Uwa Johnson, Domniemania w sprawie Jakuba, tłum. Sława Lisiecka, posł. Zdzisław Jaskuła, SW czytelnik, Warszawa 2008, seria: KROKI/SCHRITTE.

Ryszard Herczyński, Spętana nauka. Opozycja intelektualna w Polsce 1945−1970, wyd. naukowe semper, Warszawa 2008.

Janusz Korek, Paradoksy paryskiej „Kultury”. Styl i tradycje myślenia politycznego, wyd. III zmienione i uzup., wyd. uniwersytetu śląskiego, Katowice 2008, seria: Prace Naukowe UŚ w Katowicach.

Paweł Jasienica, Polska anarchia, wstęp Jadwiga Staniszkis, wyd. prószyński i s−ka, Warszawa 2008.

N. David Mermin, Czas na czas. Klucz do teorii Einsteina, tłum. Jerzy Przystawa, wyd. prószyński i s−ka, Warszawa 2008.

Roberto Saviano, Gomorra. Podróż po imperium camorry, tłum. i posłowie Alina Pawłowska−Zampino, SW czytelnik, Warszawa 2008,

André Glucksmann, Rozprawa o nienawiści, tłum. Wojciech Prażuch, sw czytelnik, Warszawa 2008,

Obecność. Karol Wojtyła – Jan Paweł II w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Dar i odpowiedzialność, red. Maria Filipiak, Andrzej Szostek MIC, przedm. kard. Stanisław Dziwisz, posł. abp Józef Życiński, towarzystwo naukowe KUL JP II, Lublin 2008.

Jerzy Bralczyk, Porzekadła na każdy dzień, wyd. naukowe PWN, Warszawa 2008.

Hippokrates, Wybór pism, tom I. Przysięga. O dawniejszym lecznictwie. O sztuce [lekarskiej]. O świętej chorobie. O naturze człowieka, tłum., wstęp i przypisy Marian Wesoły, wyd. prószyński i s−ka, Warszawa 2008, seria: Biblioteka Antyczna.

Natale Angier, Kanon. Wyprawa galopem przez piękne podstawy nauki, tłum. Monika Betley, Paweł Strzelecki, wyd. prószyński i s−ka, Warszawa 2008, seria: Na Ścieżkach Nauki.

Paul Davies, Kosmiczna wygrana. Dlaczego Wszechświat sprzyja życiu?, tłum. Bogumił Bieniok, Ewa L. Łokas, wyd. prószyński i s−ka, Warszawa 2008, seria: Na Ścieżkach Nauki.

Rodney Castleden, Wcielenia zła. Najgorsi ludzie świata, tłum. Katarzyna Bieniaszewska, wyd. bellona, Warszawa 2008.

Tadeusz Konwicki, Wiatr i pył, wybór i przygotowanie Przemysław Kaniecki i Tadeusz Lubelski, sw czytelnik, Warszawa 2008.

Grudzień 2008

Naturalistyczna krytyka religii

„Kiedy mówimy, że religia jest zjawiskiem naturalnym, możemy chcieć ją przeciwstawić temu, co nadprzyrodzone: twierdzić, że jest ona zjawiskiem ludzkim, złożonym ze zdarzeń, organizmów, struktur, schematów i innych bytów, z których wszystkie podlegają prawom fizyki lub biologii, a więc nie zakładają cudów. Zauważmy, że mogłoby być prawdą, iż Bóg istnieje, jest rzeczywiście inteligentnym, świadomym, kochającym stwórcą nas wszystkich, a mimo to sama religia, jako złożony zbiór faktów, jest absolutnie naturalnym zjawiskiem. (...) Zakładając, że religia jest zjawiskiem naturalnym, nie przesądzam kwestii jej wartości w życiu człowieka.” Niniejszy cytat wyraża tezy programowe książki Daniela Dennetta, jednego z największych filozofów amerykańskich, przedstawiciela naturalistycznego podejścia do badań nad umysłem. Ma być ona poświęcona „naukowemu” podejściu do zjawiska religii, definiowanej jako: „systemy społeczne, których uczestnicy deklarują wiarę w nadprzyrodzony czynnik sprawczy, o którego aprobatę należy się starać”.

Odczarowanie składa się z trzech części wzbogaconych czterema dodatkami. Pierwsza (Otwieranie puszki Pandory) ma charakter manifestu naturalistycznego, w którym autor kreśli potrzebę i przyszłe pożytki z naukowego podejścia do zjawiska religii; wydaje się ona zdecydowanie najsłabszą częścią książki, której pominięcie może uczynić lekturę pozostałych dużo ciekawszą. Część druga (Ewolucja religii) poświęcona jest poszczególnym stadiom rozwoju religii w dziejach ludzkości: jej korzeniom (instynkt „łatwego wyzwalania”), wczesnym stadiom rozwojowym („wobec nadmiaru wyobrażonych bytów działających kandydaci do rozgłosu zostali zatrudnieni jako pomocnicy w podejmowaniu decyzji lub we wróżbiarstwie”), transmisji religii, jej społecznym formom organizacji i w końcu postaci dojrzałej, którą Dennett nazywa wiarą w wiarę (wiarą, że wiara w Boga jest tak ważna, iż nie można jej podważać). W końcu część trzecia (Religia w naszych czasach) dotyczy wpływu religii na nasze życie, a więc tego, czy czyni nas ona lepszymi, związku religii z moralnością i poczuciem sensu życia.

Nie sposób tu dokładnie omówić bogatej treści książki, obfitującej w liczne informacje z różnych dziedzin nauki i argumentacje filozoficzne. Autor zakłada w niej podejście ewolucyjne do zjawiska religii, bazujące na trzech pojęciach – filarach ewolucjonizmu: replikacji, mutacji i rywalizacji. Odpowiednikiem przekazu genetycznego na gruncie kultury jest tzw. przekaz memetyczny, do którego wskazane pojęcia również się stosują (mem to termin wprowadzony przez Dawkinsa, oznaczający „element kultury, który można uznać za przekazywany niegenetycznymi drogami”). Rezultatem takiego podejścia jest to, że religię można analizować jako zjawisko społeczne bez potrzeby odwoływania się do natury ludzkiej. Jak pisze we wstępie do książki Barbara Stanosz, „podejście memetyczne uchyla argument, że odwieczność religii świadczy o tym, że zaspokajają one ważną i trwałą potrzebę człowieka”.

Książka grzeszy tym, czym grzeszą zwykle prace „z tezą”. Bardzo interesujące analizy (np. rozdział VIII Wiara w wiarę) są przeplatane dużymi partiami apologetyczno−polemicznymi; dociekania ocierające się o sprawy istotne zamazywane są fragmentami publicystycznymi (np. liczne przykłady tego, że mimo religii nie jesteśmy lepsi) itd. Muszę przyznać, że dla mnie najciekawsze okazały się przypisy i wspomniane dodatki, w których brak owego programowego, „perswazyjnego” stylu.

Marek Lechniak
Daniel C. Dennett, Odczarowanie. Religia jako zjawisko naturalne, tłum. i wstęp Barbara Stanosz, państwowy instytut wydawniczy, Warszawa 2008, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.

Zapiski Lutosławskiego

Są to rękopisy z archiwum Fundacji Paula Sachera w Bazylei, przygotowane do druku przez Zbigniewa Skowrona. Książka zbiera luźne zapiski z lat 1958−84, które przez autora nie były przeznaczone do publikacji.

Notatki Lutosławskiego zaświadczają o jego nieustannym poszukiwaniu własnej drogi. Pod koniec lat 50. ostro krytykował awangardę twierdząc, że poszła za daleko w totalnej serializacji wszystkich parametrów muzyki, co powoduje jej statyczność. Nie widział celu takich zabiegów poza ucieczką od tradycji. Ganił naśladowców Weberna. Nowość jako jedyną zaletę dzieła sztuki przyjmował z dezaprobatą. Widział niekonsekwencję w pomysłach Stockhausena, który chciał urozmaicić muzykę wprowadzając przestrzenność. Trzeba by w takim razie zserializować przestrzenność – ironizował Lutosławski.

Pisanie w dominującym idiomie uważał za kwietyzm. Podkreślał konieczność niezależności artysty od „życia zewnętrznego”. „Zaangażowanie się w ustawiczny dialog z opinią jest rodzajem niewoli” – dowodził. Z notatek przeziera czasem pesymizm: historia muzyki zmierza do braku muzyki, w tym garnku widać dno, Cage już się doskrobał do tego dna – takie myśli pojawiają się we wczesnych zapiskach.

Lutosławski deklarował sympatię do awangardy, ale ubolewał, że zasadniczym jej zadaniem jest polemika z zastanym stanem rzeczy. Bronił harmoniki jako ważnego elementu dzieła. Ona dopiero teraz nabiera znaczenia – odnotował – gdy opadają ograniczenia myślenia tonalnego. Pisał też o wieczności i niezniszczalności rytmiki.

Mimo wszystko jednak Lutosławski jawi się w tej książce jako rasowy modernista. Prawdziwie dobra muzyka rodzi się ze znudzenia wszystkim, co się słyszało – powiadał. Pisał, że twórczość w dziedzinie języka jest koniecznością, ale uważał, że wyrafinowane sposoby organizowania materiału muzycznego mają tylko wtedy sens, jeśli dają się percypować. Szukał elementów techniki, które się nie starzeją. Chciał być wynalazcą i klasykiem zarazem.

Przeżywał to, że w opinii niektórych może uchodzić za tradycjonalistę. Był awangardzistą osobnym, samoswoim. Albo też, jeśli awangardę rozumieć wąsko, ograniczając ją w latach 60. do serializmu, można powiedzieć, że wybrał trzecią drogę między awangardą i tradycjonalizmem. Był przeciw pryncypialności i ortodoksji awangardy, ale za wolnością tworzenia, nieskrępowaną zasadami choćby najnowszej proweniencji.

Tłem tych zapisków jest własna twórczość kompozytora. Poszukując własnego języka utyskiwał, że środki, którymi operuje, nie są jeszcze doskonałe. Podkreślał, że nie bierze udziału w dialogu, jest poza modami i poza bieżącym życiem muzycznym.

Nie znajdziemy w tej książce szczególnej głębi myśli. Na zbiór składają się codzienne zapiski, czynione pod wpływem chwili, nierozwinięte i nie zawsze do końca przemyślane. Nawet te fragmenty, które są notatkami do wystąpień czy artykułów, nie zawierają pobudzających rozważań. Uderza dość wąski krąg tematyczny, obracanie się wokół tych samych zagadnień, powtarzanie ulubionych „złotych myśli”. Lutosławski wypowiadał się przede wszystkim w muzyce i tu osiągnął mistrzostwo. To, co pisał, ma ograniczone znaczenie.

Grzegorz Filip
Witold Lutosławski, Zapiski, opr. Zbigniew Skowron, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2008.

Pogańskie chrześcijaństwo?

Kultura chrześcijańska sporo zawdzięcza poganom. Większość namacalnych manifestacji sacrum ma swoje źródło właśnie w religii opartej na kulcie Słońca. Zaadaptowanie tych rytuałów ma swoje częściowe uzasadnienie w tym, iż wzajemne przenikanie się wpływów było nieuniknione w okresie współegzystencji z poganami. Przy czym, z racji tego, że w omawianym przez Chuvina okresie chrześcijanie z prześladowanych stali się prześladowcami, to oni mogli korzystać z pozostawionej spuścizny. Nie tylko materialnej. Całkiem spora grupa intelektualistów chrześcijańskich odnalazła w poganach, jakbyśmy to dziś określili, swoisty think tank. Zaczęli sympatyzować z kulturą pogańską, pozostając przez pewien czas pod jej znaczącym wpływem. Dotyczyło to zresztą nie tylko elit, ale i niższych warstw, które upodobały sobie z kolei pogańskie rozrywki. Do tego dochodzili neofici, którzy przy przechodzeniu z pogaństwa niełatwo się rozstawali z hołdowaną przez całe życie tradycją. Było w tym wszystkim więcej pragmatyzmu i kalkulacji niż duchowych przesłanek, które w obydwu przypadkach i tak sprowadzały się do prośby o zapewnienie życia po śmierci.

Rekonstrukcja losów ostatnich pogan odtworzona jest tutaj niejako w dwójnasób. W pierwszej części, typowo kronikarskiej, autor pokazuje sekwencje zdarzeń, które wyznaczały kolejne etapy eliminowania ich z życia społecznego. W drugiej – kreśli ich portret własny: kim byli, jakie obrzędy praktykowali oraz które bóstwa otaczali kultem. Wychodzi też zwycięsko z dość karkołomnej, wydawałoby się, próby odtworzenia miejsc pobytu pogan na terenie cesarstwa. Jedyne, czego się nie podejmuje, z obiektywnych zresztą powodów, to określenie ich dokładnej liczby. Trudno jednak po lekturze nie odnieść wrażenia, że pogaństwo, będące już w V wieku właściwie tłem, stanowiło ze swoim zapleczem duchowym i intelektualnym solidną podwalinę, na której chrześcijaństwo mogło odnieść triumf. I to bynajmniej nie poprzez kontrę do tego. Teza może i kontrowersyjna, ale u Chuvina porządnie udokumentowana. Oczywiście, sensacji na miarę tych, które wyszły spod pióra Dana Browna, tutaj nie znajdziemy. Wszelkim infantylizmom, a tych, jak się okazuje, nie brak, profesor filologii klasycznej w Uniwersytecie im. Blaise’a Pascala w Clermont−Ferrand mówi stanowcze „nie”. Krytycznym okiem spogląda na dorobek innych autorów, badających ten okres dziejów i prowadząc z jednymi rzeczową polemikę, ironicznie obśmiewa „naciągane teorie” pozostałych.

W swojej książce, oprócz tytułowego grona bohaterów pokazuje też, siłą rzeczy, postawę tych z drugiej strony barykady. Ta rywalizacja napędzała całe miasta cesarstwa, a w gruncie rzeczy była jedynie walką o przetrwanie rytuałów. Nie była to przy tym aksamitna rewolucja. Począwszy od edyktu nomen omen tolerancyjnego, wydanego przez Konstantyna, aż po Teodozjuszowy zakaz kultu, a nawet jeszcze później „krzyż na sztandarach chrześcijańskich wielokrotnie walczył z Herkulesem na sztandarach pogańskich”. Burzono świątynie, wywracano posągi, niszczono ołtarze, palono książki o astrologii i przepowiedniach, apogeum zaś było pozbawienie pogan funkcji administracyjnych. Chuvin pozwala zrozumieć mechanizmy rządzące tymi procesami, konstatując po dogłębnej analizie, iż choć w zamyśle miały one doprowadzić do zaniku wierzeń pogańskich, to skończyły się, o ironio, praktykowaniem zwyczajów i wiary ludzi tak do pogan podobnych.

Mariusz Karwowski
Pierre Chuvin, Ostatni poganie. Zanik wierzeń pogańskich w cesarstwie rzymskim od panowania Konstantyna do Justyniana, tłum. Joanna Stankiewicz−Prądzyńska, spółdzielnia wydawnicza Czytelnik, Warszawa 2008, seria: Pejzaże Kultury.

Szatan nie śpi

Książka słynnego psychologa to próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego zwykli ludzie dopuszczają się czynów nikczemnych, z piekła rodem. Philip Zimbardo analizuje ludobójstwo w Rwandzie, masakrę w My Lai w Wietnamie, koszmar nazistowskich obozów koncentracyjnych, w końcu dręczenie więźniów w irackim Abu Ghraib. Ale Efekt Lucyfera to w znakomitej większości wnikliwe studium najgłośniejszego badania w historii nauk społecznych – stanfordzkiego eksperymentu więziennego.

W uniwersyteckich piwnicach wydziału psychologii urządzono latem 1971 roku więzienie. Grupę studentów ochotników, przebadanych uprzednio pod kątem zdrowia psychicznego, podzielono losowo na „więźniów” i „strażników”. Eksperyment miał trwać dwa tygodnie. Ale nie mógł. Bo to było piekło z okrutnymi, sadystycznymi strażnikami i sfrustrowanymi, zdemoralizowanymi więźniami. „To, co robisz tym chłopcom, to okropność!” – miała rzec do Zimbardo była studentka. Eksperyment musiał zostać przerwany już po sześciu dniach w obawie o zdrowie i życie jego uczestników. A ta polskiego pochodzenia studentka, obecnie profesor psychologii Uniwersytetu Kalifornijskiego Christina Maslach, została żoną Zimbardo i to jej zadedykował tę książkę.

Autor przedstawia mechanizmy sprzyjające niecnym czynom. Pisze o deindywidualizacji, uniformizacji sprawców, bo kiedy jest się anonimowym, odpowiedzialność się zmniejsza i łatwiej czynić zło. To dlatego wojownicy malują ciała albo noszą maski, a żołnierze mają identyczne mundury. Z drugiej strony mamy dehumanizację ofiar, poprzez nadanie im numerów, ubranie w takie same stroje – im mniej ludzcy, tym łatwiej ich krzywdzić. Zimbardo pisze też o dysonansie poznawczym, który racjonalizuje zło, o konformizmie i bezwzględnym posłuszeństwie wobec autorytetów, które badali Asch i Milgram. Bo najważniejszy jest wpływ sytuacji i systemu. To system, czyli kompleks czynników kształtujących kontekst sytuacyjny, jest nadrzędną siłą mogącą czynić zło z dobra. Zło nie wynika z ludzkich genów, charakteru ani z cech osobowości – mówi Zimbardo; nie przede wszystkim. Najistotniejsza jest siła wpływu sytuacji wynikającej z systemu. Takim systemem były nazistowskie Niemcy czy junty wojskowe w Ameryce Łacińskiej, takim systemem są więzienia w Iraku, Afganistanie i na Kubie, takim systemem było też eksperymentalne więzienie w Stanford. Zimbardo mówi, że tak jak „niosący światło” Lucyfer, ulubiony anioł Boga, upadł i stał się szatanem, tak dobrzy ludzie mogą stać się źli, jeśli się znajdą w szponach piekielnego systemu.

Ale dusza człowiecza nie jest jądrem ciemności. A samo dobro i zło nie są opozycyjne. To dwie strony tego samego medalu. Ludzka natura ma dwa oblicza: można być nikczemnikiem lub bohaterem. Zimbardo zamyka książkę koncepcją „banalności heroizmu”. Okazuje się, że ludzie, którzy dokonują heroicznych czynów, mają bardzo wiele wspólnego ze sprawcami zła. Jedni i drudzy są najczęściej zwykłymi, przeciętnymi ludźmi, a to, co czynią, nie wynika z patologii czy z dobroci, z ich psychiki bądź genomu. Jedni i drudzy dokonują swoich czynów w kontekście niezwykłych okoliczności, gdy siły sytuacyjne odgrywają dominującą rolę.

„Efekt Lucyfera” polega na przenikaniu się aniołów i demonów, dobra i zła, które trwa w każdym z nas. Cała sztuka zasadza się na tym, żeby „zło dobrem zwyciężać”.

Anna Jawor
Philip Zimbardo, Efekt Lucyfera. Dlaczego dobrzy ludzie czynią zło?, tłum. Anna Cybulko, Joanna Kowalczewska, Józef Radzicki, Marcin Zieliński, red. nauk. Maria Materska, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008, seria: Biblioteka Psychologii Współczesnej.

Pedagogika medialna

Postęp w dziedzinie nauczania akademickiego cechuje się tym, że nauczamy wciąż nowych rzeczy przy użyciu coraz to innych środków i narzędzi. Po okresie kredy i tablicy przeżyliśmy inwazję technik audiowizualnych, potem pojawiły się komputery, a obecnie w coraz szerszym zakresie mamy do czynienia z pedagogiką medialną. Niestety, wiedza na temat możliwości i ograniczeń tego nowego narzędzia jest niewystarczająca, dlatego z dużą satysfakcją powitać trzeba książkę Pedagogika medialna z podtytułem Podręcznik akademicki.

Utarł się pogląd, że podręcznik prezentuje głównie wiedzę cudzą, rejestruje, systematyzuje i przekazuje myśli „klasyków”, a rola autora sprowadza się do zebrania tych myśli i odpowiedniej ich systematyzacji. Przy takim rozumieniu książka typowym podręcznikiem nie jest, bowiem autorzy dokładali starań, by w przedstawianych przez siebie treściach zaprezentować jak najszerszy zasób własnych, oryginalnych myśli. Natomiast jeśli rolę podręcznika akademickiego wiązać z bogatym zasobem nowoczesnej wiedzy, dodatkowo wzbogaconym obszerną bibliografią oraz erudycyjnym ujęciem tematu – to oceniana książka z pewnością może być używana jako podręcznik.

Książka jest dziełem wielu autorów, ale wpływ redaktora naukowego jest w niej bardzo widoczny, w związku z czym uwagi, które pozwolę sobie sformułować, zdecydowanie należy kierować pod adresem prof. Siemienieckiego.

Zawarte w książce treści są bardzo obszerne i pokrywają z nawiązką zapowiedziany w tytule dzieła zakres problemowy. W tomie pierwszym zaczyna się od zdefiniowania pola działania, w obrębie którego lokowane będą dalsze treści. Opisy te jednak nie mają w żadnym wypadku charakteru didaskaliów – są to pełnokrwiste eseje naukowe, wypełniające następujące obszary tematyczne: Media i cywilizacja oraz Media w pedagogice. Sam prowadzę badania naukowe we wskazanych obszarach, dlatego z dużym uznaniem doceniam oryginalne i nowoczesne ujęcie tych zagadnień.

Wspomniane dwie części pierwszego tomu meblują scenę, na której wystąpić ma najważniejszy aktor: opisany w części trzeciej Zarys kognitywistyczno−konstruktywistycznej teorii pedagogiki medialnej – autorskie dzieło Bronisława Siemienieckiego. Jestem pełen uznania dla oryginalności tej części książki, a jednocześnie doceniam jej rolę inspirującą w kreowaniu nowych podejść i nowych ujęć poruszanych problemów.

W drugim tomie wyróżniono trzy części opisujące uwarunkowania, w których można realizować postulowane w książce elementy kognitywistyczno−konstruktywistycznej teorii pedagogiki medialnej. Część pierwsza pokazuje uwarunkowania technologiczne. Jest oczywiste, że mówiąc o pedagogice medialnej nieuchronnie musimy sięgnąć do zagadnień związanych z technologią, dlatego ta część książki jest czymś w rodzaju instrumentarium, bez którego obyć się nie da, którego jednak nie należy fetyszyzować. Część druga opisuje metodykę kształcenia edukacji medialnej i technologii informacyjnej. Trzecia część mówi o nauczycielu edukacji medialnej i technologii informacyjnej – o jego kwalifikacjach, funkcjach, o sposobie kształcenia i doskonalenia zawodowego, o metodyce korzystania z technologii w nauczaniu nauczycieli właśnie technologii.

Gorąco polecam jej lekturę wszystkim, których interesuje styk świata elektronicznych i informatycznych mediów oraz niezwykle delikatnej materii kształcenia i nauczania.

Ryszard Tadeusiewicz
Pedagogika medialna. Podręcznik akademicki. T. 1−2, pod red. Bronisława Siemienieckiego, wydawnictwo naukowe pwn, Warszawa 2008.

Kraj zalany betonem

Japonia – Kraj Kwitnącej Wiśni, znany z rytuału parzenia herbaty i tradycji rycerskich. Kolebka sztuk rządzących się ścisłymi zasadami – origami, ikebana, bonsai. Jeden z najbogatszych krajów świata. Wytwory japońskiej elektroniki są najczęściej kupowanymi produktami tego typu na świecie. Kraj przodujący w rozwoju technicznym. Piękna, tajemnicza, orientalna. Taka wizja Japonii jawi się w ogólnej świadomości. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.

Alex Kerr przedstawia Japonię, która w niczym nie przypomina jej stereotypowego obrazu. To miejsce, gdzie już dawno zapomniano o tradycjach, a pozostałości wspaniałej przeszłości są systematycznie niszczone. Kultura japońska z jej umiłowaniem przyrody powoli podupada, a wysublimowana sztuka ustępuje miejsca nowinkom technicznym. Znane z tradycyjnych drzeworytów i rycin obrazy gór i wybrzeży wysp japońskich, piękne gaje wiśniowe i porosłe bambusem stoki pozostają tylko wspomnieniem. Również tradycje szlachetnych samurajów odeszły do przeszłości.

Dzisiejsza Japonia jest krajem, w którym bezmyślnie niszczy się środowisko naturalne, a rozwój technologii wynika nie z potrzeby ułatwienia życia, a ze strachu przed wszystkim, co naturalne. Jako jeden z najbardziej rozwiniętych krajów świata Japonia produkuje rocznie tysiące ton toksycznych odpadów, a mimo to nie ma żadnych norm ich składowania czy emisji szkodliwych gazów. W większości zbiorników wodnych Japonii ilość składników trujących wielokrotnie przekracza dopuszczalne na Zachodzie normy, mimo to rząd nadal nie wprowadza regulacji prawnych dotyczących ochrony środowiska. Wybrzeża wysp japońskich pokrywane są betonowymi tetrapodami, mającymi chronić je przed erozją, a w rzeczywistości powodującymi jeszcze szybsze niszczenie dna morskiego. Górskie wsie są zamieniane w wysypiska śmieci, a najmniejsze nawet strumyki ujmowane w betonowe rynny. Na rzekach buduje się coraz to nowe tamy i zapory, a zbocza górskie zabezpiecza się przed osuwaniem wylewając na nie tony betonu. Na wyspach japońskich pokutuje bowiem przekonanie, że są one częścią świata najbardziej narażoną na klęski naturalne, takie jak: lawiny błota czy kamieni, powodzie, susze i trzęsienia ziemi. Tymczasem ze statystyk wynika, że w południowej części Włoch dużo częściej zdarzają się trzęsienia ziemi na skalę podobną do tych występujących u wybrzeży archipelagu wysp japońskich, a powodzie dużo częściej występują choćby w Chinach. Żaden z tych krajów nie uznał jednak za słuszne rujnować środowisko naturalne w sposób, w jaki czyni się to w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wszystkie bowiem japońskie zabezpieczenia przed żywiołami są „na wszelki wypadek”, przy czym wypadki te zdarzają się raz na 150 lat.

Książka Kerra przedstawia nam Japonię, jakiej nie znamy i nie chcemy poznać, woląc piękne o niej wyobrażenia. Nie chcemy bowiem wiedzieć o korupcji urzędników, świadomym niszczeniu krajobrazu, zamieraniu kultury, zabijaniu przedstawicieli wymierających gatunków ssaków morskich i rekinów. Jednak praca Kerra przybliża nam prawdę o kraju, w którym drzewa będące jego symbolem są wycinane, bo ich opadające płatki i liście zaśmiecają betonowe chodniki, a świat coraz bardziej zaczyna przypominać upiorne wizje rodem z najbardziej futurystycznej mangi.

Anna Matraszek
Alex Kerr, Psy i demony. Ciemne strony Japonii, tłum. Tadeusz Stanek, Towarzystwo Autorów i Wydawców Prac Naukowych UNIVERSITAS, Kraków 2008.
Listopad 2008

Dialog dwóch mocarzy

Wymiana myśli dwóch wybitnych intelektualistów XX wieku trwała 48 lat. Olbrzymia objętość materiału zmusiła wydawcę do podzielenia korespondencji na trzy tomy. Pierwszy z nich obejmuje lata 1952−63. Otrzymujemy integralną pozycję, nie zaś wybór listów, gdyż taka była wola obu pisarzy.

Znamienny jest fragment pierwszego listu Miłosza do Giedroycia z marca 1952 roku. Pisał o wdzięczności za pomoc, z jaką „książę” przyszedł mu w „tak trudnym okresie życia” oraz za to, że dzięki Giedroyciowi napisał książkę. Jednocześnie bezceremonialnie wytknął swemu adresatowi, że zamyka w sobie wielkie pokłady zranionej dumy oraz serdeczności i wyznał, że przykro mu, iż nie udało mu się zbliżyć do niego. „(...) nieraz odczuwałem wielki żal, że nie mogłem Pana „skóry” przebić i stać się Pana osobistym przyjacielem. Jeżeli przebijałem tę skórę, to tylko po to chyba, aby Pana ranić” – wyznawał Miłosz.

To zdanie stanowi klucz do rozważań na temat kontaktów obu pisarzy. Łączyła ich pasja, ba! miłość i krańcowe uwielbienie literatury i słowa. Dzieliły charaktery, poglądy polityczne i temperament. W ich relacjach można się było doszukać zaufania i przyjaźni, ale starcia i różnice nie były rzadkie. Miłosz otwarcie pisał, że „rozmaite działania Giedroycia nie budziły jego entuzjazmu”. Miał do niego ambiwalentny stosunek – podziw graniczący z uwielbieniem ustępował czasem miejsca irytacji. Z kolei Giedroyc opisywał swe stosunki z autorem Zniewolonego umysłu jako zdystansowane. Zaznaczał, że obok kłótni i nieporozumień było miejsce na sympatię i zaufanie.

Aby zrozumieć relacje obu pisarzy oraz ich podejście do literatury, zaangażowania społecznego i politycznego, trzeba znać kontekst epoki i zakotwiczenie obu intelektualistów w powojennej sytuacji Polski oraz Europy. W przypomnieniu ważnych kwestii pomaga rzetelny wstęp Marka Kornata. Dowiadujemy się, że dla późniejszego laureata Nagrody Nobla emigracja była podobno dramatycznym wyborem, a oddalenie od rodziny, która w tym czasie przebywała w USA, potęgowało dyskomfort. Decyzja pozostania na Zachodzie skazała go na izolację – pisze Kornat. Zerwał z Polską Ludową, ale na emigracji nie było dla niego miejsca. Krytycznie odbierał stosunek paryskiej emigracji do spuścizny II Rzeczypospolitej, zupełnie odcinał się od emigracji londyńskiej.

Miłosz już wtedy był postacią kontrowersyjną i zapraszając go do współpracy Giedroyc musiał mieć przemyślaną strategię. Drukował artykuły, które ściągały gromy na głowę autora. Miłosz tłumaczył się ze swego zaangażowania w politykę po zakończeniu II wojny i bynajmniej nie odcinał się od swych poglądów. Zaczął tylko poszukiwać nowych dróg. Od początku współpracy z Miłoszem redaktor „Kultury” wiązał z jego pracą twórczą duże nadzieje. Sądził, że rozrachunek pisarza z fenomenem „nowej wiary może wpłynąć na świadomość inteligencji polskiej w kraju, i na przewartościowania postaw intelektualistów zachodnich” – pisze Marek Kornat.

Korespondencja Miłosza z Giedroyciem ma wszelkie atuty tego typu publikacji. Jest znakomitym portretem (oraz autoportretem) obu twórców. Pokazuje jakże barwne i skomplikowane relacje międzyludzkie, wreszcie kreśli panoramę epoki. Mamy możliwość wniknięcia w arkana bolesnych nieraz detali ówczesnej rzeczywistości. Nie wolno wreszcie pominąć całego ładunku intelektualnego Listów, które niejednokrotnie przybierają wręcz eseistyczną formę. To naprawdę wyjątkowa lektura.

Beata Maj
Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Listy 1952−1963, oprac. i wstęp Marek Kornat, spółdzielnia wydawnicza „czytelnik”, Warszawa 2008, seria: Archiwum KULTURY.

Uzdrowić samego siebie

Gdybym z książki Anne Harrington miał wybrać jedno zdanie, najlepiej oddające jej przesłanie, brzmiałoby ono: „Nie ma nieuleczalnych chorób, są tylko nieuleczalni pacjenci”. Z niewielką pomocą przyjaciół, pod wpływem sugestii albo pozytywnego myślenia, zrzuciwszy psychoanalitycznie ciężkie jarzmo dzieciństwa bądź też oddając się medytacji, można pokonać każdą dolegliwość. Tak jak kobieta chora na nowotwór, która wbrew wszystkim odrzuca pesymistyczne diagnozy i zaczyna zarażać otoczenie swoją radością i determinacją, co przyczynia się do jej wyzdrowienia.

Medycyna umysłu−ciała, zwana kiedyś psychosomatyczną, behawioralną, a później holistyczną, wymyka się jednoznacznym ocenom. Jest to swoista mieszanka niezależnych od siebie technik radzenia sobie z przypadłościami ludzkiego organizmu. Organizmu pojmowanego nie redukcjonistycznie, ale jako system naczyń połączonych, w którym umysł aktywnie włącza się w naprawę chorego narządu.

Tym bardziej znaczący wydaje się fakt, że zacytowaną na początku frazę wypowiedział ceniony chirurg Bernie Siegel. Oczywiście, można rzec, że kala własne gniazdo. Ale trzeba też zatwardziałym zwolennikom medycyny konwencjonalnej przypomnieć choćby objawienia z Lourdes, na które nauka do dziś nie potrafi znaleźć uzasadnienia. Bezradnie rozkładającym ręce lekarzom z pomocą przychodzi właśnie medycyna spod znaku „help yourself”. Istotne jest jedynie pozbycie się mentalnych okowów. Uczynił tak inny lekarz, który dał pacjentowi zastrzyk… wody destylowanej wmawiając, że to mocniejsza dawka leku z końskiej surowicy. U chorego na nowotwór guzy zaczęły znikać w okamgnieniu. „Nieważne, jak bardzo ktoś jest chory, zawsze trzeba mieć nadzieję, ponieważ ona sama w sobie może leczyć. Jeśli znajdziemy siłę we własnym umyśle, siła takiej wiary może nas uzdrowić” – rozszyfrowuje tytuł swojej książki Anne Harrington.

Człowiek niejako sam jest dla siebie lekarzem, a podróż do swojego wnętrza należy traktować jako narzędzie do „reperowania zużytego silnika”. To zużycie następuje dziś o wiele szybciej niż kiedyś, choć i wtedy stres nie był przecież ludziom obcy. Tyle że teraz odczuwamy permanentne zagrożenie: w ulicznym korku, w kolejce w supermarkecie, w pracy… Co więcej, stres dodatkowo osłabia naszą odporność na „zwykłe” choroby. Lekarstwem może się okazać np. przyjaźń. Przekonali się o tym mieszkańcy Roseto w środkowej Pensylwanii, gdzie praktycznie nikt nie chorował na serce. Drakońska dieta? Zakaz palenia? Skądże znowu, to utrzymywanie trwałych, mocnych więzi ze współmieszkańcami, wzajemna pomoc i wsparcie dały piorunujące efekty.

Autorka, historyk medycyny, nie prowadzi beznamiętnej, pełnej detali narracji, jakże właściwej niektórym przedstawicielom swojego zawodu. Bez kaznodziejskiego zadęcia uwodzi czytelnika zgrabną konstrukcją opowieści, a nakreślone sekwencje zdarzeń w rozwoju medycyny umysłu−ciała prowadzą od początkowego niedowierzania, pogardy, nawet prób ośmieszania, jakie podejmowali zagorzali przeciwnicy, aż po dzisiejszą akceptację, przejawiającą się choćby we wzrastającym zainteresowaniu technikami relaksacyjnymi z Dalekiego Wschodu czy gęstniejącą siecią gabinetów psychoanalitycznych. Nie oznacza to jeszcze, że zwolennicy tej medycyny mogą już ogłaszać jej triumf. Ale moment taki zdaje się nieuchronnie nadchodzić, gdyż na wyzwania współczesnej cywilizacji, pełnej lęków, stresu i frustracji, zwykłe lekarstwa, jak się okazuje, to za mało.

Mariusz Karwowski
Anne Harrington, Wewnętrzna siła. Umysł, ciało i medycyna, tłum. Anna E. Eichler i Piotr J. Szwajcer, Wydawnictwo CiS, Warszawa 2008.

Co się zmienia, co zostaje?

Polecam lekturę tej książki każdemu, kto zastanawia się nad przyśpieszeniem tempa zmian w świecie. Większości obserwatorów tych zmian towarzyszy niepokój, niemałej liczbie nostalgia związana z przekonaniem, że wiele z tego, do czego byliśmy przywiązani, ginie bezpowrotnie, a niektórym lęk, że do świata dojmująco odmienionego nie zdołamy albo nie zdążymy przywyknąć. Wszyscy znajdą – niełatwą – konsolację.

Prof. Anna Czekanowska dała swojej książce tytuł dobrze oddający zakres przedstawionych w niej badań i, przede wszystkim, zainteresowań, w podtytule zaś wymieniła te sfery kultury, które są jej naukową specjalnością.

W powierzchownych i stereotypowych mniemaniach utrwala się opozycja między tradycją przechowywaną w pamięci, zainteresowaniach, upodobaniach, obyczajach, stylu życia warstw oświeconych (w Polsce jest to inteligencja) i raczej mniej mobilnych a podatnością na rozmaitego rodzaju mody związane i utożsamiane z awansem społecznym oraz migracjami. Autorka rewiduje szereg tych przeświadczeń, analizując zjawiska spotykania się kultur tradycyjnych ze współczesnymi zjawiskami kulturowymi na wszystkich kontynentach. Już we Wprowadzeniu znajdujemy zastanawiającą konstatację: „Wielonarodowe społeczności wielkich metropolii, manipulowane przez różne układy polityczne i gospodarcze, domagają się także praktyk utrwalających tożsamość ich mieszkańców i pogłębiających potrzebę kontaktu z tradycją. W środowiskach zdominowanych przez manipulacje potrzeba stabilizacji współistnieje często z odgórnie narzucanym programem unifikacyjnym.”

Prof. Czekanowska sytuuje swoje badania i ich wyniki na tle ogólnych „wielkich” przemian cywilizacyjnych, jakie przeżywa ludzkość w specyficznych dla rozmaitych części świata przejawach. Mieszkańców Europy porusza wciąż jeszcze, choć integracja postąpiła daleko, los państw narodowych, wedle jednych badaczy ostatecznie przesądzony, zdaniem innych ewoluujący pozytywnie ku uwyraźnieniu własnego dorobku kultury w ofercie dla wspólnoty.

Autorka wnikliwie analizuje wszelkie uwarunkowania czy to programowego, czy spontanicznego kompromisu między tradycją i współczesnością, a zawsze jest to analiza oparta na bardzo bogatym materiale, na ogół mało dostępnym czytelnikowi niespecjaliście. Np. rozważania muzykologiczne, z pozoru odległe od owego ogólniejszego kulturowo−cywilizacyjnego kontekstu, okazują się źródłem przekonywających argumentów na rzecz twierdzenia o trwałości sedna tradycji muzyki afrykańskiej, mimo jej powszechnie znanych współczesnych transformacji. Szczególną wartością książki wydaje mi się harmonia między opisem szczegółu, obfitością przedstawionych materiałów etnograficznych, a konstatacjami ogólnymi, które niekiedy mają walor zgoła instrukcji dla odpowiedzialnych za los kultur narodowych.

Swoją książkę Anna Czekanowska przeznacza studentom Collegium Civitas, gdzie wykłada. Myślę, że to lektura bardzo potrzebna także młodym ludziom, którzy żyją w innym świecie niż pokolenie pani profesor, w świecie pomniejszonych odległości, coraz szybszej informacji, ale mogą jeszcze dziedziczyć obawy przed zagrożeniami tego, co własne, oryginalne, przez to, co pomieszane bezmyślnie i bezdusznie. Kultury tradycyjne mają zapisane w sobie zdolności trwania i asymilacji. Trzeba się uczyć odczytywania tych kodów.

Magdalena Bajer
Anna Czekanowska, Kultury tradycyjne wobec współczesności. Muzyka, poezja, taniec, WYDAWNICTWO TRIO, COLLEGIUM CIVITAS, Warszawa 2008.

Erozja demokracji

To książka o demokracji, jej historii, a także zawirowaniach, które ukształtowały współczesne oblicze tego najbardziej chwalonego z ustrojów.

Rozpoczynając od opartej na dialogach Platońskich analizy ustroju, autor omawia najbardziej newralgiczne punkty rozważań nad demokracją, obnaża kolejne jej słabości. Wśród nich znajduje się sprzyjanie niebezpiecznym procesom: upadkowi naturalnych hierarchii opartych na starszeństwie i wiedzy, rozkładowi rodziny i instytucji wychowawczych, powszechnej infantylizacji życia. Odkrywamy Platona przestrzegającego przed pozorami ludowładztwa, za którym kryją się polityczne elity schlebiające tłumowi i wzbudzające wśród niekompetentnych przekonanie o własnej kompetencji.

Szczególnie zainteresowała mnie kwestia tytułowa. Co spośród wielu czynników w największym stopniu jest w stanie uczynić ustrój niemoralnym? Wszystkiemu, jak się okazuje, winna jest wolność.

Stawrowski wyjaśnia, dlaczego potoczne użycie słowa „demokracja” jest dziś tak często mylące. Skrót myślowy „demokracja”, jakim posługujemy się na określenie współczesnych form państwowych, oznacza, zdaniem autora, „nowoczesne liberalne państwo prawa o demokratycznym ustroju politycznym”. Poszukując aksjologicznych podstaw takiego państwa nie ma się do czynienia z rzeczywistością jednorodną, lecz ze złożeniem co najmniej dwóch wymiarów: liberalnych instytucji państwa prawa oraz demokratycznych instytucji politycznych, z których każdy kieruje się odmienną „logiką” i ma inny fundament aksjologiczny. Wymiary te przenikają się i wpływają na siebie, stąd napięcia w nowoczesnych państwach demokratycznych.

Określenia „moralny” i „etyczny” wywodzi autor z Heglowskich Zasad filozofii prawa. Tam „etyczność” historycznie wiązała się ze wspólnotowym wymiarem ludzkiego istnienia, oznaczając podstawowy sposób rozumienia dobra i zła, a „moralność”, pojawiając się w dziejach dość późno, opisywała stan uczynienia się przez jednostkę absolutnym punktem odniesienia w kwestiach aksjologii. W perspektywie to nie wspólnota i jej wartości staną się dla jednostki absolutnym kryterium dobra i zła, lecz sama jednostka, jej rozumny osąd ustanowi ostateczną miarę oceny własnej wspólnoty z jej zwyczajami, celami, systemem wartości. O ile sam proces zdobycia autonomii moralnej przez jednostkę jest zjawiskiem korzystnym, rozwijającym daną osobę, o tyle potraktowanie własnej autonomii jako aksjologicznego fundamentu, przy skłonności ludzkiej ku złu – na co dobitnie zwracał uwagę Hobbes – może zakłócić funkcjonowanie demokracji. Rywalizujące ze sobą, egocentryczne, autonomiczne moralnie jednostki nadmiernie eksponują prawo do wolności i w jego imię dokonują powolnej erozji systemu. Przykładami współczesnych patologii w łonie systemu są prawnicze majstersztyki uzasadnień praw do aborcji, eutanazji, kary śmierci, przyznawania parom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci. Rewolucyjny charakter ustawodawstwa współczesnych państw demokratycznych polega także na coraz większej ochronie prawnej agresora i wyciszaniu głosu ofiary.

W trakcie lektury rodzi się pytanie, czy można upatrywać ostatecznej racji swego istnienia wyłącznie w sobie? To dobre wprowadzenie do refleksji nad otwarciem się na Kogoś Innego.

Bogdan Bernat
Zbigniew Stawrowski, Niemoralna demokracja, ośrodek myśli politycznej, wyższa szkoła europejska im. Ks. J. Tischnera, Kraków 2008, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.

Odpowiedzialność

Prezentowany zbiór tekstów skoncentrowany jest na tematyce rozwijania odpowiedzialności społecznej młodzieży w ramach studiów ekonomicznych i zarządzania. Autorzy referatów – profesorowie wielu polskich uczelni – próbują odpowiedzieć na pytanie, jakie zmiany należy wprowadzić w naszym systemie edukacji wyższej, by przyczyniał się on do wpajania zasad etyki i tworzenia przyszłych elit społeczeństwa obywatelskiego. Jednak zamiast konkretnych projektów i rozwiązań serwuje się tu banał.

Czytelnik musi się zadowolić odpowiedzią, że proces kształcenia powinien w większym stopniu rozwijać umiejętności samodzielnego myślenia i dokonywania wyborów. Dostrzega się potrzebę większej humanizacji studentów, rezygnację z wąskich specjalności i większą interdyscyplinarność. Pada nawet twierdzenie, że nie może być dobrym ekonomistą ten, kto nie rozumie problemów środowiska człowieka. Niezwykle ważnym elementem wychowawczym i dydaktycznym jest dla wielu autorów włączenie studentów do realizacji przedsięwzięć pozaprogramowych, takich jak udział w pracach kół naukowych, organizacji studenckich, samorządu, zachęcanie do odbywania praktyk oraz udziału w wymianie międzynarodowej. Niestety, znaczna część studentów, zwłaszcza w szkołach niepublicznych, studiuje w trybie niestacjonarnym. Są oni obecni w uczelni jedynie w weekendy i poświęcają swój cały czas na udział w zajęciach dydaktycznych, zatem pomysł zaktywizowania młodzieży w znacznej mierze pozostaje obiecujący, ale w teorii.

Mało odkrywcze jest również wskazanie, że uczelnie powinny bacznie obserwować zmiany zachodzące na rynku i kształcić kadry oraz prowadzić badania w kierunkach oczekiwanych i pożądanych z punktu widzenia rozwoju gospodarki krajowej.

Swoistym refrenem książki jest po wielekroć powtarzane spostrzeżenie, iż pojęcie „odpowiedzialności społecznej” wyrażane potocznie może być terminem nieścisłym. Często bowiem używa się tego określenia w odniesieniu do podmiotów gospodarczych działających dla zysku, ale w przypadku uczelni, jako instytucji mających charakter także „misyjny”, brak jednoznacznych standardów w tym zakresie. Wobec tak rażącej nieścisłości konieczne staje się – zdaniem wielu autorów – podjęcie (teoretycznej!) próby stworzenia zestawu działań określanych mianem odpowiedzialności społecznej w odniesieniu do uczelni.

Najciekawszym fragmentem książki jest przekonująca charakterystyka tzw. generacji sieci. Pokolenie internetowe to, zdaniem Marka Madeja z Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości w Gliwicach, pokolenie indywidualistów demonstrujących swoją autonomię. Jest emocjonalnie i intelektualnie otwarte na innych. Stale poszukuje nowych rozwiązań i w pełni akceptuje siebie. Przyzwyczajone do surfowania w sieci, oczekuje relacji natychmiastowych i bezpośrednich. Przegląda niezliczone ilości stron internetowych, wchodzi na blogi i czyta, stale sprawdzając wiarygodność drugiej strony. Generacja sieci pełna jest wysoce elastycznych młodych odbiorców, którzy żyją w zindywidualizowanym świecie konsumpcji. Najwyższą wartością są dla nich opcje. Nie można nazwać ich widzami, czytelnikami czy słuchaczami, tylko użytkownikami. Zdaniem Marka Madeja, kończy się czas wielkich autorytetów, które były wzorem postaw dla dotychczasowych generacji. Zaczyna się czas wiarygodności i ciągle zmieniającego się wzorca.

Małgorzata Pawełczyk
Studia ekonomiczne – czy tylko wiedza i umiejętności?, pod red. Jerzego Dietla i Zofii Sapijaszki, fundacja edukacyjna przedsiębiorczości, Łódź 2008.

Opowieść o piłsudczykach

Andrzej Garlicki skupił się w tej książce na środowisku otaczającym Marszałka. Analiza faktów posłużyła do prześledzenia mechanizmów, które określają politykę obozu piłsudczyków, zdobywanie przez nich wpływów, a następnie ich utratę. Garlicki nie wybiela postaci, wykazuje brutalność metod w sprawowaniu i utrzymaniu władzy przez ugrupowanie sanacyjne.

Historyk w swym krytycyzmie jest nieprzejednany. Choć nie generalizuje, to z narracji, zbudowanej z doniesień prasowych, dzienników, diariuszów, rozmaitych dokumentów, a także odwołań do opracowań badawczych, wysnuwa się przykry i negatywny obraz rządzących Polską po przewrocie majowym 1926 r. W tamtym krwawym wydarzeniu o posmaku błyskawicznej wojny domowej Garlicki upatruje bezpośrednią przyczynę procesów politycznych, które ukształtowały Polskę lat 30. ubiegłego stulecia.

Autor nie ma wątpliwości, że za wszystkimi rzeczywiście istotnymi wydarzeniami politycznymi tamtego czasu stał Józef Piłsudski. Można odnieść wrażenie, że polityk w II RP powołując się na Marszałka lub mając jego poparcie, mógł zrobić nieomal wszystko. Książkę Garlickiego można czytać jako studium polskiego wariantu kultu jednostki. Historyk swój wywód prowadzi w celu odczarowania „mitu Marszałka” i ujawnienia jego zgubnego wpływu na państwo i jego obywateli, który doprowadził do klęski wrześniowej 1939 r. Czy to nie jest zbyt jednostronne?

W rekonstrukcji życia politycznego Polski międzywojennej Garlicki dowodzi, jak dużą rolę w grze o władzę odgrywały relacje interpersonalne. Można powiedzieć, że jeśli w kierowaniu życiem zbiorowym bez przeszkód dochodzi do głosu sympatia lub antypatia rządzących do konkretnych osób, musi to doprowadzić do patologii społecznej i ruiny struktur państwowych, a jednocześnie krzywd i tragedii w wymiarze jednostkowym, obywatelskim czy narodowym.

Kulminacją opowieści Garlickiego nie jest ani śmierć Piłsudskiego, ani data wybuchu II wojny światowej, lecz samobójstwo trzykrotnego premiera RP Walerego Sławka, popełnione 2 kwietnia roku 1939. Ono było „symbolem rozpadu obozu pomajowego”.

Wywód Garlickiego ma formę opowieści. Historia, mimo że nie jest w ścisłym znaczeniu literaturą (ponieważ z zasady porzuca fikcyjność), powinna być opowiadana. Nie chodzi tu tylko o tzw. atrakcyjność czytelniczą, lecz o to, że opowiadanie dziejów niepretensjonalnie unaocznia, że nawet najbardziej „sucho” piszący historyk tak naprawdę snuje własną wersję wydarzeń (takie pisarstwo historyczne uprawia np. Janusz Tazbir). Fakty mają swój początek i do czegoś prowadzą, występują w jakimś porządku, wzajemnie się oświetlają, pasują do siebie albo wykluczają (co nie jest dowodem ich nieprawdziwości).

Podczas lektury powstawało wrażenie, że książka jest nie tylko obrazem minionej i zamkniętej epoki, ale także komentarzem do najnowszych dziejów naszego kraju. Wyczytać można z tej narracji (mimo wszystko faktografii) diagnozy i pomysły, które nie utraciły walorów nowości i postulatu (np. kwestia niepartyjnego systemu politycznego). Dowiadujemy się, że charyzma nawet najbardziej zasłużonej osobistości nie powinna być podstawą do racjonalnego rządzenia krajem i podejmowania kluczowych dla państwa i obywateli decyzji.

Zbigniew Chojnowski
Andrzej Garlicki, Piękne lata trzydzieste, wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2008.
Październik 2008

Porządkowanie chaosu pojęciowego

Jednym z najbardziej nadużywanych pojęć w mówieniu o polityce jest racja stanu. Każda kolejna ekipa rządząca powołuje się na nią deklarując całkiem inne tezy programowe. Czytelnik czy słuchacz może odnieść wrażenie, iż jest to słowo „wytrych” zafałszowujące rzeczywiste cele danego obozu politycznego. Książka Arkadego Rzegockiego ma na celu uporządkowanie tego chaosu pojęciowego. Generalna jej teza jest taka, że istnieją dwie podstawowe, całkiem przeciwne sobie, zakorzenione w kulturze zachodnioeuropejskiej tradycje myślenia o racji stanu – klasyczna i nowożytna, które mają wpływ na polskie myślenie o polityce.

Książka składa się z trzech części. W pierwszej autor przybliża pojęcie racji stanu (racja stanu – racja istnienia państwa), jego historię (jest to pojęcie o proweniencji nowożytnej, rozpropagował je pod koniec XVI wieku Giovanni Botero, doradca Karola Boromeusza) oraz pojęcia z nim związane. Wśród tych ostatnich można wskazać: ochronę fundamentalnych interesów państwa, realizm polityczny, okoliczności, które powinny być brane pod uwagę przy rządzeniu czy nadużycia pojęcia racji stanu. Jednak każde z tych pojęć może być inaczej rozumiane – powodem jest przyjęcie tej czy innej koncepcji racji państwa.

Drugi, centralny rozdział książki zawiera obszerne omówienie obu tradycji rozumienia racji stanu. Wypływają one z dwóch odmiennych podejść do rozumienia państwa i polityki. Tradycja klasyczna zakorzeniona jest w klasycznej koncepcji filozofii (sięgającej Platona, Arystotelesa czy św. Tomasza z Akwinu), wedle której istnieje pewien, zakorzeniony w wynikającym z natury bytu prawie naturalnym, ład normatywny, z którego wynikają normy dotyczące państwa, jego władców i poddanych. Korzenie nowożytnej koncepcji racji stanu tkwią w nowożytnym indywidualizmie i odrzuceniu średniowiecznej metafizyki z całym dobrodziejstwem jej inwentarza. Najbardziej znaczącym jej wyrazicielem jest N. Machiavelli (wyodrębnił rozważania dotyczące mechanizmów politycznych, stworzył nowy język odnoszący się do sfery rządzenia państwem, w końcu oderwał sferę polityki od etyki). Podstawowym celem polityka (władcy) stało się nie sprawiedliwe rządzenie powierzonymi mu poddanymi, kierujące się dobrem wspólnym, a zdobycie i utrzymanie władzy oraz najskuteczniejsze zrealizowanie jego interesów. Klasyczna sprawiedliwość i racjonalność zostały zastąpione wolą władcy, a „racjonalność rozumiana była zgodnie z logiką siły i władzy”. Nowożytna koncepcja stała się podstawą monarchii absolutnej (centralizacji i wzmocnienia siły państwa) oraz państwa narodowego.

Trzeci rozdział prezentuje zapoczątkowaną w XV wieku polską myśl polityczną. Rzegocki podkreśla dominację klasycznej koncepcji w pisarstwie polskich autorów, ale i w polskiej tradycji politycznej. Zwolennicy Machiavellego w Polsce prawie przez całe dzieje otaczani byli nieufnością czy wręcz odrzucani, a elementy pragmatyczne w myśleniu o polityce dochodziły do głosu dopiero w myśli XIX czy początkach XX w.

Racja stanu jest książką interesującą, dobrze napisaną, porządkującą nasze myślenie o polityce i państwie. Usterkami jej są nader często występujące przesunięcia kategorialne (np. „klasyczna racja stanu” zamiast „klasyczne rozumienie racji stanu”) czy używanie terminu „realizm polityczny” w znaczeniu „pragmatyzm”. Poza tym książka jest nieco rozwlekła (szczególnie w części trzeciej mamy całe strony cytatów, które autor czasem mógłby bardzo krótko streścić).

Marek Lechniak
Arkady Rzegocki, Racja stanu a polska tradycja myślenia o polityce, ośrodek myśli politycznej, Kraków 2008, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.

Nieco mniej sztywny kołnierzyk

Encyklopedie tematyczne to książki nie tylko bardzo przydatne w praktyce. To także pole do popisu dla wydawców, którzy prześcigają się w pomysłach na różnorodność form podania informacji. Efektem bywa leksykon, do którego zaglądamy w poszukiwaniu określonych haseł, ale także książka do przeglądania, podczytywania, błądzenia. W przypadku tej pozycji tak właśnie jest: dużo grafiki i fotografii, ramek i apli z wyróżnionym tekstem. Od razu rzucają się w oczy zamieszczone pomiędzy hasłami wypisy z manifestów literackich. Czego tu nie ma: Świat nie przedstawiony Zagajewskiego i Kornhausera czy Młoda Polska Artura Górskiego; fragmenty publikowanego w „Sztuce i Narodzie” w 1942 roku eseju Andrzeja Trzebińskiego, w którym planował zadania poezji po wojnie czy Manifest w sprawie poezji futurystycznej Brunona Jasieńskiego, piewcy „ruhu, motłohu i kanalizacji”. Jest regulamin i cennik Pikadora, w którym autorzy piszą, że każdy gość kawiarni „obowiązany jest spoglądać na poetów z odpowiednim szacunkiem” i wznoszą jakże aktualne dziś hasła: „Precz z Teatrem Rozmaitości! Precz z Tow. Zachęty Sztuk Pięknych! Precz z filharmonią!” Wszystko to pokazuje literaturę polską w nieco mniej sztywnym kołnierzyku.

Prócz haseł zwyczajnych, małych, jak Pilch Jerzy lub Stasiuk Andrzej, są także hasła duże, rozbudowane, jak Norwid Cyprian Kamil. Szerzej wtedy omówiona zostaje biografia i twórczość, pojawiają się fragmenty utworów, więcej reprodukcji... W ramce znajdzie się czasem literackie kuriozum, jak wiersz Andrzeja Mandaliana o czujności w obliczu wroga klasowego albo artykuł Tadeusza Borowskiego, udzielającego rad, jak ma się zachować pisarz w terenie.

W zwykłej encyklopedii przy haśle Stachura Edward, nie przeczytamy sobie wiersza tego poety. W tej owszem. A np. obok hasła o J.M. Rymkiewiczu znajdziemy fragment jego szkicu Czym jest klasycyzm. Na końcu tomu przydatny aneks, a w nim najbardziej znane dzieła literatury polskiej, adaptacje filmowe...

Wiedza o literaturze do XIX wieku zmienia się niewiele, żywą materią pozostaje natomiast wiek XX z jego emigracjami, drugimi obiegami, kolaboracją pisarzy z komunizmem. Nad obrazem współczesności w tej encyklopedii można by jeszcze popracować, choć wiele rzeczy zrobiono znakomicie (np. nareszcie satysfakcjonuje hasło o Józefie Mackiewiczu). Ale kiedy się pisze, że „Szpilki” na przełomie lat 40. i 50. specjalizowały się w agresywnej satyrze politycznej, młody czytelnik może pomyśleć, że potrafiły być antyrządowe! Przy A. Szczypiorskim, Z. Safjanie i innych ani słowa o kompromitujących faktach z ich biografii. Brak haseł poświęconych niektórym ważnym pisarzom (np. Bogdanowi Madejowi, Stanisławowi Srokowskiemu), choć jest np. krakowski grafoman Władysław Machejek. Wśród czasopism literackich po 1989 roku nie znajdziemy istniejących do dziś „Kresów”, choć są hasła poświęcone efemerydom, które znikły po roku czy dwóch. „Czas kultury” zaprezentowano tak, jakby się w ciągu ostatniego dwudziestolecia nie zmienił, tymczasem pismo to wyraźnie ewoluowało. Pośród pisarzy średniego pokolenia zdecydowano się pokazać popularniejszych (Tokarczuk, Gretkowska, Stasiuk), nie zaś wybitniejszych. Młodszych roczników zabrakło w ogóle, czemu trudno się dziwić. Tak to zwykle bywa z encyklopediami, że nie nadążają za współczesnością.

(fig)

Literatura polska. Encyklopedia PWN. Epoki literackie, prądy i kierunki, dzieła i twórcy, red. Sławomir Żurawski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007.

Skrajna forma patologii

Książka Johna Horgana z wielu względów zasługuje na uznanie i wyróżnienie wśród opracowań związanych z terroryzmem, a zwłaszcza jego uwarunkowaniami tkwiącymi w psychice ludzkiej. Wartość naukowa publikacji polega na tym, że problem terroryzmu nie został tu oderwany od współczesnej rzeczywistości, przeciwnie, osadzony jest w jej realiach i bierze pod uwagę zmiany, jakie zachodzą w świecie. Zakres rozważań uwzględnia zagadnienia politologiczne, społeczne, gospodarcze, a także pedagogiczno−wychowawcze.

Zjawisko terroryzmu to nic nowego, ludzkość spotykała się z tym od niepamiętnych czasów. W dobie współczesnej staje się ono szczególnie niebezpieczne, może dotyczyć każdego z nas, a konsekwencje nie są do końca znane. Omawiane w książce problemy mają istotne znaczenie wychowawcze i pozwalają zrozumieć wiele zagadnień związanych z terroryzmem i wychowaniem młodych ludzi. Wywody i przywołane przykłady umożliwiają zrozumienie przyczyn powstawania terroryzmu.

Zdaniem autora książki, współczesny terroryzm należy rozpatrywać jako zjawisko społeczne, a jego twórcy i przywódcy dbają o to, aby obok dramatycznych skutków był pokazowy i oszałamiający, wywierał duże wrażenie. Natomiast psychologowie często zaznaczają, że bezpośredni wykonawca stara się zaznaczyć swoje „ja” i związane jest to z kształtowaniem się osobowości, poczynając od dzieciństwa. Istotne znaczenie ma wychowanie w rodzinie, szkole i najbliższym otoczeniu, w jakim może się znaleźć przyszły potencjalny terrorysta, a teraz jeszcze dziecko i uczeń szkolny. W książce mamy wiele przykładów, jak można dojrzewać do terroryzmu i być terrorystą. Jeden z terrorystów, działacz i członek Islamskiej Armii Republikańskiej, stwierdza: „Mój pierwszy kontakt z tym miał miejsce tak naprawdę wtedy, gdy chodziłem do szkoły podstawowej. Historia, której wtedy nas uczyli, była fascynująca i trwało to przez kilka lat, aż do szkoły średniej”. Ale ten działacz, pomimo że brał udział w zamachach, nie uważał się za terrorystę.

Autor, na podstawie własnych i przytoczonych badań, stara się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego zwykli ludzie stają się terrorystami, chociaż nie zawsze chcieli nimi być.

Z książki wynika, że terroryzm jest skrajną formą patologii, która może powstawać zawsze i wszędzie, nawet w społecznościach demokratycznych i wysoce tolerancyjnych. Zbadanie tego zjawiska jest niesłychanie skomplikowane, a sami terroryści to bardzo zróżnicowane osobowości: wszystkie badane osoby zawsze charakteryzowały się inteligencją powyżej średniej, a okrucieństwo nie robiło na nich żadnego wrażenia.

To wymaga od badaczy, którzy zajmują się terroryzmem, podejścia wielowątkowego, a same badania nierzadko mają charakter wysoce skomplikowany. Na ogół są trudne i kosztowne, a na ich wyniki trzeba długo czekać. Stąd walka z terroryzmem nie jest jednorazowa i pomimo odnoszonych sukcesów nie należy uważać jej za zakończoną. Jest to proces, który może się ciągnąć całe dziesięciolecia i przybierać różne formy.

Z uwagi na wielowątkowy charakter książki jej przydatność jest również szeroka. Adresatami mogą być nie tylko środowiska psychologów, ale także pedagogów, socjologów, politologów i wszystkich, którzy pragną bliżej poznać omawianą w książce problematykę.

Ludwik Malinowski
John Horgan, Psychologia terroryzmu, tłum. Aleksandra Jaworska, red. nauk. Adam Frączek, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008.

Iwaszkiewicz podróżuje

Pisząc o poetach Leningradu Iwaszkiewicz zauważył: „potrzeba sztuki jest pierwotną potrzebą człowieka”. Można by twierdzić, że ów dziennik z podróży poświęcony jest właśnie człowiekowi z jego wielowymiarowością potrzeb i odczuć. Poświęcony jest także sztuce w jej wszelakich przejawach, począwszy od pierwiastków stanowiących o natchnieniu twórców, po recepcję ich dzieł.

Dominantę kompozycyjną stanowią opisy przeżyć i wrażeń zmysłowych, cecha charakterystyczna dla twórczości Iwaszkiewicza. Uobecnia się tu nie tylko emocjonalność podmiotu mówiącego. Opisywane miejsca zdają się tętnić życiem, wrażeniami czasów minionych, emocjami postaci spotykanych i historycznych.

Narracja oscyluje pomiędzy prozą pamiętnikarską, epistolarnym charakterem wypowiedzi a elementami poematu dygresyjnego. Odnaleźć można bezpośrednie zwroty do adresata. Wtrącenia i refleksje wprowadzane są na zasadzie asocjacji. Pod wpływem bodźca, którego rolę pełni otoczenie, wypowiedź momentami przybiera charakter retrospektywny. Autor stwierdza: „Piszę te listy nie z myślą o jakimś specjalnym adresacie, są one skierowane do wszystkich moich czytelników, bo przecież to nie jakieś intymne rozmowy, ale opisy wrażeń niecodziennych i bardzo niezwykłych, wrażeń z prawdziwej „podróży”„.

Obserwacje podróżnika konfrontowane są z wyobrażeniami owych miejsc, powstałymi wcześniej na bazie konstrukcji przedstawień literackich. Historia łączy się z literaturą. Dzieje narodu chilijskiego ukazane są np. przez pryzmat poematu Nereidy, kulturowo−historiograficzny obraz Danii łączy się z psychologiczną niemal kreacją Andersena. Rosja postrzegana jest poprzez twórczość Dostojewskiego, Puszkina czy Błoka. Analiza niektórych utworów dokonywana jest z pozycji doświadczeń ich autorów. Z empatyczną niemal wnikliwością rysuje Iwaszkiewicz sylwetki znanych postaci: pisarzy, malarzy, polityków, kompozytorów. Kreśli koligacje rodzinne rządzących, realia panujące na dworach, układy polityczne, rzeczywistość minionych generacji. Wszystko to zdaje się przypominać literacką realizację koncepcji historii żywej. Ów bios historii ukazuje istotne zjawiska w dziejach ludzkości in statu nascendi poprzez odczucia i wrażenia jednostek. Człowiek stanowi integralny element historii. Autor czerpie również z dokumentów, relacji. Z tego wszystkiego, co zdaje się być rejestracją losów ludzkości ze wskazaniem na człowieka.

Szkice Iwaszkiewicza to impresjonistyczne niemal obrazy z uchwyceniem chwili i nastroju. Nie poprzez samą optykę oddana jest atmosfera miejsc. O synestezyjnym charakterze stanowi literacka uchwytność zapachów i smaków.

Kontaminacja różnych płaszczyzn nie ogranicza się do korespondencji zjawisk, ale i sztuk. Ponadto sztuka zdaje się współgrać i uzupełniać z naturą. To „podróż sentymentalna” przez Włochy i od krajów Ameryki Południowej po Polskę. Myśl o Polsce zdaje się być swego rodzaju lejtmotywem powracającym nieustannie podczas relacji. Kraj lat dziecinnych przedstawiany jest w refleksjach o polskości, jej literaturze i miejscu w świecie. W świecie, w którym autor tęsknił zawsze do kraju. „To Polska, Polska wyśniona (…) Jakże inną śnili ją mój ojciec (…), stryj (…), pradziad (…). Śnili ja boską – a jest ludzka.”

Wenecja i inne szkice to dla czytelnika swoista iluminacja, w której jawi się sztuka architektury, ale i „architektura sztuki”. Widziane z lotu ptaka, oczami wędrowca obserwującego rzeczywistość z pokładu samolotu, ale także z perspektywy podróżnika patrzącego ponad obszarami lądów, wspomnień, historii i kultur.

Aleksandra Wójtowicz
Jarosław Iwaszkiewicz, Wenecja i inne szkice, Spółdzielnia Wydawnicza „czytelnik”, Warszawa 2008.

Napoleon w wymiarze regionalnym

Od dwóch stuleci toczy się dyskusja nad rolą, jaką odegrał Napoleon Bonaparte w historii Europy i Polski. Problem ów niejako stał się zagadnieniem historii Warmii i Mazur. Dowodzi tego książka Jasińskiego i Skowronka. W drobiazgowej narracji ożywają zdarzenia, jakie miały miejsce na obszarze dawnych Prus Wschodnich.

Opis pobytów cesarza Francji oraz bitew i potyczek stoczonych przez jego żołnierzy w miejscowościach, które należą dziś do północno−wschodniej Polski, a także obwodu kaliningradzkiego, dyktuje kilka tendencji. Po pierwsze, chęć dokładnego zrekonstruowania zdarzeń (np. poprzez sięganie do wspomnień i relacji z pierwszej ręki), po drugie, uwielbienie dla Napoleona, po trzecie, próba wpisania napoleońskiej historii we współczesną pamięć Polaków, a zwłaszcza mieszkańców północnego Mazowsza oraz Warmii i Mazur. Do naszych czasów dotrwały domy czy kościoły, w których przebywał cesarz. Niektóre z tych budowli uległy ruinie, jak imponujący pałac w Kamieńcu pod Suszem (przed II wojną światową siedziba feldmarszałka Paula von Hindenburga), w którym rozegrał się m.in. kolejny burzliwy etap romansu słynnego Francuza z Marią Walewską. Ślady obecności Bonapartego i jego armii upamiętnione są w wielu miejscach na Warmii i Mazurach najczęściej za pomocą tablic.

Śledzenie historycznej geografii umożliwiają liczne mapy, rysunki, fotografie miejsc naznaczonych przez kampanię napoleońską. Autorzy referują jej przebieg nieomal dzień po dniu. Szlak wiedzie od Wielbarka, poprzez m.in. Olsztyn, Pruską Iławę, Ostródę, Lidzbark Warmiński, po Tylżę, gdzie 7 lipca 1807 podpisano traktat francusko−rosyjski. Był on bardzo istotny dla Polaków, ponieważ zawarto w nim punkt o utworzeniu Księstwa Warszawskiego i Wolnego Miasta Gdańsk.

Historycy wskazują na wiele innych dobroczynnych dla Polski skutków postanowień tylżyckich. Nie zaistniały one bez przyczyny. Jedną z nich był stosunkowo duży udział Polaków w kampanii Napoleona. Wyeksponowana została postać gen. J.H. Dąbrowskiego, który zorganizował polskie siły zbrojne uczestniczące w posunięciach militarnych Bonapartego 1807 r. Niebagatelny udział we wschodniopruskiej kampanii miał gen. Józef Zajączek i jego Korpus Obserwacyjny, którego zaopatrzeniowcem był Józef Wybicki.

W osobnym rozdziale historycy opowiadają o fascynacji Napoleona Mikołajem Kopernikiem. Pamiątek po wielkim astronomie szukał, ponieważ interesował się astronomią, a postać najwybitniejszego kanonika fromborskiego wysoko cenił.

Książkę kończy opis legend, opowieści i pamiątek napoleońskich. Wspomina się o tym, że dla rodzimych mieszkańców Prus Wschodnich czas kampanii napoleońskiej był „nieszczęśliwą wojną”. Ludność była nękana kontrybucjami i rabunkami. Przez dziesięciolecia w kościołach na specjalnych tablicach widniały nazwiska Prusaków poległych w walkach z Francuzami. Powielano legendy o „dębach napoleońskich” i innych motywach rzekomo lub naprawdę związanych z Bonapartem, nobilitując w ten sposób daną miejscowość. W tym samym celu podejmuje się, także współcześnie, próby szerzenia pamięci historycznej. Włączają się do nich historycy z Torunia, Olsztyna, jak i Ośrodek Studiów Napoleońskich Akademii Humanistycznej w Pułtusku.

Książka jest przykładem badawczego i popularyzatorskiego zespolenia historii regionalnej z dziejami powszechnymi.

Zbigniew Chojnowski
Janusz Jasiński, Sławomir Skowronek, Wschodniopruskie kampanie Napoleona. Wielka Armia i wojska polskie w 1807 roku. Historia, tradycja, legendy, Wydawnictwo LITTERA, Olsztyn 2008.
Wrzesień 2008

Religijna czasoprzestrzeń

Konfrontacja wakacyjnego błogostanu z następującymi po nim deadline’ami i innymi oznakami szarej rzeczywistości nie należy do przyjemnych, ale dobitnie pokazuje, jak pośpiech wyznacza rytm naszego życia. Staliśmy się zakładnikami czasu. Konsekwencje tego zniewolenia to nie tylko choroby cywilizacyjne, ale również załamanie wewnętrznego świata wartości. Szulakiewicz pisze o relatywizujących się prawach moralnych; o prawdzie, kiedyś kojarzonej z powszechnością i uniwersalizmem, a ostatnio przybierającej wymiar indywidualny; wreszcie o samym człowieku, bezbronnym wobec królującego wokół nihilizmu. Czas wszystko zmienia. To, co przetrwało z przeszłości, nie jest już tym, czym było niegdyś – podkreśla autor.

Nie dziwi zatem fakt, że religia, mająca być swego rodzaju opoką, niechętnie ulega wymiarowi czasu. Czas bowiem to zmiany, a więc niepewność, ulotność, w pewnym sensie – niedoskonałość. Tymczasem istotą religii jest właśnie coś dokładnie innego. Dlatego tak łatwo znalazła swoje ujście w przestrzeni. Ten wymiar podkreśla jej stabilny, trwały, a nade wszystko absolutystyczny charakter. Owszem, w Piśmie Świętym występuje cokolwiek lakoniczne „przedtem” i „potem”, ale już w języku teologii zastąpione jest „tu, na ziemi” i „tam, w zaświatach”. Biblijne „na początku” i „niebawem” przywdziewa formę „tu i tam”. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż czas traktowany jest niczym zło.

Marek Szulakiewicz, profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, próbuje dokonać rewizji takiego sposobu podejścia do doświadczenia religijnego. Jego zdaniem, tego doświadczenia nie powinniśmy traktować w oderwaniu od innych. I nie można go też, pisze dalej, utożsamiać z religią. Ona bowiem z niego wyrasta. Jest ono dla niej inspiracją. Ale nie jest nią.

Doświadczenie religijne pomaga człowiekowi nie utknąć w świecie i w sobie samym. Inaczej doprowadziłoby to do kryzysu jego duchowości. Mądrość, do której człowiek dąży (podobnie jak do świętości), nie ogranicza percepcji do „tu i teraz”. Pozwala myśleć „dalej i inaczej”. Tak postrzegane doświadczenie jest otwarte, nieograniczone bytem, istnieniem, ale wypełnione tajemniczością. Religia traci w nim przywilej „ostatniego słowa”, jedynej prawdy. Teraz, w myśl łacińskiej sentencji, prawda jest córką czasu. A w świecie czasu twarde przestrzenne „jest” ustępuje pola „może być” – możliwościom, oczekiwaniom, nadziejom. Świat i my razem z nim jesteśmy ciągle „w drodze” – konkluduje Szulakiewicz.

Ważnym elementem tej podróży jest słowo. Bo chociaż żyjemy w kulturze obrazkowej, wśród niezliczonej ilości wirtualnych bytów, jednym z których stał się sam Bóg, paradoksalnie nie pomaga to w pokonaniu dystansu między naszą kulturą a kulturą Starego i Nowego Testamentu. Dlatego, sugeruje autor, warto obecność Boga rozpatrywać nie w jego „oglądaniu”, lecz słuchaniu. „Uciekanie się do słowa to niemetafizyczny sposób obecności Boga. Jego konceptualizacja przez słowo, a nie przez Byt, możliwa jest właśnie w kulturze słowa. Słowo jest gestem czasu”.

Pogodzenie owej temporalności z absolutyzmem religii nie jest zadaniem łatwym. Słabości przestrzennego wymiarowania religii ukazane przez toruńskiego filozofa, uświadamiają, że aby posłannictwo Ewangelii zrozumieć dziś i aby dla nas, współcześnie żyjących, rozdartych gdzieś między agnostycyzmem a fanatyzmem, nabrało ono większego znaczenia, wyzwanie to trzeba jednak podjąć.

Mariusz Karwowski
Marek Szulakiewicz, Religia i czas, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2008.

Świadomość głupoty?

Założenie książki jest proste – istnieje głupota. Istniała zawsze i istnieć będzie, dlatego trzeba się z nią oswoić, jako ze zjawiskiem, które bombarduje nas z każdej niemal strony, które jest nieuniknione, które sami produkujemy, ponieważ, według autora, fundamentalność (i fundamentalizm) głupoty wynika z ludzkiego myślenia.

Lektura może jednak budzić mieszane uczucia. Na drugiej stronie okładki czytamy: „Filozofia głupoty składa się z dwóch odrębnych części. Pierwsza, zgodnie z podtytułem, dotyczy historii pojęcia głupoty, ściśle zaś jego usytuowania w obrębie nowożytnego racjonalizmu. Druga to właściwe przedstawienie aktualnego sensu głupoty. Czytelnik niezainteresowany problematyką ściśle historyczno−filozoficzną powinien zacząć lekturę od Wstępu, następnie zaś przejść od razu do części II”. Ta uwaga, zdawałoby się zdawkowo redaktorska, wprowadza wbrew pozorom pewien zamęt, jako że niejeden czytelnik, zainteresowany po prostu filozofią głupoty, skończy lekturę na dość zawiłym, ciężko przyswajalnym wstępie lub przeczytawszy zalecaną drugą część, nie mając punktu odniesienia, nie będzie pewien, co właściwie czytał. Takie ominięcie pierwszej części, historyczno−filozoficznej, jest możliwe i sensowne jedynie dla bardzo zainteresowanych i obeznanych z tematem, nie da się bowiem zaprzeczyć, że „dowolne” czytanie ledwo sprawdziło się w przypadku Gry w klasy, natomiast w pozycjach naukowych – napisanych dodam niełatwym, nawet miejscami do przesady naukowym językiem – całkowicie mija się z celem.

W tym miejscu zapewne mogą się pojawić głosy oburzenia i wyrzuty, że recenzent nie zrozumiał książki. Niestety, nie zaliczam się do grona filozofów, już to z powodu wykształcenia, już to z zamiłowania, i, co ze wstydem przyznaję, prezentuję tzw. średnią krajową znajomości zagadnień filozoficznych.

Część pierwsza książki, przegląd myślicieli zajmujących się tematem głupoty czy irracjonalności, jest subiektywnym wyborem autora. Do czego, dodaję z mocą, ma pełne prawo, choć bez wątpienia może budzić to zastrzeżenia kolegów filozofów. Przeciętny czytelnik naraża się na niezrozumienie tematu z braku podstawowej wiedzy filozoficznej, a taka jest bardzo potrzebna w trakcie lektury. Ponadto pewien chaos wprowadza niejednorodne zdefiniowanie tego, co chce się nazywać głupotą: czasem jest to brak rozumu, czasem niewiedza, jeszcze kiedy indziej wszystko to, co nie mieści się w nowożytnej definicji racjonalności. Czyta się ciekawie, ale pozostaje uczucie niekompletności.

Niestety, część druga pozostawia jeszcze więcej do życzenia. Wynika z niej bowiem, sprzecznie z pierwszą częścią, że głupota nie jest niejako efektem ubocznym rozwijającej się cywilizacji i wynalazków, ale istnieje jako dotykalna rzeczywistość, bombardująca nas swą emanacją bez udziału naszej świadomości. To, co w pierwszej części przedstawiono jako odprysk, defekt, staje się w drugiej w pełni pozytywnym fenomenem, elan vital napędzającą ruch świadomości. Świadomość zaś ewoluuje wraz z głupotą i zarazem za jej sprawą. W ten sposób zamiast jednego, dobrze opracowanego i przemyślanego wywodu z wykorzystaniem języka współczesnej filozofii – co mogłoby zadowolić znawców – bądź napisanego lżejszym językiem, przyswajalnym dla laików, rozważania na temat pewnych społecznych zjawisk i ich odbicia we współczesnej filozofii i socjologii, otrzymujemy pracę, która, co przykro powiedzieć, rozczarowuje swoją niekompletnością, niekonsekwencją wywodu, i, zdawać by się mogło, pewnego rodzaju – podjętą na siłę – próbą trafienia do wszystkich, która nie trafia do nikogo.

Anna Matraszek
Jacek Dobrowolski, Filozofia głupoty. Historia i aktualność sensu tego, co irracjonalne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007.

Rozmowa z kosmopolitą

Dla Kwame Anthony’ego Appiah rozbite lustro jest metaforą świata. Każdy odłamek reprezentuje różne nacje i społeczeństwa. Fragmenty, mimo różnych kształtów, pasują do lustra, a każdy odzwierciedla wyjątkową perspektywę, konieczną do stworzenia pełnego światopoglądu. Metafora ta winna leżeć u podstaw ludzkiego rozumienia świata. Największym błędem jest myślenie, że nasz odłamek lustra może odbijać całość rzeczywistości.

Termin „kosmopolityzm” datuje się co najmniej od czasów cyników. Kosmopolitą w tradycyjnym rozumieniu jest człowiek, który za swą ojczyznę uważa cały świat. Appiah pojęcie to definiuje jako splot dwóch wątków. „Pierwszym jest idea głosząca, że mamy obowiązki wobec innych, obowiązki, które rozciągają się poza tych, z którymi jesteśmy połączeni więzami przyjaźni i pokrewieństwa czy nawet bardziej formalnymi więzami wspólnego obywatelstwa. Drugim – to, że traktujemy poważnie wartości nie tylko ludzkiego życia, ale życia konkretnych ludzi, co oznacza zainteresowanie praktykami i przekonaniami, które nadają im sens. Kosmopolita wie, że ludzie są różni i że wiele można się nauczyć z naszych różnic.”

Wydaje się, że nie ma bardziej odpowiedniej niż Appiah osoby do pisania o kosmopolityzmie. Profesor filozofii uniwersytetu w Princeton urodził się i wychowywał w Ghanie. Wykształcenie otrzymał w Cambridge. Jego ojciec walczył o niepodległość Ghany, matka Brytyjka działała tam charytatywnie. Wiele z opisanych w książce historii to wspomnienia z dzieciństwa autora. Rozdział Wyobrażeni obcy opisuje jego powrót do Kumasi, rodzinnego miasta w Ghanie, po 30 latach i spotkanie z królem Aszantów. Opowieść ta stanowi wstęp do rozważań na temat „obcości”. Autor nie wie, czy jest już „obcym” tu, gdzie się urodził i wychowywał, czy nadal „obcym” w New Jersey, gdzie od wielu lat mieszka.

Appiah ma świadomość, że dla wielu osób „kosmopolityzm” pozostaje nadal pojęciem elitarnym. Żartuje, że termin ten symbolizuje pozę wyższości wobec tego, co prowincjonalne. Coś w rodzaju „światowca z platynową, często używaną kartą kredytową, patrzącego z życzliwą protekcjonalnością na rumianego farmera w kombinezonie robotnika”. Appiah w swej książce stara się ten pogląd zanegować.

Model kosmopolityzmu, do którego stale powraca autor, jest oparty na rozmowie. Rozmowa to nawyk współistnienia, zarówno we wspólnocie ludzkiej, jak i we wspólnotach narodowych, jednostek o odmiennych sposobach życia. Nawyk ten musimy rozwijać tak, by stał się metodą budowania między społeczeństwami porozumienia opartego na etyce. Zgodnie z przeświadczeniem autora, jest to droga do stworzenia moralności nowego świata.

Jak pisze Appiah, ważne jest, byśmy, jako kosmopolici, nie bali się interweniować w krajach, w których popełniane są zbrodnie przeciwko ludzkości i wspierali finansowo biedne państwa na świecie. Wydaje się jednak, że obowiązki te nie dotyczą tylko i wyłącznie kosmopolitów, powinny one wynikać z szeroko rozumianego człowieczeństwa. Co więc powinni robić kosmopolici poza rozmawianiem z innymi? Autor nie daje żadnych gotowych recept. Odnosimy wrażenie, że przede wszystkim chce, by się z nim zgadzano. Do podstawowej ułomności książki przyznaje się zresztą już w jej wprowadzeniu: „Jestem z zawodu filozofem, a filozofowie rzadko piszą naprawdę użyteczne książki.”

Katarzyna Krzyżanowska
Kwame Anthony Appiah, Kosmopolityzm. Etyka w świecie obcych, tłum. Joanna Klimczyk, wydawnictwo prószyński i s−ka, Warszawa 2008.

W sieci przepływów

Społeczeństwo sieci to pierwszy tom opus magnum Manuela Castellsa, jednego z najbardziej wpływowych żyjących intelektualistów. Książka jest efektem niemal 20−letnich żmudnych badań w 30 krajach. Wielu porównuje ją z Kapitałem Marksa, Gospodarką i społeczeństwem Webera czy Galaktyką Gutenberga McLuchana. Czy słusznie? Niech oceni to czas. Edwin Bendyk pisze, iż jest to encyklopedia współczesności. Centralnym pojęciem książki jest sieć, a za nią – globalizacja, społeczeństwo informacyjne czy wreszcie cywilizacja sieci.

Tę rodzącą się nową jakość cechuje zagęszczenie i wzrost częstotliwości kontaktów oraz więzi pomiędzy jej różnymi elementami: jednostkami ludzkimi, stowarzyszeniami, przedsiębiorstwami, władzami lokalnymi, rządami państw, korporacjami i organizacjami międzynarodowymi oraz instytucjami pozarządowymi. Kontakty wyrażają się najdobitniej w przepływie informacji, idei, towarów i usług, kapitału i wzorców kulturowych. Globalne elementy są połączone między sobą coraz większą siatką współzależności. Świat stał się jedną strukturą, olbrzymim systemem.

Kolejnym aspektem cywilizacji sieci jest niezwykła szybkość współoddziaływania w ramach światowej struktury. Powodem tego jest lawinowy postęp w rozwoju telekomunikacji, transportu oraz dziedzin informatycznych. Dla ułatwienia przepływów w systemie globalnym potrzebna była liberalizacja w różnych przestrzeniach życia gospodarczego, politycznego, kulturalnego i społecznego. Warto więc zauważyć, że opisywane zjawiska wymuszają otwartość, a jednocześnie są możliwe tylko dzięki rosnącej otwartości wszelkich instytucji, co jednak musi rodzić konflikty i napięcia. Byłoby to trudne lub wręcz niemożliwe bez zmian prawnych, uwolnienia handlu, wzrostu swobód obywatelskich w zakresie norm moralnych, społecznych czy religijnych, ewolucji systemów edukacji oraz upowszechniania się znajomości języków obcych.

Jest to proces totalny. Sieciowość obejmuje coraz mocniej wszystkie płaszczyzny naszej egzystencji: pracę, konsumpcję, czas wolny, model rodziny, edukację, idee, życie kulturalne, zwyczaje seksualne, praktyki religijne i wiele innych. Przenika nasze życie, i to nie tylko w wymiarze zawodowym, osobistym czy intymnym.

Niewątpliwie wartościową stroną pracy Castellsa jest jej krytycyzm i to w sensie jak najbardziej podstawowym. Autor wyraźnie dystansuje się od tak licznych piewców wolnego rynku, nieskrępowanego rozwoju, powszechnej szczęśliwości czy końca historii. Daje liczne dowody na to, że usieciowienie jest skrajnie nierównomierne i prowadzi do postępującej segregacji oraz wykluczenia jednostek, a nawet całych społeczeństw, które nie chcą lub nie mogą wejść do systemu (niskie wykształcenie, obrona tradycji, przekonania religijne itp.). Reakcją obronną stają się fundamentalizm religijny, terroryzm, nacjonalizm, ale też ruchy emancypacyjne. Co ciekawe, owi odszczepieńcy są często awangardą w stosowaniu najnowszych technologii, bowiem w społeczeństwie sieci wszystko jest płynne, tradycyjne kategoryzacje utraciły swój sens, a dzisiejszy wykluczony może być jutrzejszym wykluczającym. Lektura obowiązkowa.

Michał Jakubik
Manuel Castells, Społeczeństwo sieci, tłum. Mirosława Marody, Kamila Pawluś, Janusz Stawiński, Sebastian Szymański, red. nauk. Mirosława Marody, wyd. naukowe PWN, Warszawa 2008, trylogia: Wiek informacji: ekonomia, społeczeństwo i kultura.

Kłopoty z ewaluacją

Aby zapewnić optymalny efekt końcowy w postaci wysokich wyników kształcenia, trzeba ciągle monitorować przebieg tego procesu, stale poprawiać pracę własną i jej wyniki, nieustannie doskonalić swoje działania. Trafnie zatem Krystyna Ciekot postanowiła zbadać nie tyle sam proces ewaluacji, co kluczowe dla niego konteksty, do jakich zaliczyła aspekty aksjologiczne i etyczne ewaluacji, jej uwarunkowania psychologiczne, czynniki z obszaru kultury organizacyjnej instytucji edukacyjnych oraz aspekty dydaktyczne.

W jej rozprawie pojawiają się niezwykle ważne pytania, które umykają nauczycielom akademickim czy instancjom odpowiedzialnym za procesy ewaluacyjne, jak np. to, w jakim zakresie troska o jakość jest zarazem dbałością o przyzwoitość? Dlaczego nie określa się, kto ma oceniać samych ewaluatorów? Jaką rolę odgrywają w tym procesie ukryte programy kształcenia i ukryte programy ewaluacji? Dlaczego ten proces nie jest transparentny dla wszystkich jego podmiotów? Jak dalece czynniki wpływające na utrzymanie czy podnoszenie jakości kształcenia powinny być „sterowalne” i przez kogo? Jakie stosować kryteria ewaluacji, skoro nie wszystkie zmienne są mierzalne? Jak przygotowywać nauczycieli akademickich do doskonalenia procesu kształcenia? Kto powinien ponosić za ten proces odpowiedzialność? Czy partnerom interakcji edukacyjnych chodzi o to samo w trakcie zabiegów ewaluacyjnych? Jaki jest ich stosunek do rodzaju zachowań prezentowanych przez nauczycieli akademickich, do kwestii obiektywizmu i sprawiedliwości w ocenianiu? Itp. Ewaluacja nie jest przecież obojętna dla otoczenia, a towarzyszą jej liczne konteksty i dylematy etyczne oraz polityczne.

Autorka dokonała interesującej analizy teoretycznej kluczowych dla swojego podejścia badawczego problemów, potwierdzając nie tylko znakomitą orientację i wiedzę, ale także umiejętność wykorzystania jej do uzasadnienia własnych hipotez i orientacji metodologicznych. Na podstawie rzeczowej rekonstrukcji różnych definicji, klasyfikacji, teorii dokonała wyboru wydającego się najbardziej przydatnym do powiązania procesu kształcenia z jego ewaluacją oraz możliwościami badania codziennej praktyki wyższej uczelni w tym zakresie.

Szkoda jedynie, że przyjmując w tezach swoich badań założenie, iż wewnętrzne procedury badania jakości kształcenia, czyli procedury związane z ewaluacją pracy studentów oraz nauczycieli akademickich, są najlepszym instrumentem doskonalenia procesu kształcenia w wyższych uczelniach, sama nie poddała ich empirycznej weryfikacji w wyłonionych do badań uczelniach. Z jednej strony stwierdza, że jakość ewaluacji zależy od właściwie dobranych i realizowanych procedur oraz od właściwego kontekstu, w jakim jest realizowana, ale z drugiej, sama skupia się jedynie na tym ostatnim ogniwie. Jej badania pomijają tę właśnie sferę, toteż nie dowiemy się, czy i jakie obowiązywały w wybranych szkołach wyższych procedury ewaluacyjne, jakie w nich stosowano narzędzia i czym one skutkowały z punktu widzenia jakości kształcenia. Sondaż diagnostyczny zaowocował, niestety, jedynie zgromadzeniem opinii na temat czegoś, o czym nie wiemy, czy i w jakim zakresie w ogóle miało miejsce, docieka preferencji, oczekiwań podmiotów edukacji akademickiej, ale nie ukazuje ich na tle jakże koniecznego w tym zakresie przeanalizowania realnie stosowanych procedur na podstawie założonych i rzeczywistych funkcji procesu ewaluacyjnego.

Bogusław Śliwerski
Krystyna Ciekot, Funkcje ewaluacji w zapewnianiu jakości kształcenia w uczelniach wyższych, Oficyna Wydawnicza Politechniki Wrocławskiej, Wrocław 2007.
Lipiec-Sierpień 2008

Chora dusza

Ideę radykalnego zerwania z własną tożsamością, pamięcią oraz historią i zaczynania wszystkiego od początku krytykuje w polskim sposobie myślenia Ryszard Legutko. Określamy się nie wobec tego, kim jesteśmy, lecz wobec tego, kim mielibyśmy się stać. Wiemy, kim byliśmy i kim być powinniśmy, nie wiemy, kim jesteśmy – powiada Legutko. Jeśli ktoś pyta – dodam – czym mógłby być we współczesnej Polsce konserwatyzm, to właśnie perspektywą, z której ostro widać taki obraz.

Swój esej, poświęcony polskiemu stanowi posiadania w dziedzinie duchowej, umysłowej i społecznej, zaczyna Legutko od przypomnienia kataklizmu wojennego, po którym „człowiek PRL−u zaczynał od historycznego zera”. Opowieść o zerwanej ciągłości snuje na przykładzie zdewastowanych miast: Lwowa, Warszawy i Krakowa. Polska, podobnie jak unicestwione miejsca, „sprawia wrażenie kraju sztucznego, żyjącego na niby, bez wyraźnej tożsamości, bez wyraźnego wizerunku, (...) bez samoświadomości, czym jest, jaką ma wartość i jaką rolę do spełnienia”. Autor przypomina czasy budowania społeczeństwa peerelowskiego, analizuje przesądy wtłaczane do głowy Polakom w czasach komunizmu i dzisiaj (przeciwstawianie dobrej i złej tradycji narodowej), odsłania maszynerię poruszającą system i mechanizmy myślenia opozycyjnego, aprobującego reguły systemu. Pokazuje napięcie między antagonizującym językiem niepodległościowym i legalistycznym językiem praw człowieka (formuła praw człowieka odciągała uwagę od refleksji systemowej). Legutko dostrzega perwersję sytuacji, jaka pojawiła się po obaleniu starego ustroju: „cały impet krytyczny i demaskatorski władzy publicznej nie szedł przeciw komunizmowi i komunistom, lecz przeciw narodowi”. Wrogiem byliśmy my wszyscy. „Odżył schemat walki starego z nowym”.

Niepokojąco brzmią te partie książki, w których autor unaocznia podobieństwa między schematami myślowymi komunizmu i liberalnej demokracji. Pokazuje je na przykładzie przekonania o „pakietowości” modernizacji. Tak jak komuniści, budując nowy ustrój, tworzyli komunistyczną kulturę, edukację, mentalność, tak po 1989 przyjęto założenie, że liberalno−demokratyczny ustrój polityczny trzeba przyjąć w pakiecie z liberalno−demokratyczną edukacją, kulturą, mentalnością. Znów miano budować od zera. Szybko pojawili się strażnicy tego pakietu, którzy określali sposoby myślenia, formowali na nowo naszą tożsamość i obyczaje, abyśmy zaczęli pasować do schematów modernizacyjnych, demistyfikowali przeszłość, jak kiedyś robił to marksizm. Odrzucamy to, co własne – pisze Legutko – i powołujemy się na przykłady innych. Staliśmy się kibicami, bez własnego stylu, punktu widzenia, bez własnych sposobów opisu rzeczywistości.

Autor pisze też o inwazji prostactwa i degradacji wzorców, o klęsce polskiej inteligencji, nienawykłej do zasadniczych sporów, nieciekawej myśli innych, pasożytującej na schematach, zapatrzonej w sztuczne autorytety.

Książka próbuje nas wytrącić z letargu, pokazuje, co naprawdę zrobiliśmy z naszą wolnością, proponuje inny język, inne kategorie opisu naszej rzeczywistości publicznej. Autor nie akceptuje przekonania, że zatrzymaliśmy się w miejscu, ugrzęźliśmy w koniecznościach i nie mamy już możliwości ruchu. Esej o duszy polskiej jest lekturą smutną, ale niepozbawioną nadziei.

(fig)
Ryszard Legutko, Esej o duszy polskiej, Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2008, seria: Biblioteka Myśli Politycznej.

Tworzenie – ulga i męka

„Wszyscy po trosze jesteśmy szaleńcami, niektórzy z nas bardziej, inni mniej. Ale też wszyscy mamy zdolność i możliwość stania się o wiele bardziej twórczymi – w naszej pracy, zabawie, całym życiu” – pisze Jeffrey A. Kottler. W takim kontekście jego książka staje się nie tylko lekturą arcyciekawych biografii, ale i pożywką rozmyślań na temat podejścia do życia przedstawionych tu geniuszy oraz własnego.

Kottler ma olbrzymie doświadczenie w zgłębianiu tej tematyki. Jego zainteresowania skupiają się na psychologii oraz wychowaniu. Jako że sam był przez 30 lat wychowawcą, napisał wiele tekstów dla terapeutów i osób zajmujących się poradnictwem psychologicznym. Jest autorem ponad 60 książek, z których korzystają naukowcy i studenci na całym świecie. Zajmuje się też popularyzowaniem wiedzy psychologicznej.

Studia psychologiczne otworzyły mu oczy na nowe aspekty zachowań. „Pracując z pisarzami, artystami i muzykami, wciąż słyszałem o tym, że pewna doza odchylenia od normy jest wśród ludzi sztuki nie tylko tolerowana, ale wręcz oczekiwana. Ma nawet specjalną nazwę: ekscentryczność”. Ale Kottler opisuje wychodzące poza ekscentryczność przypadki ludzi zaburzonych umysłowo do tego stopnia, że przez dużą część życia nie mogli normalnie funkcjonować. Ponad połowa z nich poddała się szaleństwu i odebrała sobie życie. Są wśród nich pisarze (V. Woolf, E. Hemingway, S. Plath), malarze (M. Rothko), muzycy (B. Wilson, C. Mingus) oraz ludzie sceny i ekranu (J. Garland, W. Niżyński czy M. Monroe). I choć wielu z nich uległo ostatecznie szaleństwu, w pewnych momentach życia potrafili tak okiełznać swe niedomagania, by dodały im sił twórczych.

Życiorysy są przedstawione zajmująco, trudno się od nich oderwać. Kottler pisze ciekawie, ma dobry warsztat i mimo wagi tematu jego pracę czyta się bardzo szybko. W opisach wykazuje niezwykłą empatię. Bardzo interesująco prezentują się też wyniki badań prowadzonych przez psychologów i psychiatrów. Dzięki nim możemy lepiej zrozumieć lub zinterpretować zachowania wielkich twórców. Ważnym atutem książki jest również niestandardowe podejście Kottlera do opisywanych sylwetek. Nawet jeśli nasza wiedza o danej osobie jest już duża, to i tak znajdziemy interesujące i odkrywcze rzeczy. Przy tym autor stara się zachować jak największy obiektywizm. Nie wybiela swoich postaci, nie stawia na piedestałach.

Pod koniec książki poświęca Kottler cały rozdział zagadnieniu sensu w życiu genialnych twórców. Porusza tu problem związku szaleństwa i twórczości. Stwierdza np., że nadzwyczajna potrzeba tworzenia ma swoją cenę. Ludzie, którzy wykazują się nowatorstwem, niezwykłą inwencją, często są przez społeczeństwo piętnowani. Mówi też, że podstawową cechą wielkości twórczych poszukiwań jest olbrzymia, intensywna świadomość siebie i świata. I właśnie owa zdolność doświadczania bardzo głębokich uczuć może być łączona z tzw. zaburzeniami nastroju.

Książka nie jest jedną z wielu popularnych historii mierzonych na efekt. Daleko jej do epatowania drastycznością. A ponad wszystko jest inspirująca. Autor tak często odwołuje się do naszych własnych przeżyć i refleksji, że kiedy kończymy lekturę, ostatnie zdanie brzmi niemal jak przykazanie na przyszłość: „Aby doświadczyć piękna, musimy spełnić warunek uzgodnienia napięć między przyjemnością, a bólem – powiedział Mark Rothko. Zapewne rozumiał on, przynajmniej w warstwie intelektualnej, że z patrzeniem w pustkę zawsze wiąże się ryzyko”.

Beata Maj
Jeffrey A. Kottler, Boskie szaleństwo. Geniusz i psychoza wielkich twórców, tłum. Joanna Tyczyńska, wydawnictwo Bellona, Warszawa 2007.

Prawa natury

Zagadnienia przedstawione w Małpich amorach prezentują realistyczne spojrzenie na człowieka, ukazujące świat w całej jego witalności. Traktują zarówno o założeniach teoretyczno naukowych, jak i wynikach badań empirycznych. Robert M. Sapolsky, neurolog i biolog, popularyzator nauki, kreuje w swoich tekstach projekt rozwiązania zagadki ludzkiej egzystencji.

Perspektywa stricte naukowa uświadamia, że człowiek to organizm, który, podobnie jak inne istoty (od muszki owocówki po małpę), ma strukturę złożoną. Sfera behawioralna i biologiczna uwarunkowana jest genetycznie, jednak rola genów to nie jedyny czynnik determinujący ludzkie działania. Poprzez konfrontację stanowisk determinizmu genetycznego i hegemonii środowiska wyłania się koncepcja o wzajemnej zależności elementów. Imperatyw społeczny czy środowisko biologiczne okazują się równie istotne, co struktury zakodowane na drodze dziedziczenia cech.

Książka Sapolsky’ego nie jest jednak jedynie prezentacją poglądów naukowych. Sposób narracji, rejestr stylistyczny, problematyka każą ją zaliczyć do dzieł popularyzatorskich. Zwłaszcza kwestie o charakterze antropologicznym i socjologicznym ujęte są z niezwykłą lekkością i humorem. Ironia spełnia w tekście wielorakie funkcje. W toku wnikliwej analizy badań (w tekście nie brak terminologii i słownictwa specjalistycznego), obok konfrontowania wniosków różnych szkół, mieści się optyka pragmatyzmu. Empatyczne wniknięcie w ludzką psychikę łączy się z wyjaśnieniami czysto fizjologicznymi. Autor lokuje człowieka w pewnej pozycji względem otaczającego go świata, ale i względem samego siebie. Bohater esejów to istota, która nieustannie podlega mechanizmom ukrytego schematu rządzącego światem. Nauka mechanizm ten rozpracowuje, wskazuje na poszczególne elementy odpowiedzialne za reakcje, popędy, za stany umysłowe czy fizyczne. Badana jest zależność pomiędzy atrakcyjnością a aksjologicznym modelem oceniania, tkwiącym w podświadomości istot żywych. Zakodowane wewnętrznie podłoże owych czynników, potęga podświadomości, relacja mózg – ciało, trauma i stres pourazowy, aż po źródło chorób psychicznych – to zagadnienia, które są przedmiotem analizy.

Fascynujące jest traktowanie (niekiedy) przedstawicieli różnych gatunków jako istot podlegających tym samym prawom natury. W efekcie nie tylko człowiek jest obiektem, „zwierzęciem” podlegającym zasadom ewolucyjnym czy społecznym, ale i zwierzęta przedstawiane są „na sposób ludzki”, ze swoimi reakcjami, doznaniami, emocjami niemal. Ironia ilustruje dystans do człowieczeństwa (pojmowanego nie tylko jako prerogatywa przynależności do grupy homo sapiens), ale również pozbawia tekst nadmiernego ciężaru intelektualnego.

Relacje damsko−męskie, zasady funkcjonowania organizmu w stanie uśpienia czy miejsce intelektu w strukturze uwarunkowanej biologicznie, to kwestie, których tajniki autor książki stara się odkryć. Wszelkie działania to nie tylko „małpie” afekty, ale procesy niezmiernie skomplikowane, różnicujące na klasy o różnym stopniu wykształcenia cech i zdolności. Jednocześnie uświadomienie „odgórnego” uwarunkowania funkcjonowania w tak wielu aspektach sprawia, że wszelkie reakcje i motywy postępowań jawią się jako atawistyczne.

Aleksandra Wójtowicz
Robert M. Sapolsky, Małpie amory i inne pouczające historie o zwierzęciu zwanym człowiekiem, tłum. Elżbieta Józefowicz, wydawnictwo prószyński i s−ka, Warszawa 2008.

Kształt koloru

Nie jest to zwykły album z reprodukcjami. To obszerny, erudycyjny esej o roli koloru w sztuce od antyku do XX−wiecznej abstrakcji, o jego znaczeniach, sposobach pojmowania przez artystów (także pisarzy), wreszcie o teoriach koloru. Wywód ilustrowany jest obficie reprodukcjami malarstwa. Dzięki staranności edycji otrzymaliśmy książkę piękną i wartościową.

Jest to praca historyczna, pokazująca jak „społeczności Europy i Stanów Zjednoczonych kształtowały i rozwijały swoje doświadczenie koloru”. Kolor jest ważnym przedmiotem badań – pisze we wstępie John Gage – jednak nie odegrał istotnej roli w badaniach kultur Zachodu. „Kolor ma w sobie dużo więcej, niż okazuje oczom” – powiada, analizując zależności między malarstwem i muzyką.

Autor stawia tezę o ciągłości doznania koloru pomiędzy naturą i sztuką. Pokazuje, że teorie koloru łączą w sobie idee z różnych dziedzin: fizyki, chemii, matematyki, psychologii, nauk tajemnych... Uświadamia, jak różnie w różnych epokach rozumiano kolor. Np. w średniowieczu purpura oznaczała nie barwę, lecz rodzaj grubej materii jedwabnej, która mogła być dowolnego koloru, nawet biała czy zielona. Ludzie starożytności i średniowiecza wiązali wrażenia wzrokowe raczej z materiałem niż z kolorem. A nasza wizja dawnej sztuki odległa jest od prawdy: wszak architektura i rzeźba grecka, znane nam w oślepiającej bieli marmuru, były kiedyś jaskrawo kolorowe.

Kolor uzyskiwał stopniowo znaczenie w sztuce i emancypował się. Pod koniec XIX w. znajdował się już w centrum zainteresowań malarstwa. Wierzono w autonomię koloru. Dowodzono, że ustalonych praw koloru można uczyć tak, jak muzyki. Postrzegano go jako język o własnych strukturach gramatycznych. Wilhelm Ostwald, laureat Nobla z chemii (1909), malarz i teoretyk koloru, odkrywał „prawa” harmonii kolorów, dążył do standaryzacji barw. Zaprezentował np. koncepcję szarości jako koloru i zawartości szarości w innych kolorach. Jego poglądy wpłynęły na holenderską grupę De Stijl i Pieta Mondriana, a także na Bauhaus. Przyszedł czas abstrakcji. John Gage analizuje malarstwo poszczególnych twórców i ich wypowiedzi teoretyczne, cytuje listy i szkicowniki artystów. Pokazuje, jak abstrakcjoniści spierali się o kolory, typy kontrastu i harmonii, o liczbę kolorów podstawowych, przedstawiali swoje teorie wywiedzione z obserwacji, praktyki malarskiej, z chemii barwników albo z równań matematycznych.

System kolorów Ostwalda był dyskutowany w Bauhausie. Kandinsky szukał np. odpowiedniości między kolorem i formą. Ustalił, że czerwień to kwadrat, żółć to trójkąt, a błękit to koło. Wielu nauczycieli Bauhausu zgodziło się na żółty trójkąt, choć Klee dowcipnie zauważył, że żółtko jajka jest okrągłe. Co do błękitu i czerwieni nie było zgody. „Ja sam instynktownie maluję swoje koła na czerwono – pisał Oskar Schlemmer – a kwadraty na niebiesko”.

W abstrakcji amerykańskiej lat 60. podejmowano próby uwolnienia koloru od kształtu (Mark Rothko). Interesując się wyłącznie kolorem, waszyngtoński malarz Gene Davis malował pasy. Uważał, że są one dobrą matrycą koloru. „Nigdy nie planuję koloru na więcej niż pięć pasków naprzód – pisał – i często zmieniam decyzję, zanim dojdę do trzeciego”.

Esej Johna Gage’a jest owocem jego 30−letniej pracy, dziełem życia. To książka trudna i wymagająca.

(fig)

John Gage, Kolor i kultura. Teoria i znaczenie koloru od antyku do abstrakcji, tłum. Joanna Holzman, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2008.

Napuszona filozofszczyzna

Dziennik nieobyczajny Rajmunda Kalickiego – spisywany w latach 1992−93 – to niewielka książeczka, która powstała w efekcie porządków pamięci autora. Dołącza do mnożących się na rynku wydawniczym zbiorków przepełnionych leniwymi historiami, przywołanymi wspomnieniami, niespiesznymi myślami, zasłyszanymi anegdotami, wyszukanymi komentarzami, fragmentami rozmów, transcendentnymi pytaniami i górnolotną gadaniną. Całość można określić mianem napuszonej filozofszczyzny.

Kalicki dużo pisze o środowisku artystów; powołuje się na swoje znajomości, przyjaźnie, kontakty. Nieustannie powracają takie nazwiska, jak: Stachura, Stryjkowski, Zanussi, Nowosielski, Nikifor, Iwaszkiewicz, Lorenz, Gombrowicz, Panek i in. Kalicki zastanawia się – niejako na marginesie rozważań o sztuce – nad upadkiem elit. „Pisarze przędą dziś cienko, więc pocieszają się wzajemnie. Towarzyskość jeszcze do niedawna pełniła rolę sceny: ustalała hierarchię i porządek dziobania. Dziś jest to sojusz w niedoli, sojusz dość względny.”

Kalicki chętnie i dużo pisze o Nowosielskim – wielkim malarzu, ale przede wszystkim przyjacielu, którego cenił, podziwiał, za którym tęsknił i wspominał z nostalgią. Mówi również o sprawach oderwanych od sztuki. Dotyczą one zwykłości, przeciętności, mało uduchowionej codzienności. Jednak czyni to zawsze jakby niechcący, z lekkim zawstydzeniem i dużym dystansem. Nie można oprzeć się wrażeniu, że ta (niby) zwykłość jest u Kalickiego raczej poetyckim „uzwykleniem” – przemyślanym, celowym zabiegiem artystycznym, dzięki któremu autor podkreśla tylko swoją nieprzystawalność do szarej, chodnikowej rzeczywistości. Dla mnie to poza, dla innych – być może – świadectwo duchowej głębi i wrażliwości.

Czego jeszcze dowiadujemy się o autorze z Dziennika? A choćby tego, że kreuje się na mizantropa. O polityce mówi zawsze ze znużeniem. Zwyczajem Cortazara popija mate – dziwny napój, otoczony mnóstwem legend. Kobiety uznaje za męski wyrzut sumienia, uosobienie męskiej bezradności. A w rozdziale dotyczącym feministycznej koncepcji Bogini zamiast Boga dodaje: „Gdyby przyjąć ściśle męski punkt widzenia, prawdziwe uczłowieczenie kobiety jeszcze się nie dokonało; jest ona wciąż czymś pośrednim między przedmiotem a podmiotem.”

Jeden tylko fragment Dziennika – poświęcony Stachurze – czytam z zainteresowaniem, a nawet wzruszeniem. Kalicki opowiada w nim, jak pisarz spalił całą swoją korespondencję, zdjęcia i część niepublikowanych rękopisów. Zostało więc niewiele, a jednak… zachował się żywy, filmowy wizerunek Stachury. W Hawanie odnaleziono kilka minut nakręconych na taśmie szesnastomilimetrowej w latach 60. w Warszawie. Stachurę sfilmował Jorge Luis Herrero Dante, muzyk i pianista studiujący w Polsce. Zdumiewające, że nikt prawie o tym nie wie, i że stało się to za sprawą kogoś, kto w swoim długim nazwisku ma niezwykłe słowo Dante.

Małgorzata Pawełczyk
Rajmund Kalicki, Dziennik nieobyczajny, SW Czytelnik, Warszawa 2008.

Fiesta, ale z rozumem

Każdy wizjoner po wypełnieniu się jego prognoz musi odczuwać wielką satysfakcję. José Ortega y Gasset, gdyby żył, daleki byłby od takiego samozadowolenia. Proroctwa filozofa z Madrytu okazały się gorzką pigułką, nie tylko dla hiszpańskiego społeczeństwa. A czytane dzisiaj, są nam, Polakom, jakoś dziwnie bliskie.

W jednym z esejów pisze Ortega o kryzysie inteligencji. Ludzie ulegają wielu modom, ale ta na myślenie ma najsłabszą siłę przebicia. Chcąc mieć własne zdanie, już nie trzeba podejmować żadnego wysiłku – wystarczy przyjąć za swoje poglądy ogółu społeczeństwa. Ten mechanizm Ortega początkowo krytykuje – opinia publiczna jako taka nie istnieje, są to bowiem sprzeczne ze sobą opinie prywatne – po czym znajduje w sobie dlań zrozumienie: bez niej trudno wyobrazić sobie politykę. Być może wynika to po części z tego, że myśl hiszpańskiego filozofa nie ograniczała się jedynie do czystej teorii, ale odwoływała się, może nawet w większym stopniu, do praktyki życia. A ta przecież pełna jest sprzeczności. Takich niekonsekwencji można zresztą w jego filozofii dostrzec znacznie więcej.

Zdaniem Ortegi, zdrowe społeczeństwo opiera się na podziale na bezrefleksyjne masy i elitę. Tylko ta druga grupa, ludzie czynu, łączący rozwój swojego wnętrza z działaniami na rzecz reszty społeczeństwa, jest w stanie zacofany kraj pchnąć w kierunku rozwoju. Problem w tym – i tu już jest oznaka choroby – że to ci przeciętni narzucają pozostałym swój styl życia, poglądy, decydują o poziomie kultury. Co więcej, to masy tak naprawdę rządzą, bo to z ich, a nie elit, woli dokonują się wybory.

Tymczasem politycy dochodzący do władzy, widząc tak łatwo sterowalne jednostki, pozwalają sobie na wiele. Ich słowa są puste niczym choinkowe bombki. Co więcej, zaczynają przejawiać naturalną wręcz skłonność do kłamstwa. Jest ono wpisane w politykę, jak makaron we włoskie menu. Imperium polityki to imperium kłamstwa – nie owija w bawełnę Ortega. A to przecież prawda jest misją każdego z nas. Bądź tym, kim jesteś – powtarza za Pindarem. Taka spontaniczność, autentyczność to podstawa wszelkich działań. Jeśli bowiem jednostka przyjmuje za swoje opinie innych, jej życie staje się iluzją.

Prawdę Ortega postrzega przez pryzmat perspektywy. Każdy widzi co innego, ale przecież nie można powiedzieć, że tylko jeden ma monopol na prawdę. Hiszpański eseista ociera się tu o relatywizm, ale go nie dotyka. Jest blisko subiektywizmu, ale nie przekracza jego granic. Przezwycięża obie filozofie, gdyż z tego jednostkowego spojrzenia nie wyłącza ogólnej rzeczywistości. Ba, czyni życie człowieka jedynie jej fragmentem.

Racjowitalizm, którego Ortega był prekursorem, stał się niejako łącznikiem między rozumem a spontaniczną, kreatywną wolą życia. Hiszpański filozof przekonuje, że te dwie rozbieżne koncepcje dają się połączyć. Teoria ma iść w parze z życiem, które jest swoistą carte blanche. Mamy ją zapisać dokonując wyborów. W ten sposób kreujemy samych siebie. Bo samo istnienie to za mało. Trzeba przeżyć, poznać, zmienić. Trzeba po prostu napisać scenariusz swojego życia. Pamiętając, że może to być bestseller, ale również i plagiat.

Mariusz Karwowski
Ryszard Gaj, Ortega y Gasset, wydawnictwo Wiedza Powszechna, Warszawa 2008, seria: Myśli i Ludzie.
Czerwiec 2008

Czytać czy tworzyć?

Zawsze mi się wydawało, że nic nie wiem o powieściach, których lektury nie dokończyłem, o esejach, które przekartkowałem, o tomach poetyckich, z których przeczytałem tylko kilka wierszy. Pierre Bayard tłumaczy mi, że to nieprawda, bo między książką i czytelnikiem mogą zachodzić różne rodzaje relacji, a dokładne czytanie jest tylko jedną z nich.

Wbrew przewrotnemu tytułowi swego eseju Bayard zachęca do kontaktu z książką. Jako uniwersytecki wykładowca literatury, mający kontakt ze studentami, którzy często widzą każde dzieło literackie osobno, przedkłada poznanie usytuowania książki wśród innych dzieł nad znajomość zawartości. Człowiek wykształcony szybko rozeznaje się w książce, nie musi jej czytać. Można więc komentować pozycje, które się ledwie przejrzało, można o nich wykładać i pisać. „Umiem o wiele lepiej i obszerniej mówić o książkach, od kiedy praktycznie przestałem je czytać” – wyznaje francuski literaturoznawca. To prawda. Jego esej także wystarczy przekartkować, by zorientować się w poglądach autora.

Każdy rozdział ilustruje inny problem związany z nie−czytaniem, omówiony przy okazji analizy jakiegoś tekstu. Przy czym przez nie−czytanie autor rozumie nie tylko niezaglądanie do książek, lecz także ich kartkowanie, poznawanie ze słyszenia lub zapominanie. Bayard przywołuje np. Paula Valéry – mistrza nie−czytania – który rozwodził się o Prouście znając tylko jeden tom W poszukiwaniu straconego czasu, twierdził, że zbyt dokładna lektura dzieła zaciemnia jego obraz, że można wnioskować o całości na podstawie części, a czytanie tekstów innych pisarzy uważał za pozbawianie się oryginalności.

Ważnym punktem odniesienia są w książce Bayarda dyskusje o literaturze. Autor – analizując wątek detektywistyczny z Imienia róży – zauważa, że dyskutujemy nie o lekturach, lecz o naszych projekcjach i wyobrażeniach o nich, zbudowanych na opiniach innych ludzi. Z eseju Montaigne’a wysnuwa tezę, że czytanie jest nie tylko przyswajaniem, lecz także zapominaniem. Rozmawiamy więc nie o książkach, a o wspomnieniach z lektur. Dlatego mówieniu o nieprzeczytanych dziełach nie powinien towarzyszyć lęk ani wyrzuty sumienia – powtarza za Oskarem Wilde’em Bayard.

To właśnie z poglądami Wilde’a, wyrażonymi w jego eseju Krytyk jako artysta, wiążą się najważniejsze rozważania, umieszczone w ostatnim rozdziale książki. Wilde: nie trzeba wypić beczki wina, by określić jego gatunek; po półgodzinie czytania można powiedzieć, czy książka jest wartościowa. Wystarczy nawet 10 minut. To znamy już z Valéry’ego. Ale po co? Po co kartkować se tki, tysiące tomów, poświęcając każdemu 10 minut? Może lepiej odwrotnie: przez całe życie czytać wciąż jedno dzieło?

Otóż książka służy krytykowi za pretekst, jest bodźcem do własnej twórczości – powiada Wilde, a za nim Bayard. Krytyk nie mówi o książkach, lecz o sobie – poprzez książki. Błyskotliwy eseista francuski proponuje czytelniczy anarchizm: zdesakralizować czytanie, wyzwolić się spod ciężaru kultury, dostrzec, że i tak jest ona przestrzenią nieciągłą, składającą się z fragmentów książek, zbudowaną na przybliżeniach i ogólnikach. Książki nie są bytami zastygłymi, są ruchome i zmienne. Tak widzą je nie−czytelnicy, których autor chce otworzyć na świat kultury, uczynić twórcami. Właśnie w imię twórczości i wyobraźni, dla których czytanie jest zagrożeniem, pisze Bayard swój esej. Nieprzekonujące? Ale dobrze się nie−czyta.

(fig)
Pierre Bayard, Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?, tłum. Magdalena Kowalska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2008, seria: Biblioteka Myśli Współczesnej.

Archeolodzy się opalają

Przez kilka ostatnich lat dzieła Pawła Jasienicy (Leona Lecha Beynara) nie mogły być wydawane w Polsce. Przyczyną była tocząca się sprawa spadkowa, wszczęta przez córkę pisarza, Ewę Beynar−Czeczott, po ujawnieniu, że druga żona ojca donosiła na niego do SB. Dopiero w 2007 roku Wydawnictwo Prószyński i S−ka wznowiło publikację dzieł Jasienicy (m.in. najbardziej znanych Polska Piastów, Polska Jagiellonów i Rzeczpospolita Obojga Narodów).

Słowiański rodowód po raz pierwszy został wydany w 1961 roku. Jasienica opisał w nim badania archeologiczne prowadzone w latach 50. XX w., m.in. w Biskupinie, Cieszynie, Wiślicy, Gnieźnie i na wyspie Wolin. Badania te zostały zlecone przez komunistyczne władze Polski w celu udokumentowania początków państwowości polskiej. W rzeczywistości chodziło o udowodnienie, że to nie rok 966, czyli data chrztu Polski, powinien być uznawany za datę powstania naszego państwa. Ówczesne władze twierdziły, że ważniejszy był rok 963, kiedy to po raz pierwszy pojawiło się w źródłach pisanych imię Mieszka. Aby uczcić tysiąclecie państwa, powołano tzw. Kierownictwo Badań nad Początkami Państwa Polskiego, któremu przewodniczył prof. Aleksander Gieysztor. Kierownictwo miało do dyspozycji znaczne środki finansowe, dzięki czemu badania prowadzono na bardzo szeroką skalę. W niedługim czasie na terytorium dzisiejszej Rzeczpospolitej znaleziono zabytki o wiele starsze niż z końca pierwszego tysiąclecia naszej ery.

Jasienica nie był archeologiem. Archeologowie, których opisywał, odkrywali przeszłość państwa polskiego, a Jasienica „odkrywał” archeologię dla nas, czytelników, tak jak w innych książkach odkrywał dla nas historię. Wyjątkowość jego książek zapewnia realizacja przekonania autora, że historiografia nie może się wyrzekać opisu literackiego. I właśnie mistrzostwo tego opisu sprawia, że książki Jasienicy są tak wciągające. Autor plastycznie opisuje znalezione przez uczonych przedmioty, tłumaczy, do czego służyły i opowiada o życiu naszych przodków. Dowiadujemy się np., że kiedyś w łowieniu myszy w gospodarstwie pomagały oswojone łasice, a owsa uprawiano niewiele, ponieważ rzadko hodowano konie (z tego też powodu nasze średniowieczne armie to głównie piechota).

Co ciekawe, Jasienica przedstawia także samą pracę archeologów i przytacza poglądy znanych uczonych, nie stroniąc od charakterystyki tych, których poznał (np. Zdzisława Rajewskiego, Aleksandra Gieysztora). A przy okazji opisywania badań archeologicznych snuje rozważania na temat humanistyki, której siła, według niego, tkwi w tym, że – w odróżnieniu od matematyki – podaje nie tylko pewniki, ale i rzeczy wątpliwe: „W jej zakresie mało co nadaje się do zmierzenia, natomiast niemal wszystko do krytykowania”. Autor porównuje również studentów, których obserwuje podczas wykopalisk, ze studentami z czasów swojej nauki. Obserwując, jak młodzi archeolodzy po pracy kąpią się w jeziorze, opalają i grają w siatkówkę, pisał: „Gdzież to widziano za tamtych dni, by studentka humanistyki stanąć miała przed profesorskim obliczem bosa, w kusym kostiumie plażowym!”. Dodaje jednak: „Nauka bynajmniej nie chyli się od tego ku ruinie, a zdrowy rozsądek triumfuje”. Kiedy Jasienica był studentem – jak sam pisze – uprawianie sportu uchodziło za niegodne rzetelnego humanisty, a raczej „należało być niezaradnym, zasuszonym mamutem”.

Od czasów powstawania Słowiańskiego rodowodu wiele się zmieniło w naszej wiedzy o historii, ale reportaże Jasienicy nadal są interesującą lekturą.

JZJ
Paweł Jasienica, Słowiański rodowód, Wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2008.

O wspólnocie i przemijaniu

Pietro Citati, czołowy włoski krytyk literacki i publicysta, autor biografii krytycznych Aleksandra Wielkiego, Goethego, Prousta, Kafki i Tołstoja, a także wydanych u nas książek Izrael i Islam oraz Światło nocy, tym razem zabiera nas w świat cywilizacji irańskiej, a nawet szerzej – w świat kultury bliskowschodniej. A czyni to za pomocą wyjątkowo barwnego, kwiecistego, czasami wręcz poetyckiego języka.

Towarzyszymy wędrówkom koczowników ze stepów dalekiej Syberii i obserwujemy prowizoryczne osady, które przemieniają się we wspaniałe miasta, jak Babilon czy Suza, natomiast dawne siedziby wśród bezkresnych przestrzeni i surowych zim stają się w legendach i mitach siedliskiem wszelkiego zła i niedostatku. Odwiedzamy miasto−symbol Persepolis, ceremonialną stolicę imperium króla królów Dariusza, ostatecznie spalone i splądrowane przez wojska Aleksandra Wielkiego. Poznajemy zoroastryzm, jedną z najstarszych religii monoteistycznych, w której czciciele ognia wśród modlitw oczekują na przyjście zbawiciela, którego pocznie młoda dziewica. Następnie pojawiają się iście szekspirowskie postacie: ukryci królowie z dynastii Sasanidów, a wśród nich tytułowy Chosrow II Parwiz, niezwykle wrażliwy na piękno tyran i despota. To podczas jego rządów szalony przepych, monumentalne budowle i ekstatyczne upojenie życiem przeplatały się z nastrojami dekadenckimi i poczuciem wolno, acz nieuchronnie nadchodzącej zagłady. Klęska rzeczywiście nadchodzi wraz z niewiarygodnie ekspansywną i dynamiczną religią Allacha. Symbolem nowych czasów staje się nieustannie targany wątpliwościami męczennik Husajn, który chciałby być nowym szatanem, aniołem odrzuconym, według niektórych tradycji z powodu nadmiernej miłości do Boga, a zostaje zapamiętany raczej jako nowy Chrystus w obliczu męki objawiający prawdy miłości.

Jednak ten mały esej daje jeszcze coś więcej. Mówi mianowicie o wspólnocie i przemijaniu, nie ograniczając się bynajmniej do kultury Bliskiego Wschodu, ale w sensie jak najbardziej uniwersalnym, ogólnoludzkim, co stanowi o prawdziwej mądrości tej książeczki. Dlatego warto ją czytać szczególnie dziś, w dobie Huntingtonowskiego zderzenia cywilizacji i nieuchronnej wojny światów. Citati wracając do przeszłości, proponuje znacznie głębsze i, co szczególnie istotne, moim zdaniem, znacznie prawdziwsze podejście do problemu przenikania się kultur niż to obecne w dominującym dyskursie euroatlantyckim, gdzie niezwykła i różnorodna cywilizacja bliskowschodnia zredukowana jest niemalże do szejka naftowego lub islamskiego terrorysty. Podążając za autorem, warto więc zauważyć, że najazd Aleksandra Wielkiego paradoksalnie przyczynił się do wzajemnej asymilacji dwóch wielkich tradycji Wschodu i Zachodu, co w konsekwencji zaowocowało rozwinięciem się hellenistycznego judaizmu, astrologii babilońskiej czy wielu kultów misteryjnych. Podobnie zoroastryzm jest źródłem tak fundamentalnych dla chrześcijan motywów, jak nadejście mesjasza, istnienie piekła i nieba czy wędrówka dusz zakończona sądem ostatecznym. Wreszcie islam, uznający wszystkich żydowskich proroków, był kiedyś religią opartą na dialogu i tolerancji, szczególnie biorąc pod uwagę ówczesne praktyki chrześcijan. Pamiętajmy, że cywilizacja ta wydała wielkich matematyków, astronomów i lekarzy oraz przywróciła Europie zapomnianych niegdyś starożytnych uczonych z Platonem i Arystotelesem na czele.

Michał Jakubik
Pietro Citati, Wiosna Chosrowa, tłum. Joanna Ugniewska, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa 2008.

Psycholożki o wykładach

Biorąc do ręki Sztukę prowadzenia wykładów i lekcji przypuszczałem, że będę miał do czynienia z poradnikiem dla nauczycieli. Jednak zgodnie z oryginalnym tytułem książki jej adresatem jest psycholog, trener bądź prościej osoba, która w swojej pracy musi przemawiać do audytorium. Tylko pierwsza część polskiego tytułu jest adekwatna. Odbiorcę, który próbowałby potraktować książkę jako poradnik trudnej sztuki prowadzenia lekcji, spotka zawód.

Autorkami są dwie niemieckie psycholożki, pracujące od kilkunastu lat jako trenerki komunikacji oraz doradczynie w przedsiębiorstwach prywatnych, a także osoby zajmujące się psychoterapią i poradnictwem systemowym. Wykształcenie zdobyły w uniwersytecie w Hamburgu. Pomysł napisania książki zrodził się po przeprowadzeniu cyklu spotkań dla kadry zarządzającej z zakresu psychologii prezentacji.

Książka jest przegadana i naszpikowana propozycjami różnorakich ćwiczeń dla czytelnika. Niektóre z nich, zwłaszcza z rozdziału Chwyty i narzędzia, próbowałem zastosować: chodziłem po domu oddychając brzuchem i bacznie obserwowałem jego poruszanie się.

Kto zatem powinien być adresatem książki? Autorki piszą, iż jest ona skierowana do „osób profesjonalnie zaangażowanych w rozwój osobowy”.

Sztuka prowadzenia wykładów i lekcji to zarazem hołd składany przez terapeutki Fridemannowi Schulzowi von Thun. Jest on mistrzem psycholożek, zajmującym się zarządzaniem i komunikacją, stąd dość częste przytoczenia jego prac. To, co jednak uderza przy lekturze, to duży rozgardiasz terminologiczny. I choć psychologii – ze względu na swój subiektywny charakter – jako nauce, przysługuje większy przydział w zakresie słowotwórstwa nomenklatury naukowej, autorki chyba za bardzo nabrały rozpędu w wytwarzaniu neologizmów i przed końcem książki trudno im wyhamować. Terminologia zresztą, którą się posługują, prócz własnej inwencji, zawiera dużo zapożyczeń z prac Fridemanna Schulza von Thun, ale także trafiają się określenia używane przez Karin von der Laan, Christopha Thomanna, Bernda Weidenmanna. Tym niemniej książka zawiera mnóstwo pojęć nieostrych, wymagających dodefiniowania. Toteż autorkom sporo czasu zabiera objaśnianie tego, co miały na myśli w swoich koncepcjach, używając terminów: „prawda sytuacji”, „zapalnik”, „wytężanie wspólnych sił”, „sprzymierzanie się z oporem”, „zdewaluowana przesada”, „prawda chwili”.

Ze wszystkich rozdziałów zdecydowanie zaciekawił mnie pierwszy: Narcystyczne nieporozumienie – rzecz o narcystycznym stylu prowadzenia wykładów. W najbardziej rzeczowym z rozdziałów w ciekawy sposób opisane zostały osobowościowe rysy osób przemawiających publicznie. Sytuacja bycia w centrum uwagi niejednokrotnie stanowi pożywkę dla wzmocnienia swego poczucia wartości, które osoby te czerpią, starając się wzbudzić podziw u innych. Patologia polega na tym, że narcyzm przemawiających ma tendencje do utrwalania się. W zarządzaniu mówi się już o „narcystycznie zainfekowanych przedsiębiorstwach” lub „narcystycznie zmotywowanych top−kadrach kierowniczych”.

Bogdan Bernat
Maud Winkler, Anka Commichau, Sztuka prowadzenia wykładów i lekcji, tłum. P. Włodyga, Wydawnictwo WAM, Kraków 2008.

Wychowanie obywatelskie

Kolejny tom tej pięknie wydanej serii nie przynosi rozczarowania także pod względem treściowym. Jest – jak poprzednie tomy – zbiorem interesujących artykułów, które można z pewnością nazwać naukowymi, czyli takimi, które mają czytającego czegoś nauczyć, o czym, niestety, wielu autorów piszących swe uczone rozprawy często zapomina. Natomiast teksty zebrane przez redaktorki wszystkich czterech tomów, Marię Dudzikową i Marię Czerepaniak−Walczak, nie tylko poruszają poważne problemy dotyczące szkolnictwa i wychowywania młodych ludzi, ale są przy tym są napisane w formie, która ułatwia lekturę.

Tom zawiera teksty kilkudziesięciu autorów. Można by rzec, że jest bardzo eklektyczny, gromadzi bowiem głosy nie tylko pedagogów, filozofów, psychologów, ale także polonistów, socjologów, prawników czy historyków. Każdy oczywiście porusza inny aspekt zagadnienia, ale lektura wszystkich tekstów pozwala na stworzenie całościowej wspólnej wizji zagadnienia, które wydaje się tym pełniejsze, im więcej jest punktów widzenia. Nie znaczy to oczywiście, że nie daje się czytać tekstów oddzielnie, wszak można się skupić tylko na artykułach, które zawierają najciekawsze dla czytającego zagadnienia.

Podobnie jak w poprzednich tomach teksty zostały zgromadzone wokół jednego hasła – tematu. Pierwszy tom odsłania współczesne napięcia i dylematy specyficzne dla procesów wychowania we współczesnym świecie. Na tym tle zawartość drugiego tomu ukazuje, że nie da się już nawet udawać, iż wychowanie może być neutralne. Tom trzeci skupia się na dyskusji wokół nauczyciela−wychowawcy: jak kieruje wychowaniem swoich podopiecznych. Tom czwarty nieco do tego nawiązuje. Podejmowana w nim jest bowiem tematyka wychowania obywatelskiego: ku demokracji poprzez edukację.

Jeśli komuś kojarzy się to z hasłem wychowawczym właściwym dla poprzedniego systemu, powinien zweryfikować swoje poglądy na temat, czym jest wychowanie patriotyczne i obywatelskie. Nie chodzi już bynajmniej o pochody pierwszomajowe i czyny społeczne, ale o wykształcenie w młodzieży poczucia przynależności narodowej. Ten szczególny problem staje się zagadnieniem nie tylko pedagogicznym czy psychologicznym, ale też politycznym i ekonomicznym. Zresztą polityka często miesza się do edukacji, jak pisze Włodzimierz Paszyński w artykule dotyczącym zmian w systemie wychowania, które uzależniane są częstokroć od zapatrywań politycznych kolejnych ministrów oświaty. Zresztą i same, dobrze zdawałoby się znane, pojęcia ulegają znacznym zmianom. Jak pisze Anna Przecławska, pedagog społeczny, a także nauczyciel akademicki, romantyczne hasła, jak „Bóg, honor, ojczyzna”, nie niosą dziś ze sobą tego przesłania, które miały niegdyś. Są w aktualnych warunkach dla młodzieży jedynie pusto brzmiącymi dźwiękami. Mogą być hasłem, do którego dochodzi się w procesie kształtowania u młodych ludzi poczucia przynależności, z pewnością nie mogą być zaś hasłem wyjściowym.

Aby nauczyć młodzież szerszego myślenia społecznego, należy spróbować zrozumieć sposób myślenia, perspektywy i motywy kierujące tymi, których się uczy. Nowe czasy wymagają bowiem nowych rozwiązań, a te a la profesor Bladaczka nie mają w dzisiejszych czasach racji bytu.

Anna Matraszek

Maria Dudzikowa, Maria Czerepaniak−Walczak (red. nauk.), Wychowanie. Pojęcia – Procesy – Konteksty. Interdyscyplinarne ujęcie. T. 4, gdańskie wydawnictwo psychologiczne, Gdańsk 2008.
Maj 2008

Humanista w erze postkultury

W eseju Parę słów o nihilizmie w naukach humanistycznych Jan Prokop pyta, czy współczesna humanistyka, zamiast traktować o człowieku, jego wytworach i losach, zamienia się powoli w jarmark i widowisko. Podobnych pytań na temat kondycji dzisiejszej kultury znajdziemy w tej książce więcej. Stawiają je filozofowie, teolodzy, literaturoznawcy, historycy sztuki, a także politolodzy oraz dydaktycy. Wszystkie wypowiedzi pozwalają lepiej przeanalizować otaczającą nas magmę postmodernistycznej produkcji kulturowej, dają szansę na uporządkowanie pewnych wartości, wreszcie – mogą obudzić w czytelniku pozytywne emocje. Świadczą bowiem o tym, że istnieje jednak refleksja nad często przygnębiającym obrazem kultury początku XXI wieku.

Pierwsza część publikacji opisuje kulturę z perspektywy filozofii i teologii. Ciekawy wywód ks. Tadeusza Dzidka dotyczy funkcji sztuki w poznaniu teologicznym. Autor zwraca uwagę na wspólne narzędzia poznawcze, jakich sztuka dostarcza teologii. Wskazuje na pozytywne konsekwencje buntu w sztuce, jej zaprzeczaniu wierze. Interesujące są wnioski na temat odnowy języka, który teologii może zaproponować sztuka oraz pomocy, jaką niosą ludzkie dzieła w kontemplacji. W kontekście poznania istoty rzeczywistości ukazuje sztukę Krzysztof Wałczyk SJ. Wychodząc od tezy, iż podstawową funkcją dzieła sztuki jest ubogacanie, budowanie nas „od środka”, wyrokuje, że sztuka rekompensuje nam dzisiaj zagubiony, metafizyczny wymiar życia.

W drugiej części książki odnajdujemy pytania o obecność wartości oraz antywartości we współczesnych naukach humanistycznych i – szerzej – w kulturze. Wspomniany już Jan Prokop rozprawia się ze spuścizną nauki o literaturze, jaką zafundowały nam czasy najnowsze. Ze swadą pisze o modernistycznych „wpadkach” literatury, suchej nitki nie zostawia na postmodernistycznych fascynacjach kręgów uniwersyteckich. Podkreśla, że ponowoczesna refleksja nad literaturą uczyniła swym fundamentem nihilistyczny relatywizm. Pisze o sytuacji, w której „tekst jako roz (s) klejka otwiera się na interpretację jakąkolwiek, (...) byleby była hecna, byleby atakowała ostro naszą wrażliwość”. Demaskuje przy okazji część profesorskich elit. Porównuje je do podekscytowanych surferów, którzy chcą być na fali z ostatnią modą produkowaną w, jak to nazywa, „prestiżowych centrach ponowoczesnej nerwicy, w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie”.

Z kolei głosy historyków sztuki dotyczą głównie zagadnienia stosunku nowoczesności do tradycji. W eseju Katarzyny Brzeziny odnajdujemy analizę przykładów nawiązań XX−wiecznego malarstwa do stylów i motywów antycznych, średniowiecznych czy barokowych. O związkach nowoczesnej architektury i urbanistyki z postoświeceniowymi utopiami politycznymi i totalitarnymi pisze Dariusz Kucia.

Ciekawe wnioski zawiera wypowiedź Krzysztofa Szczerskiego, który pochyla się nad obrazem europejskiej kultury politycznej w kontekście Traktatu Konstytucyjnego. Politolog wskazuje na to, iż w centrum aksjologii Karty Praw Podstawowych UE znajduje się pojedynczy człowiek, swoista „kula bilardowa”, osoba bez kontekstu. Autor podkreśla brak w dokumencie odwołań do dobra wspólnego, sygnalizuje konieczność budowania rzeczywistej wspólnoty ludzkiej, a nie tylko integrowania zza biurek, za pomocą procedur biurokratycznych.

Beata Maj
Poza utopią i nihilizmem. Człowiek jako podmiot kultury, redakcja naukowa Andrzej Waśko, Wyższa Szkoła Filozoficzno−Pedagogiczna „Ignatianum”, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, seria: Humanitas. Studia kulturoznawcze. Badania.

Nie-dziki filozof

„Uczonym jest ten, kto wiele nauczył; geniuszem, od kogo ludzkość nauczy się czegoś, o czym dotąd nie wiedziała” – pisze w swym dzienniku Schopenhauer. Ma przy tym na myśli zapewne… siebie samego. Jest przemądrzały, arogancki, pełen pychy. Kiedy w Uniwersytecie Berlińskim stawia czoło samemu Heglowi, musi przełknąć gorzką pigułkę. Jego słuchać nie chce nikt, na wykładzie Hegla – sala pęka w szwach. Ten brak sukcesu i akceptacji doskwiera mu przez całe życie.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że naznaczone ono było piętnem dzieciństwa. Wychowuje się w Hamburgu, gdzie na każdym kroku czuć zapach pieniądza, a najważniejszą ze sztuk jest użyteczność. Pozostaje pod przemożnym wpływem ojca, dla którego kupiecka tradycja rodziny jest najwyższym celem. Dla matki, bardziej niż wychowanie syna, liczą się spotkania elity towarzyskiej. Nic dziwnego, że pozbawiony matczynej miłości i dowodzony przez despotycznego ojca, czuje się osamotniony, wyobcowany, pełen strachu. Pozostaje na uboczu, patrzy na życie z dystansu i dziwi się wszystkiemu. Z tego zdziwienia bierze się pęd ku filozofii, zrealizowany dopiero po śmierci ojca. Ale ojcowskiego cienia Artur nigdy się nie pozbędzie.

Gdy zaczyna swoją filozoficzną drogę, nieustannie wszystko i wszystkich krytykuje, ocenia, potępia. Tylko tak potrafi wyznaczyć własną przestrzeń. Nie ma przyjaciół, bo jak sam mówi, nikt nie jest godzien jego przyjaźni. Żyje więc jak odludek, pisząc w Dreźnie największe dzieło swego życia Świat jako wola i przedstawienie. To właśnie tu rodzi się jego metafizyka woli, która jest źródłem i istotą rzeczy.

Ta izolacja od świata ma dla Schopenhauera radykalnie inny wymiar. Nieobecny na zewnątrz, w sobie przeżywa prawdziwą rozkosz, wręcz ekstazę. „Pan kwitnie, panie doktorze” – usłyszy pewnego dnia od swojej gosposi. „Tak, jeśli drzewa by nie kwitły, jakżeby miały wydać owoce” – odpowiada.

Dojrzewaniu tychże owoców autor biografii – niemiecki filozof i pisarz Rüdiger Safranski – przygląda się z niezwykłą starannością. Prowadzi nas przez życie Schopenhauera tak, aby zobaczyć nie tylko kiełkujące w nim ziarna filozoficzne, ale i grunt, na jaki padają. Widzimy więc Artura w „uduchowionym” Weimarze, gdzie spotyka Goethego i podważa jego Naukę o barwach. Śledzimy jego studia w Getyndze, na których poznaje dzieła Platona i Kanta. Obserwujemy go też w trakcie napoleońskiej kampanii moskiewskiej, która przetacza się przez Niemcy. Dla Schopenhauera to nic innego, jak „morderczy karnawał”. Nie bierze w nim udziału.

Wojenna zawierucha spustoszyła nie tylko krajobraz niemieckich miast, ale również ludzkie dusze. Po niej na pesymizm nie ma ani miejsca, ani chętnych. Króluje mało wyszukana miałkość. Schopenhauer, dzięki spadkowi po ojcu, nie musi jednak iść z prądem. Nie żyje bowiem „z”, ale „dla” filozofii. Jest, jakbyśmy dziś powiedzieli, w pełni niezależny, daleki od politycznej poprawności. Żyje w „dzikich czasach filozofii”, ale jest ich zażartym wrogiem. „Moja epoka nie jest moim obszarem działania” – wyznaje. On ją wyprzedza. Choć niezauważany, jest daleko w awangardzie. Staje się Kasandrą naszych czasów. Jeszcze dzikszych.

Mariusz Karwowski
Rüdiger Safranski, Schopenhauer. Dzikie czasy filozofii. Biografia, tłum. Mateusz Falkowski, posłowie Maria Janion, Wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2008.

Ilustracja życia

„Pisząc biografię człowieka, który żył tak długo i stworzył tak wielkie dzieła, nie wiemy, jak głęboko nurkować, gdzie sięgnąć dna, aby zaczerpnąć garść piasku, to przecież nie staw, to ocean” – pisze Wiktor Szkłowski. Biografia wielkiego pisarza i myśliciela, napisana przez wybitnego teoretyka i historyka literatury, to wznowienie wydawanego już w Polsce dzieła.

Fakt, iż autor należał do twórców rosyjskiej szkoły formalnej, nie pozostał bez wpływu na jego pracę, mimo że biografia powstała w roku 1963, kiedy Szkłowski odstąpił częściowo od radykalnie formalnego traktowania literatury. Echa jego teorii chwytu literackiego są w książce obecne. Zdarzenia przetwarzane za pomocą odpowiednich chwytów tworzą odpowiednie konstrukcje, tak, by literackość dominowała nad metodą genetyczno−historyczną. Gdy czytamy biografię Tołstoja, niemal namacalnie odczuwana jest rola drobiazgowej, ale jednocześnie upoetyzowanej kreacji świata. Jednak autor, czerpiąc z autentycznych listów, dzienników i dokumentów, konfrontuje relacje Tołstoja z własną wiedzą, wskazując na nieścisłości, błędy, komentując rzeczywistość.

Fluktuacja temporalna świata przedstawionego sprawia, że odbiorca odbywa swoistą podróż w czasie. Migawkowe zatrzymanie na poszczególnych scenach z życia Tołstoja to nie jedynie błysk flesza, ale cały obraz, uwzględniający układ przyczynowo−skutkowy. Każdy gest, każde słowo zdają się mieć niepodważalny wpływ na dalszy bieg życia. Autor wciąga czytelnika w rozmowy, wprowadza go w świat poprzez opisy miejsc i postaci, poprzez dygresję wybiega w przyszłość lub przeszłość, by za chwilę powrócić do sytuacji opisywanej.

Świat przedstawiany jest przez pryzmat odczuć opisywanych postaci, kiedy indziej zamknięty w odautorskim komentarzu, najczęściej jednak to jakby transpozycja biegu myśli samego Tołstoja dokonana na potrzeby dzieła. To ilustracja jego życia od okresu związanego z pierwszymi wspomnieniami pisarza, poprzez dzieciństwo w arystokratycznej rodzinie, młodość czasów uniwersyteckich i służby wojskowej, po chorobę i śmierć. Zmiany zachodzące w światopoglądzie i osobowości pisarza, metamorfoza jego zapatrywań społecznych i religijnych, wszystko to przedstawione jest w kilku płaszczyznach analizy psychologicznej, historycznej i literackiej.

Szkłowski to nie tylko autor przedstawiający dzieje twórcy, to teoretyk i historyk literatury. Wiedza literaturoznawcza i biograficzna tworzą spójną całość. Rzeczywistość poddawana jest konfrontacji ze światem przedstawionym w dziełach Tołstoja. Autor wskazuje na związki zdarzeń rzeczywistych z tokiem fabularnym utworów. Identyfikuje pierwowzory postaci z bohaterami powieści, wskazuje na bodźce mające wpływ na powstanie poszczególnych scen. Analizuje twórczość Tołstoja również w kontekście teoretycznym, kładąc nacisk na cechy kompozycji, doszukując się pionierstwa w dziedzinie literackiej koncepcji „strumienia świadomości” oraz analizy duszy ludzkiej.

Wskazuje nawet na zasady wydania i recepcję dzieł. Poddaje analizie lektury rosyjskiego twórcy na poszczególnych etapach jego życiowej drogi. Literatura staje się integralnym elementem życia. To ona kreuje świat, z niej czerpie pisarz i poprzez nią wyraża. To dzieło nie tylko o wielkim twórcy literatury, ale i o samej literaturze.

Aleksandra Wójtowicz

Wiktor Szkłowski, Lew Tołstoj. Biografia, tłum. Romana Granas, wydawnictwo w.a.b., Warszawa 2008, seria: Fortuna i Fatum.

Publicystyka i chaos pojęciowy

Książka prof. Zbigniewa Drozdowicza O racjonalności życia społecznego zawiera cykl dziesięciu wykładów poświęconych temu zagadnieniu. Tytuł jest mylący, sugeruje bowiem dociekania rzeczowe, podczas gdy wykłady dotyczą dziejów poglądów różnych myślicieli na kwestię związków rozumu z organizacją społeczeństwa, jego przemianami itp. Poszczególne wykłady dotyczą kolejno: dwóch tradycji (francuskiej i niemieckiej) „dziejowej racjonalności życia społecznego” (?), poglądów starożytnych, średniowiecznych, odrodzeniowych, oświeceniowych myślicieli, liberalnej myśli brytyjskiej (Smith i J.S. Mill), myśli „utopistów” (T. Morus i C. Saint−Simon), a na końcu myśli socjalistów i komunistów (na Leninie kończąc). Ostatni wykład Typy wizji racjonalizmu w życiu społecznym ma ogólniejszy, podsumowujący charakter i zawiera streszczenie poprzednich według podziału modeli racjonalności na koncepcje głoszące „racjonalność dawaną z góry” (jakiś Rozum określający zasady organizacji świata) oraz takie, gdzie racjonalność „jest dawana z dołu”. Nie ma w książce natomiast dociekań odnośnie do współczesnej myśli dotyczącej relacji rozum – społeczeństwo. Omówienie poglądów poszczególnych autorów poprzedzone jest uwagami biograficznymi oraz historycznymi, co w przypadku autorów znanych (np. Platon czy Augustyn) wydaje się zbędne.

Wykłady mają raczej charakter popularny. Autor, być może ze względu na rozmiar podjętego dzieła (całe dzieje filozofii), nie jest w stanie wyjść poza dość powierzchowny, i niestety miejscami niejasny, referat poglądów poszczególnych autorów, czasami wręcz ocierający się o publicystykę. Przytoczmy jako przykład fragment z rozważań o Tomaszu z Akwinu: „Ten ostatni [chodzi o papieża Klemensa IV – ML] wysłał go [Tomasza] do Paryża dla wzmocnienia stronnictwa przeciwników awerroistów i awerroizmu. Awerroes był jednym z najwybitniejszych przedstawicieli średniowiecznego arystotelizmu. Według Tomasza z Akwinu, był on „nie tyle perypatetykiem, ile fałszerzem filozofii perypatetyckiej”, bowiem głosił teorie dwóch prawd (wiary i rozumu), dwóch różnych dróg prowadzących do tych prawd oraz dopuszczał, iż mogą one być, a nawet często są rozbieżne. Spór ten zakończył się całkowitą klęską awerroistów, a jeden z ich intelektualnych liderów Siger z Brabantu zakończył swoje życie w tajemniczych okolicznościach na wygnaniu we Włoszech (prawdopodobnie został zamordowany)”. Jak powiązać ten fragment z tematyką rozważań? Co ma do myśli Tomasza wzmianka o zamordowaniu Sigera? Itd. Dalej mamy np. takie zdanie: „Tomasz z Akwinu, podobnie jak Augustyn – starał się oczywiście oddać Bogu to, co boskie, a człowiekowi to, co ludzkie, jednak w większym stopniu niż jego poprzednik stawiał na to, co ludzkie, w tym na ludzki rozum”.

Poważniejszym zarzutem wobec pracy jest panujący w niej, jak się wydaje, pewien nieporządek pojęciowy. Autor często używa terminów racjonalizm, racjonalizacja, racjonalność, jakby nie do końca zdając sobie sprawę z ich zakresów. Czasem używa wręcz zamiennie terminów racjonalizm, racjonalność, zdając się ignorować to, że racjonalizm jest nazwą doktryny (jak więc rozumieć wizje racjonalizmu), a racjonalność – cechą bytu, poznania, działania czy w końcu społeczeństwa, jego dziejów czy organizacji. Ten zbyt luźny tok wywodu mocno przeszkadza w lekturze pracy. Szkoda.

Marek Lechniak
Zbigniew Drozdowicz, O racjonalności życia społecznego. Wykłady, wydawnictwo naukowe uam, Poznań 2007.

Fenomenologia poezji

O Wojciechu Bąku przypomniano sobie dopiero w ostatnich latach, mimo że od jego śmierci upłynęło bez mała pół wieku. Jak wskazują dokumenty i pamięć świadków, ten poeta, dramaturg, prozaik, eseista, tłumacz był twórcą najdotkliwiej represjonowanym przez Polskę Ludową w latach 1949−56. Długoletnia śladowa obecność twórczości Bąka w syntezach literatury polskiej XX wieku miała swoją przyczynę w działaniach państwa totalitarnego promującego ateizm, jak i w skrywanym negatywnym stosunku literatów do kolegi po piórze. Np. Jarosław Iwaszkiewicz w liście do Miłosza nazywa go wprost „grafomanem”. Opinia partyjna i środowiskowa nie sprzyjała poecie, który konsekwentnie pragnął być wierny swoim chrześcijańskim przekonaniom i w tym względzie nie godził się na żadne kompromisy.

Mimo wszystko pozostaje kwestią otwartą, czy i jaką wartość mają jego utwory. To pytanie zadają sobie historycy i krytycy literatury. Obfitość dzieł Bąka (w tym wznowień oraz ineditów) jest niewspółmierna do istniejących opracowań. Dlatego w pierwszym odruchu z uznaniem odnotowuję książkę młodego literaturoznawcy, związanego z Instytutem Nauk o Literaturze Uniwersytetu Śląskiego. Publikacja pokazuje, jak trudno badać poezję, która zawisła w badawczej próżni. Autor, co prawda, nawiązuje do ustaleń, diagnoz, intuicji krytycznoliterackich (na ogół formułowanych jeszcze za życia poety i niedługo po jego tragicznej śmierci), ale ma kłopoty ze znalezieniem języka opisu wierszy. Można by wskazać na inne mankamenty i braki warsztatowe tej pierwszej próby monograficznej Bąka. Jednakże książka Pyzika odsłania tęsknoty literaturoznawcze młodego pokolenia, które nie zawsze idzie po tropach postmodernizmu, lecz oczekuje od poezji poszukiwania odpowiedzi na podstawowe pytania o duchowość i człowieczeństwo.

Pyzik zrezygnował z perspektywy historycznej, ograniczył horyzont filologiczny, pożegnał się ze strukturalizmem, by podjąć fenomenologiczną refleksję o wierszach Bąka. Literaturoznawca omawia je, aby uchwycić nie tyle motywy, symbolikę, tradycję literacką, ile postawę poety, kierunek jego wewnętrznych zmagań, los jego rozognionej wiarą duchowości. Toteż Pyzik nieznacznie „upowieściowił” swoje rozważania, które skupił kolejno wokół: „powołania”, „zwątpienia”, „łaski”, „służby”, „światłości”, „codzienności”, „milczenia” i „mistyki”. Wyniki badawcze nie za każdym razem nabierają konkretności literaturoznawczej. Pozytywność tego sposobu przedstawiania poezji polega na tym, że staje się ona żywą materią, wytworem kulturowym, który nie przedstawia się w aurze iluzorycznego obiektywizmu. Książka ta być może zapowiada to, w co wierzył Wojciech Bąk, że „pozbawiony duchowości paradygmat przenikający niemal każdą dziedzinę życia, kiedyś musi się skończyć”.

Po lekturze tej (nierównej) książki widać, że Bąk był poetą, dla którego liczyło się słowo−czyn, nie zaś artyzm jako wyraz możliwości techniczno−formalnych, za którymi nie idzie żadna praktyka życiowa.

Książka ukazała się dzięki aktywności regionalistów z Ostrowa Wielkopolskiego, a szczególnie Witolda Banacha, pomysłodawcy serii wydawniczej „Biblioteka Ostrowska”, w której ukazało się m.in. wznowienie niedokończonej powieści autobiograficznej Wojciecha Bąka Miasto mego dzieciństwa.

Zbigniew Chojnowski
Tomasz Pyzik, Twórczość poetycka Wojciecha Bąka, pod red. Witolda Banacha, Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego, Ostrów Wielkopolski 2007, seria: Biblioteka Ostrowska.
Kwiecień 2008

Uniwersytet cię zabija

„Postmodernistyczne spojrzenie na instytucję uniwersytetu wskazuje na przemoc, jako na jeden z głównych czynników kształtujących byt Akademii, ukazując związki wiedzy z władzą” – tak podsumowuje swój artykuł Paweł Błędowski z Instytutu Historii UMCS. Tekst zamieszczono w książce zbiorowej Społeczna odpowiedzialność uczelni pod red. Krzysztofa Lei.

Łatwo się domyślić, że mistrzem autora artykułu jest Michel Foucault, filozof, który rzeczywistość społeczną widział jako system nadzoru, przemocy i zniewolenia, władzę pojmował jako represję i dominację, a swoją filozofię budował na demaskowaniu i podejrzeniach. Wszystko jest niebezpieczne, wszystko służy interesom władzy, ćwiczmy więc techniki podejrzeń. Drugą ważną postacią artykułu jest Pierre Bourdieu, twórca teorii przemocy symbolicznej (niewidocznej przemocy dominujących nad podporządkowanymi).

Przemoc jest w uniwersytecie wszechobecna – powiada autor artykułu, w którym dokonuje syntezy postmodernistycznych opinii o „przemagającej” roli Akademii wobec jednostki. Jest więc przemoc intelektualna: profesor proponuje pewne dyskursy, zamykając drogę do innych (dlaczego?). Sztywny podział na dyscypliny zamyka człowieka w jednym schemacie pojęciowym, skazuje na poruszanie się w obrębie jednego paradygmatu (dlaczego?). Przemocy poddani są wszyscy prócz tych na szczycie hierarchii (dlaczego?). Groźne są: autorytet pedagogiczny, wzorce zachowań kulturowych, kult kultury dominującej (dlaczego?). Groźne są egzaminy i wykłady w auli z centralnie położoną i (o, Boże!) podwyższoną katedrą!

„Postmodernistyczny głos w sprawie uniwersytetu zasługuje nadal na głęboki i uważny namysł” – pisze Paweł Błędowski. Zgoda, ale nie w tych miejscach, gdzie popada w śmieszność.

Strawestujmy Bourdieu: Studenci nieświadomie poddają się przemocy symbolicznej. Gdy pragną uczęszczać na zajęcia najmądrzejszych profesorów, zajęcia, które stwarzają największy dystans intelektualny między nimi i wykładowcą, zdają się postępować we własnym interesie. Wszak z takich zajęć wynosi się najwięcej korzyści. Tymczasem kontakt z bardzo mądrym profesorem stawia studenta na pozycji podporządkowanej. Profesor jest więc źródłem przemocy symbolicznej. Im większy dystans intelektualny między mistrzem i uczniem, tym większa dominacja i przemoc. Można by dodać, że uniwersytet gnębi studentów także za pomocą języka: wyrafinowany język demaskuje prostactwo języka mediów i subkultur młodzieżowych. Powinniśmy więc dążyć do zatrudniania profesorów o minimalnej różnicy intelektualnej w porównaniu ze studentami, wyrażających się prymitywnie, przedstawiających swój przedmiot w maksymalnym uproszczeniu. Żartuję, oczywiście, ale nie żartują ci, którzy z teorii Bourdieu i Foucaulta wyprowadzili politykę dostępności, praktykę działań afirmatywnych. Pisał o tym Frank Furedi w wydanym niedawno po polsku eseju Gdzie się podziali wszyscy intelektualiści?

Czas już na oddzielenie tego, co wartościowe w myśli postmodernistycznej od tego, co absurdalne lub mętne. I tym właśnie powinien się zająć uniwersytet. Omawianiu poglądów postmodernistów powinna towarzyszyć ich krytyka. Aprobatywne streszczenia od wewnątrz, wyznawcze odczytania miały swój czas, który minął. Pora na wysiłek oddzielenia sensu od nonsensu.

(fig)
Społeczna odpowiedzialność uczelni, red. nauk. Krzysztof Leja, Wydział zarządzania i ekonomii Politechnika gdańska, Instytut społeczeństwa wiedzy, Gdańsk 2008.

Łatwa książka na trudny temat

Rzadko się zdarza, by wybitny badacz był jednocześnie dobrym popularyzatorem wiedzy. Jeśli jednak taka koincydencja się przydarzy, to powstają dzieła godne uwagi.

Awangardowy charakter sztucznej inteligencji oraz zdecydowany prymat, jaki przez długi czas miały w tej dziedzinie sieci neuronowe, skłaniają do bliższego ich poznania, oswojenia się z ich działaniem, zrozumienia tego, co wniosły do nauki i poznania ich wpływu na informatykę jutra. Sztuczną inteligencję warto i wypada znać. Niestety podręczniki, zwłaszcza dotyczące sieci neuronowych, nie należą do łatwych w czytaniu. Jakkolwiek podstawowe intuicje można szybko uchwycić, to jednak droga do zrozumienia szczegółów wiedzie poprzez gąszcz skomplikowanych formuł matematycznych i trudnych do zrozumienia algorytmów.

W tym kontekście książka prof. Tadeusiewicza stanowi niezwykle cenną ofertę zwłaszcza dla czytelnika początkującego i niezbyt dobrze przygotowanego matematycznie oraz algorytmicznie, ponieważ objaśnia wszystkie poruszane zagadnienia rezygnując z matematycznego formalizmu (w książce nie ma ani jednego wzoru).

Sieci neuronowe są nie tylko użytecznymi narzędziami obliczeniowymi, mogą też służyć jako komputerowe modele fragmentów biologicznego systemu nerwowego albo wręcz jako komputerowe imitacje ludzkiego mózgu (naturalnie pamiętając o uproszczeniach, jakie się stosuje przy ich budowie). Autor wykorzystuje tę okoliczność, by rozbudzić dodatkowe zainteresowanie czytelnika opisywanym przedmiotem, nie przekraczając jednak granicy dopuszczalnych i naukowo uzasadnionych analogii.

Książka, poza tym, że rozbudza (i zaspokaja!) ciekawość czytelników związaną ze sztuczną inteligencją i skłania do zainteresowania biologią, ma dodatkowy walor, uwidoczniony w jej tytule. Chodzi mianowicie o aktywizację czytelnika, który – zamiast czytać o sieciach neuronowych i poznawać je w sposób bierny – jest zachęcany do samodzielnego eksperymentowania. A wystarczy tylko dostęp do komputera.

Dzięki temu, że integralnym składnikiem tej książki są samodzielne eksperymenty czytelnika z programami modelującymi funkcjonowanie sieci (udostępniono je za darmo w Internecie: http://home.agh.edu.pl/~tad/), ma ona dwie dodatkowe zalety. Po pierwsze, wyrabia u czytelnika (zwłaszcza młodego) chęć i gotowość samodzielnego odkrywania wiedzy zamiast jej biernej „konsumpcji”. Po drugie, programy są napisane w popularnym języku C# (do jego używania można uzyskać za darmo w Internecie wszystkie niezbędne składniki: edytor, kompilator, linker, biblioteki, środowisko uruchomieniowe itd.) i są udostępnione m.in. jako tzw. kody źródłowe. Dzięki temu czytelnik może te programy przeanalizować, wiążąc ich obserwowane działanie z tekstem samego programu, który można w tym przypadku potraktować jako rodzaj samouczka dobrego programowania komputerów z wykorzystaniem nowoczesnej technologii obiektowej. Co więcej, zainteresowany „informatyczną kuchnią” czytelnik może sam te programy rozbudowywać, modyfikować, zmieniać, wzbogacać, do czego zachęcają go pytania kontrolne oraz problemy do samodzielnego rozwiązania, znajdujące się w zakończeniu każdego rozdziału. Może to być znakomitą szkołą dla przyszłych mistrzów świata w programowaniu – co stało się ostatnio polską specjalnością i... dumą.

Leszek Rutkowski
Ryszard Tadeusiewicz, Tomasz Gąciarz, Barbara Borowik, Bartosz Leper, Odkrywanie właściwości sieci neuronowych przy użyciu programów w języku C#, Wydawnictwo polskiej akademii umiejętności, Kraków 2007.

Trzeci sektor

U podstaw tworzenia uczelni niepublicznych w Polsce leżało „przeświadczenie założycieli o istotnym niedopasowaniu oferty edukacyjnej funkcjonujących uczelni publicznych do oczekiwań rynku.” Nadto do początku lat 90. miejsca w uczelniach publicznych były stale limitowane, a egzaminy wstępne, w ocenach organizacji międzynarodowych (m.in. Banku Światowego i Europejskiego Banku Inwestycyjnego), uznawane za bardzo trudne. Przy niskim poziomie finansowania uczelni państwowych ze środków publicznych, który najczęściej nie przekraczał od 1991 roku 1 proc. PKB, zasadne było powołanie do życia uczelni niepublicznych, niekorzystających z państwowej subwencji.

Geryk zwraca uwagę, że dzięki uczelniom niepublicznym zmienia się w Polsce postrzeganie szkolnictwa wyższego. Coraz częściej pojawia się przyzwolenie społeczne, by uczelnie mogły być traktowane jako przedsiębiorstwa zarabiające. „Klienci edukacyjni” – studenci, płacąc za „usługę edukacyjną”, która ma charakter niematerialny, otrzymują wiedzę i umiejętności. Usługa ta wymaga bezpośredniego i w miarę stałego kontaktu z klientem. Usługa ma charakter nietrwały, bo nie można magazynować potencjalnych możliwości ich świadczenia. Nie sposób zgromadzić czasu wykładowców czy miejsc w salach wykładowych. Przy jednoczesnym wykonywaniu usługi i odbieraniu jej przez nabywcę trudno także o zapewnienie tak samo wysokiej jakości usługi. Mimo to – jak podkreśla autor – zgodnie z prawem E. Savasa, „każda działalność gospodarcza i pozagospodarcza realizowana przez podmioty niepubliczne jest o około 50 proc. sprawniejsza merytorycznie i efektywniejsza ekonomicznie”. Podmioty niepubliczne, ponieważ oparte są na kapitale prywatnym, nie mogą być słabe merytorycznie czy nieefektywne, co zwykle występuje w jednostkach dofinansowywanych przez państwo, a zwłaszcza w publicznej sferze edukacyjnej, w tym szkolnictwa wyższego. Savas udowadniał swe prawo na przykładach Stanów Zjednoczonych i innych państw rozwiniętych. Trzeba więc spytać autora: czy prawo to ma również skuteczne zastosowanie w krajach przechodzących proces transformacji ustrojowej i gospodarczej?

Uczelnie niepubliczne, mimo że są przedsięwzięciami gospodarczymi, w kategoriach fiskalnych potraktowane zostały przez państwo ulgowo. Zwolniono je z płacenia podatku dochodowego od osób prawnych i podatku od nieruchomości. Nadwyżka finansowa powstająca w końcu roku obrachunkowego powinna być w całości przeznaczana na realizację statutowych celów uczelni. W przypadku podatku od nieruchomości wymagane jest, by nieruchomość wykorzystywana była jedynie do realizacji celów statutowych. Nie istnieje w polskim systemie szkolnictwa wyższego pojęcie właściciela uczelni, zatem nie można mówić o podziale zysku. Ustawodawca zaliczył na tej podstawie wszystkie uczelnie do organizacji non profit. Takie przyporządkowanie jest zgodne z międzynarodową klasyfikacją, w której wszelkie instytucje edukacyjne zaliczono do tzw. trzeciego sektora.

Sektor non profit na całym świecie przeżywa okres dynamicznego rozwoju. Przejmuje on funkcje państwa, które na rynku edukacyjnym nie musi finansować podstawowej działalności dydaktycznej uczelni. Pełni już zatem tylko funkcję nadzorczą. Uczelnie niepubliczne z kolei, uczestnicząc w grze rynkowej, konkurują między sobą o kandydatów na studia. Orientacje rynkowa i prokonsumencka coraz częściej – jak dowodzi Geryk – warunkują sukces rynkowy uczelni.

Bogdan Bernat
Marcin Geryk, Rynek uczelni niepublicznych w Polsce, oficyna Wydawnicza Szkoły Głównej Handlowej, Warszawa 2007.

I ludzie, i dzieła

Myślę, że mam prawo do kategorycznej pochwały. Daje mi je kilkudziesięcioletnie pisanie i mówienie o sprawach nauki, w tym przez ponad dekadę pokazywanie rodzinnych dziejów polskich uczonych na łamach „FA”.

Książka Po drogach uczonych – dwa grube tomy, wydane w ubiegłym roku staraniem PAU, z wstępami jej prezesa, prof. Andrzeja Białasa (jednego z rozmówców), godna jest pochwały za wiele walorów. Pierwszy to sposób opowiadania. I tu uznanie równo rozdzielić należy, bo pytający, dr Kobos, nie siląc się na przydawanie „nerwu”, wydobywa od swoich rozmówców ciekawe wiadomości z ich biografii i o ich pracy naukowej. Od niektórych jest starszy, od innych młodszy – sfera wspólnych doświadczeń i wiedza, zapewne zebrana wcześniej, pozwalają mu osadzić każdą rozmowę w kontekście historycznym. Mam tu mały osobisty niedosyt; chciałabym o glebie duchowej i kulturowej, na jakiej rośli zaprezentowani w książce członkowie PAU, dowiadywać się więcej, ale rozumiem proporcje, jakie sobie założył autor.

Myślę (to następny walor książki), że przyjął, może bardziej intuicyjnie niż z premedytacją, postawę ciekawego słuchacza, najskuteczniejszą w takich rozmowach, które nie mają prowadzić do oceny bohatera ani spraw, jakie ten przedstawia, a udzielić czytelnikowi trochę (trochę, to tutaj dużo) tego klimatu, w którym dzieje się poznawanie świata przez uczonych, przybliżyć ten rodzaj przeżycia, jakim jest odkrywanie czegoś dotąd nieznanego.

Andrzej Kobos sam jest fizykiem, pracował naukowo w tej dziedzinie, a teraz zajmuje się historią nauki. Dlatego, jak myślę, jego pytania nigdy nie są za trudne dla niespecjalisty, tj. nie pociągają za sobą odpowiedzi, których przeciętnie wykształcony czytelnik nie mógłby zrozumieć.

Na pewno niełatwy jest temat rozmowy z prof. Ryszardem Gryglewskim, który wyjaśnia tajemnice śródbłonka w naczyniach krwionośnych i znaczenie dla zdrowia znajdujących się tam substancji. Pytania i odpowiedzi są tu przykładowym duetem ciekawości oraz wiedzy – jeśli czytać z perspektywy popularyzacji tej drugiej i radości badacza, która towarzyszy kolejnym krokom na drodze do celu, jaki sobie wyznaczył oraz uznania dlań. Trzeba przyznać, że znaczną rolę grają niepowszednie talenty popularyzatorskie prof. Gryglewskiego, jego śmiałość w formułowaniu porównań tworzących wyrazisty obraz opisywanych struktur i zjawisk biologicznych. Owe tętnice−rury, prostacyklina dowodząca „lekką kawalerią śmigającą na linii: ściana naczynia krwionośnego – przepływająca krew z kotłującymi się płytkami”, ale także metaforyczne określenia i wymowne porównania w innych wątkach rozmowy – biograficznym, dotyczącym zadań lekarza, kondycji PAU, patriotyzmu... Na kartach dwutomowej książki poznajemy kilkudziesięciu najwybitniejszych przedstawicieli kilkunastu specjalności naukowych. Dwa pokolenia przedzielone doświadczeniem wojny i powojennego komunizmu przeżywanego w dojrzałym lub bardzo młodym wieku. Każdy rozmówca odnosi się do tych przeżyć, gdyż Andrzej Kobos pyta o nie, jak i o przełom roku 1989. Każdy też wypowiada swoją opinię o PAU – samorządnej organizacji uczonych, która odrodziła się po prawie półwiecznym „życiu utajonym”, powracając do podstawowych i uniwersalnych standardów, jakimi rządzą się niezależne wspólnoty.

Magdalena Bajer
Po drogach uczonych. Z członkami Polskiej Akademii Umiejętności rozmawia Andrzej M. Kobos, t. I−II, Polska Akademia Umiejętności, Kraków 2007.

Ludobójstwo i oklaski

Ta książka jest dokumentem zbrodni dokonanej przez głowę państwa na własnym narodzie. Zmienia spojrzenie na świat. Odsłania kurtynę, za którą rosyjskie władze usiłują ukryć kompromitującą je prawdę.

Krystyna Kurczab−Redlich imponuje poświęceniem w dążeniu do zdemaskowania oprawcy. Nie zważając na zagrożenie, zawsze starała się być tam, gdzie zło i bezprawie przybierały monstrualne formy. Jako wolny strzelec zjeździła ziemię rosyjską i czeczeńską. Gdyby nie ona, niektóre porażające fakty nigdy nie ujrzałyby światła dziennego. Mnóstwo zdarzeń, o których pisze, stanowi jednak w Rosji tajemnicę poliszynela, bo ludzie boją się głośno mówić. Jest niestrudzona, mimo że wielu jej podobnym na zawsze zamknięto usta, by wspomnieć choćby Annę Politkowską czy Aleksandra Litwinienkę. Dzięki empatii do cierpiących, zdobyła zaufanie ludzi zrażonych do żądnych sensacji dziennikarzy. Doceniona za swą działalność, została w 2005 r. zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla.

Świat jest podzielony. Jedni ze zdumienia przecierają oczy, inni je przymykają. Ingerencja w wewnętrzne sprawy Rosji zaszkodziłaby stosunkom z Putinem, więc głowy zachodnich państw z uśmiechem poklepują go po plecach. Nie chcąc drażnić nieobliczalnego niedźwiedzia, podpisują się tym samym pod wyrokiem skazującym miliony Rosjan i Czeczenów na zagładę. Putinowi wolno zrywać rozmowy na temat pokoju, o który błaga umęczony naród i odmawiać poszkodowanym pomocy humanitarnej. Czeczenia została zdradzona przez cywilizowany świat.

Krystyna Kurczab−Redlich bije na alarm. Udowadnia, że historia zatoczyła koło. Już kiedyś świat nie dowierzał temu, co działo się w obozach koncentracyjnych. Kto dziś jest w stanie pojąć wstrzykiwanie młodym Czeczenkom substancji uniemożliwiających zajście w ciążę, kastrację mężczyzn, rażenie prądem ich genitaliów czy bezwzględne wrzucanie do wrzątku dzieci, które z pewnością wyrosłyby na terrorystów? Dziennikarka dostrzega prawidłowość działań: kiedy spada poparcie dla prezydenta, reanimuje się je poprzez organizowanie drastycznych akcji. Tak było w 1999, kiedy Moskwą wstrząsnęła seria wybuchów w domach mieszkalnych. Identycznie rzecz się miała z atakiem na teatr na Dubrowce i szkołę w Biesłanie. Celem było wskazanie wspólnego wroga – Czeczenów. Prezydent wiedział, że naród go wybierze, by twardą ręką rozprawił się z terrorystami. Zatrważające są pieczołowicie zdobywane i drobiazgowo opisywane dowody świadczące o winie władcy. Wykrzykują je zdesperowane matki dzieci zabitych w Biesłanie i kobiety czeczeńskie. One nie mają już nic do stracenia.

Sporo uwagi autorka poświęca fenomenowi prezydenta. Relacjonuje jego drogę na Kreml, liczne afery finansowe. Wymienia nazwiska osób zgładzonych na jego rozkaz lub tych, których nie może się pozbyć, bo część świata patrzy mu jeszcze na ręce. Dziennikarka nie zapomina też o zwykłym Rosjaninie – zaszczutym, pozbawionym praw, karmionym propagandą i kontrolowanym przez służby specjalne. Współczesny Rosjanin nawet podczas anonimowej rozmowy telefonicznej na temat poparcia dla władzy zastanawia się: „Dlaczego ankieter zadzwonił akurat do mnie? Czyżbym przez nieuwagę wspomniał któremuś ze znajomych o swoim niezadowoleniu?” Oto Rosja właśnie.

Anna Zielińska
Krystyna Kurczab−Redlich, Głową o mur Kremla, wydawnictwo w.a.b., Warszawa 2007, seria: Terra Incognita.

Niewiarygodne podróże „donikąd”

„Dokądś” to znaczy „dokądś”. I nie ma mowy o powrocie. Tak zaczyna się jeden z felietonów Ilsy Aichinger, austriackiej pisarki, członkini słynnej „Grupy 47”. Dalej autorka wyjaśnia, że określenie „dokądś” nie potrzebuje żadnego imienia, nie wymaga żadnych dekoracji, nie musi też wywoływać łez bólu czy radości (i rzeczywiście ani jeden felieton nawet nie zbliża się do tychże emocji). Jednak książka zamiast „dokądś” prowadzi krętą drogą „donikąd”.

Zbiorek rozczarowuje tym bardziej, że jego koncepcja początkowo intryguje i rozbudza nadzieję czytelniczą. We wstępie czytamy, że Aichinger przez 3 lata przychodziła raz w tygodniu do kawiarni i pisała tam felietony z podróży dla wiedeńskiej gazety „Der Standard”. Pierwszy tekst zaczyna się pomysłową prowokacją: „Osoba wracająca z podróży nie potrafi o niej opowiadać (…) Nieprawdopodobna niemota podróżujących w grupach czy indywidualnie: ci ludzie tracą nie tylko głos, ale nawet mowę. Wynikają z tego relacje w formie zdjęć”. A po czasie, gdy oglądamy zdjęcia, dostrzegamy na nich tylko siebie, wszystko inne staje się nieistotnym tłem. Z tego powodu Aichinger postanowiła swoje podróże ograniczyć wyłącznie do dobrze znanych dróg albo tras wyznaczanych wciąż tymi samymi tramwajami. Według autorki, dokonywane wówczas odkrycia stają się cenniejsze, zapewniają równowagę i otwierają coraz to nowe perspektywy.

Podejście Aichinger do podróżowania (przedstawia je w felietonie Palić cygara z Churchillem) jest z pewnością pomysłem świeżym i ciekawym, ale sposób jego realizacji jest daleki od spełnienia pokładanych w nim oczekiwań. Sama baza felietonów ma charakter nazbyt ulotny. Sens zaledwie jedno− czy dwustronicowych tekstów traci swoją ostrość zanim zdołamy doczytać je do końca. Zbiorek nie stanowi też żadnej całości, to raczej luźne kartki, przypadkowo spięte w pośpiechu – może znalezione gdzieś po drodze, może wyciągnięte z zakamarków ulubionej torby albo wysypane z szuflady pełnej zapisanych bloków szkolnych, zużytych kopert, okładek zeszytów z krzyżówkami, papierowych torebek czy programów sesji Niemieckiej Akademii Języka i Poezji?

Aichinger pisała na wszystkim, co nie było czystą, białą kartką. Notatki, pisane bez ładu i składu, zapełniały każdy niewykorzystany jeszcze milimetr papieru. Jednak temat nigdy nie jest z góry określony, krystalizuje się dopiero po drodze, na zasadzie asocjacji, ale nazbyt od siebie odległych, wręcz niezrozumiałych. Dla niej ważne są czynności wstępne, ustosunkowanie się do tego, z czym akurat stykają się jej myśli. Z godną pozazdroszczenia intensywnością Aichinger chłonie każdy obraz, jaki rzeczywistość roztacza przed nią za szybami ulubionej kawiarenki. Innym razem wydobywa z głębin duszy przykurzone wspomnienia albo po prostu opisuje przewodnik turystyczny, artykuł prasowy, prospekt lub zasłyszaną rozmowę. I trzyma się jednego wątku, ale tylko do momentu, kiedy jakiś błahy szczegół sprowadzi jej wywód na zupełnie inne i nieoczekiwane tory.

Taką samą rozkapryszoną zasadę Aichinger stosuje na płaszczyźnie języka i stylu – cytaty mieszają się z jej własną narracją, trudno rozpoznać, czy autorka nadal mówi zapożyczonym głosem, czy już własnym. Nie każdego taka forma przekona. Mnie nie przekonuje.

Małgorzata Pawełczyk
Ilse Aichinger, Niewiarygodne podróże, do druku przygotowali Simone Fässler, Franz Hammerbacher, tłum. Emilia Bielicka, Czytelnik, Warszawa 2007.
Marzec 2008

Darwin by się uśmiał

Podobno najlepszym sposobem przewidywania przyszłości jest… wymyślenie jej samemu. Skoro tak, pomyśleli zapewne rozmówcy Joela Garreau, to trzeba się wziąć za udoskonalanie człowieka. Powodów mieli mnóstwo. Jeden do dziś nie może zapomnieć okrucieństwa Holokaustu, inny mocno przeżył problemy zdrowotne, a potem nagłą śmierć ojca. Inspiracją, jak się okazuje, może też być córka przykuta do wózka inwalidzkiego wskutek „błędu lekarskiego”. Efekt ich pracy łatwo można przewidzieć: granica między naturą a wytworami człowieka zniknie. Fantastyka stanie się rzeczywistością.

Ta ewolucja już się zresztą zaczęła. Dokonuje się za sprawą czterech dziedzin: genetyki, robotyki, informatyki i nanotechnologii. Dzięki nim właśnie powolne do tej pory tempo zmian przeszło w galop. Zapowiada się prawdziwa rewolucja. Inteligentne autostrady, życie wydłużone do 120 lat, samochód kierowany przez autopilota, telepraca jako główny sposób zarabiania pieniędzy. Przyszłość, która nas czeka, będzie zasadniczo różna od świata, w którym żyjemy obecnie.

Człowiek może się stać pierwszym gatunkiem, który wytyczy kierunki własnego rozwoju biologicznego – sugeruje w książce jeden z pracowników Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych (DARPA). A wie, co mówi. To właśnie tam pracuje się nad udoskonaleniem człowieka. I nie ma w tym ani krzty przesady. Dziś trudno wyobrazić sobie żołnierza, który byłby się w stanie przemieszczać, porozumiewać i dodatkowo podejmować właściwe decyzje nawet przez tydzień – bez snu. W DARPA takie wyobrażenia nikogo nie dziwią. To już nie tylko teoria, a tym bardziej fikcja. Rubikon został przekroczony.

Autor, reporter i redaktor opiniotwórczego „Washington Post” – co nawiasem mówiąc pomogło mu w napisaniu książki zrozumiałej, pozbawionej „technicznych bajerów” – zastanawia się jednak, czy aby na pewno potrafimy pomyślnie sterować własną ewolucją? Czy zmiany pójdą w kierunku wykradzenia boskiego ognia nieśmiertelności, co zaowocuje m.in. szczepionką przeciw bólowi oraz rozpoznaniem wszystkich chorób i wyeliminowaniem większości z nich? Jednym słowem, czy „zabawa w Boga” nam się uda? Czy też może czeka nas piekło na Ziemi, a więc genetycznie zmodyfikowany wirus, który przyniesie zagładę całego gatunku, wcześniej wybuchnie światowa wojna klasowa między ludźmi różnych rodzajów, a superinteligentne maszyny zbuntują się przeciw nam i zaczną traktować ludzi jak szkodniki do zniszczenia?

Garreau buduje strukturę swojej książki opierając się właśnie na wizjach przyszłości. Wśród rozmówców znajduje zarówno zwolenników scenariusza rajskiego, w którym człowiek zintegruje się z maszynami, ale zawsze będzie o krok przed nimi, jak i piekielnego, gdy jeden nierozważny krok doprowadzi do zagłady ludzkości. Ale jest też trzecia możliwość – triumf człowieczeństwa.

Który scenariusz ma największą szansę na spełnienie? Garreau wyjaśnia, że przyszłość, gdy się już dokona, okazuje się zazwyczaj kombinacją scenariuszy, których można się było spodziewać. I odwrotnie – gdy tak się nie stanie, będzie to niechybnie oznaczać, że znaleźliśmy się na zakręcie historii. Miejmy tego świadomość.

Mariusz Karwowski
Joel Garreau, Radykalna ewolucja. Czy człowiek udoskonalony przez naukę i technikę będzie jeszcze człowiekiem?, tłum. Agnieszka Kloch, Aleksander Michalski, Wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2007.

Państwo w państwie

Jest niemal oczywiste, że badania naukowe w dużej, może w przeważającej mierze finansuje państwo. Prof. Maciej W. Grabski przekonuje, że jest to stosunkowo nowe rozwiązanie, a wiąże się ono z ogromem prac badawczych prowadzonych w okresie drugiej wojny światowej w celu uzyskania przewagi militarnej nad wrogiem. Pionierami systemowych rozwiązań w tym zakresie – nie licząc oczywiście Związku Radzieckiego – były Stany Zjednoczone. Zaskakujące? Chyba tak. Jak przekonuje uczony, początkowo badania prowadzono wyłącznie z ciekawości świata, dla zaspokojenia własnych ambicji i za własne pieniądze.

Prof. Andrzej K. Wróblewski twierdzi, że ciekawość nadal powinna być głównym motywem działalności uczonych. W tle rozważań na temat relacji państwa i nauki nieustannie wypływa problem nauk aplikacyjnych i podstawowych. Prof. Wróblewski jest zdania, że to podstawowe rozróżnienie w debacie na temat autonomii i samorządności w nauce, zaś te ostatnie to kwestia, która nieustannie pojawia się podczas namysłu na temat relacji nauka a państwo. Uczeni – i politycy – spierają się, czy państwo powinno finansować głównie badania podstawowe, czy raczej aplikacyjne. Ta druga opcja zdaje się przeważać obecnie w Polsce. Czy słusznie? Prof. Wróblewski, skądinąd nie tylko fizyk, ale i historyk nauki, przekonuje, że każde badania na dłuższą metę przynoszą wymierne korzyści.

Bardzo interesujący, jak zwykle, jest wywód prof. Andrzeja Białasa. „Jestem fundamentalistą”. „Pomimo starań nie potrafię być obiektywny”. Już tylko te zdania zachęcają do przeczytania rozważań prezesa Polskiej Akademii Umiejętności. Ale o czym ja tu właściwie piszę? Ano, o książce, która jest zapisem spotkania koryfeuszy polskiej nauki podczas konferencji z cyklu „Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dyskusje o nauce” w roku 2006, której temat brzmiał – podobnie jak tytuł publikacji – Nauka i państwo. Wywód prof. Białasa, lekko autoironiczny i pełen dystansu, radzę przeczytać szczególnie uważnie. To jeden z obrońców odrzuconego ostatnio systemu finansowania badań, które stworzył Komitet Badań Naukowych. Jego spojrzenie na naukę i jej relacje z państwem cechuje realizm, a postawę – nonkonformizm.

Jeśli Państwo chcą poużywać sobie na polskiej nauce, polecam referat prof. Leszka Pacholskiego. Prezentuje on mnóstwo przykładów słabości polskiego systemu kształcenia na poziomie wyższym, a także badań naukowych. Czasami można odnieść wrażenie, że ironizuje, a to, o czym pisze, to nie rzeczywistość, tylko kabaret. Ale niestety, to prawda. Prof. Pacholski podaje przykłady, choć nie wymienia nazwisk. Żeby nie być gołosłownym, oto niektóre z nich. A propos walki o coraz większą autonomię szkolnictwa wyższego w Polsce: „w porównaniu z resztą Europy polskie uczelnie mają bardzo dużą autonomię, a polski system szkolnictwa wyższego i nauki jest jednym z najbardziej demokratycznych na świecie”. Ale zaraz uczony dodaje: „demokracja w uczelniach jest inna”. Jaka? Polecam lekturę tekstu. A o autonomii: „konsekwencją autonomii uczelni jest to, że najważniejszą (..) ich misją jest dbanie o dobre samopoczucie pracowników”. Nie wszystkich oczywiście, bowiem „samorządność w nauce to samorządność korporacji profesorów gorliwie strzegących swoich interesów”. Jaka jest konsekwencja takiej sytuacji? „Finansowanie nauki i nauczania ma w dużym stopniu charakter socjalny”.

(pik)
Nauka i państwo, Fundacja na rzecz nauki Polskiej, wydawnictwo Uniwersytetu wrocławskiego, Wrocław – Warszawa 2007, seria: Fundacji Dyskusje o Nauce.

Dobrowolna śmierć?

Jean Améry (właśc. Hans Mayer) to postać tragiczna. Austriak pochodzenia żydowskiego, po anszlusie Austrii znalazł się w Belgii, za działalność w ruchu oporu w czasie II wojny aresztowany i więziony w obozach koncentracyjnych, po wojnie osiadł we Francji (na znak protestu przeciw niemieckim zbrodniom zmienił nazwisko i nie pisał po niemiecku). W 1978 popełnił samobójstwo. Recenzowana książka to rzecz o starzeniu się i samobójstwie właśnie. Nie jest łatwo pisać recenzję książki tak silnie związanej z losem jej autora. Ale spróbujmy.

Pierwszy esej O starzeniu się ma znamienny podtytuł Bunt i rezygnacja. Jest to pesymistyczne spojrzenie na proces starzenia się człowieka. Améry „bada” różne wymiary tego procesu. Najpierw docieka natury czasu i jego upływu (dysonans między czasem subiektywnym a obiektywnym czasem nauk przyrodniczych), potem wyznaczniki starzenia się – tytuły rozdziałów mówią same za siebie. Obcy samemu sobie opisuje wymiar psychofizyczny, który autor streszcza dwoma słowami – znużenie i udręka; Spojrzenie innych dotyczy wymiaru społecznego, gdzie wyznacznikiem starzenia się jest „punkt, w którym człowiek odkrywa, że jest tylko tym, czym jest. Nagle stwierdza on, że świat cofa mu kredyt swojej przyszłości, nie chce go już widzieć tym, kim mógłby on być”; rozdział Nie rozumieć już tego świata dotyka nakierowania się na przeszłość, które jest charakterystyczne dla człowieka starzejącego się; a w końcu Żyć z umieraniem, stanowiący finis operae – „starzenie się to okres, w którym spotykamy się z myślami o śmierci”. Te wymiary można traktować też jako kolejne fazy procesu starzenia się. To pesymistyczne spojrzenie to jakby anatomia procesu, odartego z wolności i miłości. Opiera się ona na założeniu ateizmu i swoistego atomizmu (monadyzmu?). Te dwa założenia prowadzą do redukcji osoby do samotnego „ja”, pozbawionego nie tylko perspektywy eschatologicznej, ale i perspektywy relacji z innymi osobami. Esej o starzeniu może być nazwany zwodniczym – podaje prawdę, ale jest ona oparta na silnych założeniach metafizycznych.

Egzystencjalistyczny pesymizm podpowiada jedną odpowiedź i faktycznie znajdujemy ją w drugim eseju książki. Skoro nie ma Boga, nie ma miłości, jest zaś tylko z wolna postępujący upadek, jedyną wolną odpowiedzią na wyzwanie starzenia się, która pozwala zachować godność jest, zdaniem Améry’ego, samobójstwo, czyli „dobrowolna śmierć”. Znowu tytuły rozdziałów są znamienne: Przed odskokiem, Jak naturalna jest śmierć?, Podnieść na siebie rękę, Należeć do siebie, Droga na wolność. Ukazują one drogę myślową autora. Améry daje najpierw analizę (oczywiście wysoce zsubiektywizowaną) motywów prowadzących ludzi do samobójstwa, potem przechodzi do namysłu nad naturą człowieka i śmiercią będącą jego kresem. Tu znajdujemy zasadniczą tezę: „dobrowolna śmierć stanowi przywilej ludzi”, a dwa pojęcia, człowieczeństwo i godność, są z nią istotnie powiązane.

Książka Améry’ego ma charakter manifestu i wyznania wiary. Nie ma w niej argumentacji, są mocno wyrażone przekonania i nieco fenomenologizujących analiz. Akceptując przyjęte przez autora założenia, trudno się oprzeć konkluzji, że „dobrowolna śmierć zabiera nas z bytu, zbawia nas od niego, gdy staje się ciężarem i od ex−sistere, które jest już tylko strachem”. Otwarte pozostaje tylko pytanie, czy założenia owe są prawdziwe.

Marek Lechniak
Jean Améry, O starzeniu się. Bunt i rezygnacja, Podnieść na siebie rękę. Dyskurs o dobrowolnej śmierci, tłum. i przedmowa Bogdan Baran, sw czytelnik, Warszawa 2007, seria: Nowy Sympozjon.

Dystans i ironia

Pisząc swój Pamiętnik w czasach ograniczonej swobody twórczej, Paweł Jasienica zarysował na wstępie ramy jego przedmiotu. Nie dotyczą one jednak zagadnień gatunku, ale dziejów „pamiętnikarzy, którzy ponieśli karę”. To nie lustro, raczej ideograficzny zapis pojęć w kruszywie pamięci i dusz generacji. Marszruta zamiast gościńca w czasach „historii skondensowanej jak nigdy”. Zwroty do czytelników nie mają charakteru kokieterii, nie są też wyznacznikami struktury pamiętnikarskiej, wzmacniają raczej więź między autorem a odbiorcą, pomagają czytelnikowi w identyfikacji z narratorem.

Mamy do czynienia z wypowiedzią osobistą, w szczególny sposób nacechowaną uczuciowo. Nie znajdziemy tu jednak emocjonalnego ekshibicjonizmu, lecz autorski dystans i ironię. Wypowiedź dotyczy spraw minionych, relacjonowanych przez pryzmat dziecięcego czy młodzieńczego postrzegania świata, ale przepuszczanych jednocześnie przez filtr doświadczeń i przeżyć człowieka dojrzałego, o ukształtowanej postawie i poglądach, mającego świadomość ważkości ówczesnych wydarzeń.

Choć mamy do czynienia z wydarzeniami historycznymi, to porządkującym je czynnikiem jest sprawcza świadomość narratora. Czytamy wspomnienia z czasów dzieciństwa spędzonego w carskiej Rosji, młodości lat akademickich w Wilnie, okresu służby wojskowej, sięgające po czasy powstania dzieła. Chronologia zdarzeń jest jednak przełamywana dygresjami na zasadzie asocjacji.

Sylwetki takich osób, jak: Henryk Dembiński, Stefan Jędrychowski, Czesław Miłosz, Teodor Bujnicki czy generał Zarako−Zarakowski to tylko niektóre z przedstawionych w Pamiętniku w sposób ciekawy i zajmujący. Zwroty do potomnych nie występują w roli wyznaczników gatunkowych, Jasienica wie, że każde pokolenie reinterpretuje przeszłość. Wypowiedź osobista, oparta na układzie utworu kształtowanego retrospektywnie, zyskuje rangę konstrukcji dokumentalnej, jednak autor przestrzega przed osłabioną wartością dowodową pamiętnika, jako że nie posiłkował się żadnymi dokumentami. Narracja konstruowana jest poprzez kontaminację dwu płaszczyzn rzeczywistości, odległej w czasie i obecnej, a struktura biografii wyznacza faktograficzne ramy utworu. Charakterystyczny jest sposób konstruowania obrazów, których nieodzownym komponentem są opisy przeżyć.

Czytając dzieła Jasienicy dotykamy charakterystycznego stylu jego prozy. Barwne, plastyczne opisy sprawiają wrażenie istnienia przedstawianych zdarzeń niemal hic et nunc, a nie tylko w retrospektywnej świadomości autora. W dzienniku, jak zauważa Michał Głowiński, teraźniejszość nachylona jest ku przyszłości. W pamiętniku teraźniejszość, zdawać by się mogło, jest obrazkiem, układem zdarzeń będących efektem poprzedzających je różnobarwnych zmian przesypywanych w kalejdoskopie życia obracanym dłonią Klio.

Integralnym składnikiem utworu Jasienicy jest aspekt ludzkich dziejów opartych na zależnościach przyczynowo−skutkowych. Atawistyczne ujęcie uwypukla wpływ, jaki na życie jednostki ma przeszłość jej przodków. Poprzez autoanalizę psychologiczną zwraca uwagę na konsekwencje traumatycznych przeżyć i rolę pierwiastków czysto ludzkich w procesie dziejowym. Uczuć najbardziej pierwotnych, które – jak strach – określają tor biegu historii.

Aleksandra Wójtowicz
Paweł Jasienica, Pamiętnik, Wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2007.

Dokąd zmierzasz, sztuko?

Z książki inkrustowanej wieloma ważkimi i błyskotliwymi frazami, wybrałam jedną. Zdaje się ona najlepiej oddawać sens rozważań autora. „Jest źle – pisze Rodziński – jeżeli ludziom sztuka jest niepotrzebna, chyba jeszcze gorzej, gdy artyści zbyt pewni siebie nie myślą o obecności wśród ludzi tego, co robią”. Autor jest osobą znaną i uznaną w środowisku artystycznym. Absolwent krakowskiej ASP, uczeń prof. Emila Krchy. Artysta, dydaktyk, organizator. Od lat eksploruje obszar sztuk pięknych jako badacz i twórca. Po lekturze jego najnowszej książki możemy do tej krótkiej notki dodać jeszcze jedno określenie. Prof. Rodziński to dojrzały humanista. Z obawą patrzy na powiększający się rozziew między artystami a potencjalnymi odbiorcami ich dzieł. Szuka prawdy o sztuce prawdziwej – nie tej, którą się robi dla poklasku, ale powstającej z wewnętrznej potrzeby. Jego spostrzeżenia bywają balsamem dla duszy, zdarza się jednak, że budzą wątpliwości.

Książka ma bardzo osobisty charakter. Mówiąc o świecie artystów, dotykając aktualnych tematów społecznych, Rodziński przedstawia swój punkt widzenia. Pisze o własnych autorytetach, pasjach, niepokojach, dzieli się z czytelnikiem osobistymi opiniami na temat malarstwa, literatury, historii czy sztuki sakralnej.

Punktem wyjścia do tych rozważań są portrety artystów nakreślone w pierwszej części książki. Z wrażliwością właściwą twórcy rysuje autor sylwetki swych nauczycieli, mentorów, przyjaciół. Opowiada historie ich życia, analizuje twórcze drogi. W ten sposób stara się zgłębić kondycję prawdziwego artysty. Odrzuca udawanie, łatwe pozy krojone na miarę niewybrednych oczekiwań. Jednocześnie gani ekstremalne, krzykliwe, graniczące z tandetą chwyty twórców, którzy zarzucając warsztat i pracę nad dziełem poszukują taniego rozgłosu. Wśród nazwisk artystów – ikon, nad którymi pochyla się profesor, są m.in.: Józef Czapski, Stanisław Frenkiel, Adam Chmielowski, Jerzy Skąpski czy Jacek Sienicki.

Każda analiza nosi znamię artysty. Z punktu widzenia malarza profesor opisuje np. czyjś warsztat pracy. W czytelniku może się tu zrodzić niepokój. Dla laika zachwyt autora nad żmudną pracą jednego z malarzy, który tworzy formę, by potem zedrzeć ją szpachlą z płótna, może być problematyczny. Apoteoza „wartości malarskiej” zaczyna budzić wątpliwości. Czym bowiem jest owa wartość? Rzetelną robotą? Tak przedstawia ją autor. Przeciwne do opisanego tu sposobu tworzenia jest „wywoływanie obrazu”, wydobywanie laserunkami natężenia kolorów, modelowanie formy. Takie działania są widoczne dla odbiorcy. Może zabrzmi to jak bluźnierstwo, ale czy rozbrat, jaki polska sztuka powojenna wzięła z owym tradycyjnym „wywoływaniem” obrazów, nie zaowocował rosnącym dziś niezrozumieniem ze strony odbiorców? Czy najnowsze eksperymenty, które trudno zaklasyfikować do jakiejkolwiek dziedziny, nie są efektem upojenia sztuką wyalienowaną, niekiedy ponad miarę udziwnioną? Czytając wywody profesora czułam niedosyt. Brakło w nich diagnozy dzisiejszej słabości naszej sztuki. Czy problem tkwi wyłącznie w charakterze naszych czasów? Czy kilkaset lat temu okoliczności były mniej szalone? Dzieła z tamtych wieków przetrwały. Czy dzieła powstające w naszej epoce zasługują na zachowanie w pamięci?

Książkę Stanisława Rodzińskiego czyta się z zapartym tchem. A że czasem wadzimy się z autorem? To jej największy sukces. Polecam.

Beata Maj

Stanisław Rodziński, Dzieła – czasy – ludzie, Wydawnictwo Salwator, Kraków 2007.

Sami o sobie

Książkę Kurta Obitza warto poznać z kilku powodów. To dziesiąta pozycja stojącej na wysokim poziomie edytorskim serii wydawniczej Moja Biblioteka Mazurska, kierowanej przez Waldemara Mierzwę. Autor książki patronuje ulicy w kortowskim kampusie, przy której znajdują się: Wydział Humanistyczny i Wydział Medycyny Weterynaryjnej. Sąsiedztwo obu jednostek Uniwersytetu Warmińsko−Mazurskiego w Olsztynie odpowiada dorobkowi życiowemu i zainteresowaniom Obitza. Żył w latach 1907−45. Był Mazurem z cenzusem naukowym, co zdarzało się niezwykle rzadko. Tytuł doktora otrzymał w Wyższej Szkole Weterynaryjnej w Berlinie. Działał zarazem na niwie humanistycznej: uprawiał publicystykę, pisał wiersze, działał w ruchu na rzecz podtrzymywania odrębności Mazurów niejako w łączności z Rzeczpospolitą Polską i Polakami. Wyznawane poglądy przyczyniły się do tego, że w Niemczech został zwolniony z pracy. Jako parazytolog zatrudnienie znalazł w Uniwersytecie Warszawskim. Języka polskiego nauczył się od podstaw.

Działalność naukową i społeczno−polityczną w latach trzydziestych zakończyło aresztowanie go przez gestapo w 1940 roku. Obitza więziono m.in. na zamku w Lublinie i obozie koncentracyjnym w Dachau. Mimo wyzwolenia, chory na gruźlicę i wycieńczony zmarł 26 sierpnia 1945.

Rozprawkę Dzieje ludu mazurskiego Obitz napisał w 1937 roku w sprzeciwie wobec ideologii nazistowskiej. Autor zdecydowanie nie zgadzał się z Hitlerem, głoszącym, że w Trzeciej Rzeszy prawo do istnienia mają jedynie Germanie. Charakterystyczne jest to, że nieliczni Mazurzy (np. Michał Kajka, Jan Dopatka) potrafili w tamtym czasie opowiedzieć się przeciwko Niemcom hitlerowskim. Poparcie dla NSDAP w południowej (mazurskiej) części Prus Wschodnich było ogromne.

Obitz w swoim historycznym szkicu, wymagającym sprostowań i uzupełnień, co uczynił historyk Mazur – Grzegorz Jasiński, kreśli genealogię Mazurów z przekonaniem, że ludność ta wywodzi się z plemion pruskich i osiedleńców przybywających z Mazowsza od XV w. Następnie wykazuje, że każda władza – w okresie trwania państwa krzyżackiego, Prus Książęcych, monarchii pruskiej, Cesarstwa Prusko−Niemieckiego, Republiki Weimarskiej, Trzeciej Rzeszy – była obca względem społeczności mazurskiej i nie dbała o jej żywotne interesy.

Ideę, którą pragnął urzeczywistnić, sformułował Obitz dobitnie w zakończeniu swoich rozważań: „...dzisiaj chcą nas otumanić, chcą nas użyć do celów wywrotowych jako „Kanonenfutter”, aby potem móc „germanizować ziemię” według słów Hitlera, to znaczy wypędzić nas ostatecznie z ziemi tej, która była, jest i będzie naszą ojcowizną i ojczyzną”.

Dole i niedole mazurskie potoczyły się tragicznie. Śmierć Kurta Obitza symbolizuje koniec idei „separatyzmu mazurskiego”. Jego rozprawka, napisana 70 lat temu, świadczy o podejmowanych przez Mazurów próbach budowania własnej podmiotowości i niezależności; poza tym dopełnia tradycję szeroko rozumianej literatury mazurskiej, w której Mazurzy wypowiadali się sami o sobie. Książka włącza się też w dyskusję nad przyczynami i skutkami oraz ocenami procesów, które wyniknęły z totalnej i dosłownej realizacji nieludzkiej ideologii przez niemieckich nazistów. Oczywiście, kwestia mazurska nie ogranicza się tylko i wyłącznie do uwarunkowań stworzonych przez faszyzm.

Zbigniew Chojnowski
Kurt Obitz, Dzieje ludu mazurskiego, wprow. i opr. Grzegorz Jasiński, Oficyna RETMAN, Dąbrówno 2007, seria: Moja Biblioteka Mazurska.
Luty 2008

Projekt inteligentny czy wadliwy?

Nauka i religia od dawna mówiły różnymi językami. Jednak ostatnio burzliwe nastroje nasiliły się za sprawą kreacjonistów z Seattle, którzy zażądali wprowadzenia do amerykańskich szkół nauczania o inteligentnym projekcie (ID). Stanowiłby on alternatywę dla prezentowanej na lekcjach biologii teorii powstania świata.

John Brockman, pragnąc rozprawić się z fałszem propagowanym przez kreacjonistów, zaprosił 16 wybitnych uczonych, by wspólnie rozwiali wątpliwości. Reprezentanci biologii ewolucyjnej, fizyki, paleontologii czy antropologii m.in. z uniwersytetów Harvarda, Stanforda, Kalifornijskiego w Berkeley wykorzystali medialną wrzawę, by wyedukować społeczeństwo. Stwierdzili, że nie można umieszczać w programach szkolnych nietestowalnych i nieweryfikowalnych naukowo hipotez. Reakcją kreacjonistów było żądanie, by zmienić definicję teorii naukowej, tak aby uwzględniała przyczyny nadnaturalne.

Dla naukowców wszelkie propozycje zwolenników ID brzmią absurdalnie. Zirytowani, nie szczędzą hipotezie dyskredytujących określeń: „zdumiewająca bezmyślność”, „żenada”, „parodia nauki”, a samego wykonawcę nazywają istotą mało inteligentną. Bo czy ludzki organizm jest tak doskonały, jak to prezentują kreacjoniści? Nieskazitelny projekt w rzeczywistości zawiera mnóstwo usterek, jak chociażby bezużyteczny wyrostek robaczkowy czy bezsensownie odwrócona do góry nogami siatkówka w oku. Miłosierdzie Stworzyciela też stawiane jest pod znakiem zapytania. Kto pałający miłością do swego dzieła powołałby do życia osy, które umieszczają swe jaja w larwach innych owadów, które następnie są od wewnątrz żywcem wyjadane?

Za teorią ewolucji stoją niepodważalne dowody, udokumentowane w ponad 100 tys. rzetelnych publikacji. Jednak walce na słowa nie ma końca. Przebiega ona w złym stylu, elektryzując wiele środowisk. Zwolennicy ID szermują fałszywymi argumentami, stosując nieprofesjonalne metody. Efekty ich poczynań okazały się zdumiewająco skuteczne. George Bush opowiedział się bowiem za wprowadzeniem do szkół nauczania o ID. Sprawa znalazła się w sądzie.

Polskiemu czytelnikowi szczególnie interesujące może się wydać posłowie. Pokazuje ono dzieje sporu przeniesionego zza oceanu na nasz grunt. Zostały w nim zawarte materiały prasowe, głównie z jesieni 2006 r. (m.in. o poczynaniach ignoranta nauki prof. Macieja Giertycha czy szeroko komentowany wywiad z wiceministrem edukacji Mirosławem Orzechowskim, w którym teorię ewolucji porównuje on do kłamstwa katyńskiego), oficjalne oświadczenia i listy otwarte rodzimych naukowców.

Dyskusje nie ustają. Kreacjonizm sieje zamęt nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i w Brukseli, Watykanie oraz Warszawie. Papież Benedykt XVI nie uznaje ewolucji, choć Jan Paweł II nie tak dawno zapewniał, że darwinizm nie jest sprzeczny z ingerencją Boga w stworzenie człowieka i świata. Podobnego zdania jest wielu przedstawicieli Kościoła, w tym filozof przyrody abp Józef Życiński.

Rozum kontra myślenie życzeniowe, antyintelektualne dywagacje przeciwko dowodom naukowym – trwa zacięty pojedynek. Czy kiedykolwiek będzie można mówić o zwycięzcy? A może wynik już jest przesądzony? Proszę sięgnąć po publikację Johna Brockmana. Wszystko stanie się jasne.

Anna Zielińska
Nauka a kreacjonizm. O naukowych uproszczeniach teorii inteligentnego projektu, pod red. Johna Brockmana, tłum. Dariusz Sagan, Sławomir Piechaczek, wydawnictwo CiS, Warszawa 2007.

Maklerzy literatury

Piotr Śliwiński, wykładowca Instytutu Filologii Polskiej UAM, po raz kolejny udowadnia, że jest znakomitym historykiem i krytykiem literatury. W Świecie na brudno zawarł wnikliwe i kompetentne obserwacje na temat bieżącego życia literackiego. Na pozycję tę składa się szereg tekstów drukowanych wcześniej w książkach zbiorowych i na łamach czasopism. Autor uporządkował je w czterech częściach, które oscylują wokół problemów poezji współczesnej i krytyki literackiej.

Pierwsza część porusza problem kondycji poezji współczesnej. Dla Śliwińskiego jednym z najbardziej charakterystycznych doświadczeń wielu młodych poetów jest „dramat braku dramatu”. Jak twierdzi, jedynym realnym i dostępnym dla dzisiejszej literatury dramatem jest ona sama – jej nieautentyczność, pozycja w społeczeństwie i problemy z recepcją rzeczywistości. Zaangażowanie młodych poetów w świat jest bardzo przekorne, bo najczęściej skierowane przeciwko nim samym. Współczesna poezja ma coraz mniejszą (jeśli ma ją w ogóle) moc ocalania. Jak na lekarstwo jest wierszy o bulwersujących nas wydarzeniach, a czytając je odnosimy wrażenie, że nie należą do najwybitniejszych. Współcześni poeci nie mają już złudzeń, że piszą coś więcej niż tylko teksty. Ale czy oznacza to, że tworzą wyłącznie utwory literaturopodobne? Śliwiński bywa nieufny wobec starych i nowych wielkości, niecierpliwy, a nawet niesprawiedliwy, lecz nigdy nie jest do poezji zniechęcony. Wręcz przeciwnie, interesują go wszystkie problemy, na jakie napotyka literatura współczesna. Dlaczego poezja najsilniej doznała przewartościowania swej dotychczasowej rangi? Z czego wynika jej marginalizacja i urynkowienie? I wreszcie, gdzie jest dzisiaj miejsce poezji? Książka jest próbą udzielenia odpowiedzi na te i inne pytania.

Najciekawsza część zbioru to studium krytyczne… krytyki literackiej. Za chorobę współczesnej kultury uznaje Śliwiński degenerację życia literackiego i literaturoznawstwa. Jeśli zgodzilibyśmy się z Janem Prokopem, musielibyśmy uznać, iż pisarze dostarczają nam tylko surogat, który dopiero dzięki krytykom zmienia się w literaturę. Autor ma im jednak wiele do zarzucenia: „Czy to w ogóle możliwe, aby głos krytyki brzmiał równie mocno jak kiedyś, czy krytyka naprawdę nie dorosła do literatury, jaka wyłoniła się po przełomie 1989 roku, czy może literaturę tę przeszacowała, puszczając w obieg niesprawdzoną wiadomość o nowym wybitnym pokoleniu, czy nazbyt skwapliwie starała się wyperswadować pisarzom zajmowanie się rzeczywistością, czy jedyną rzeczywistością cieszącą się jej uznaniem faktycznie było (i jest) podłoże doraźnych satysfakcji, materialnych i prestiżowych?” Dylematy autora wiążą się z urynkowieniem literatury, a także z rankingową obsesją naszych czasów. Współczesny kanon literacki to dla Śliwińskiego centrum operacji rynkowych, którym dowodzą popularyzatorzy literatury – krytycy, dziennikarze, w kooperacji z mediami i wydawcami.

Książka nie jest przewodnikiem dla poetyckich laików. Na kilkuset stronach połączył autor m.in. szkice o poetach, polemiki, uwagi krytycznoliterackie i artykuły o charakterze akademickim. Często nie najłatwiejsze. Jako przewodnik po poezji nowej i najnowszej jest Śliwiński szczegółowy i oryginalny. Stara się inspirować czytelników do krytycznego uczestnictwa we współczesnej kulturze.

Katarzyna Krzyżanowska
Piotr Śliwiński, Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce, wydawnictwo prószyński i s−ka, Warszawa 2007, seria: Impuls.

Wędrówki z Augustynem

Agnieszka Kijewska zauważa we wstępie do książki, że w „wędrówce” przez życie św. Augustyna z Hippony będzie podążać szlakiem jego Wyznań. I rzeczywiście, podczas lektury co chwila natykamy się na odnośniki do tego dzieła. Jednakże książka znakomitej mediewistki nie jest komentarzem do Wyznań. One wyznaczają szlak wędrówki, ale go nie ograniczają ani nie zawężają.

Autorka nie prezentuje postaci Augustyna, nie skupia się na historii jego życia. Ono stanowi tło i podbudowę dla wędrówki intelektualnej z Augustynem. Ta z kolei nie jest przechadzką po problemach – tu właśnie ujawnia się siła prowadzenia przez najpopularniejsze dzieło biskupa Hippony – ale z problemami przez życie i lektury, bowiem autorka prezentuje poglądy Augustyna i jego dysputy ze współczesnymi filozofami i teologami w porządku chronologicznym, tak jak się one w życiu wielkiego Ojca Kościoła pojawiały.

Tło historyczne i intelektualne pokazane jest w książce bardzo szeroko. Gdyby jakiś student chciał na podstawie tej książki zdobyć wiedzę o manicheizmie lub neoplatonizmie, z pewnością to, co przeczyta, wystarczy do zdania egzaminu na filozofii.

Książka Agnieszki Kijewskiej nie jest takim sobie „spacerkiem” po myśli Augustyna. To nie są opowiastki do poduszki o życiu świętego. To poważna wyprawa filozoficzna. Autorka pisze tak, że czytelnik musi skupić uwagę na wywodzie, aby nie zgubić wątku, nie stracić myśli. Praca Kijewskiej jest dobrze udokumentowana bibliograficznie. Spełnia rygory pracy naukowej, choć na szczęście język dzieła pozostał przystępny. Książka jest pracą popularnonaukową.

Poznajemy zatem w tej wędrówce Augustyna bardziej jako filozofa i teologa niż kapłana i biskupa. I to dobrze, gdyż książka ukazuje się w serii Myśli i Ludzie. Inicjatywa Wiedzy Powszechnej ma już prawie 50 lat. Pierwsze książki z tej serii ukazały się w 1960 r. Co ciekawe, jedną z pierwszych pozycji pod tym szyldem była książka Św. Augustyn Andrzeja Kasi. Choć autorka wymienia w obszernej bibliografii dwie inne pozycje Św. Augustyn (w obu przypadkach tłumaczenia na język polski), jakie ukazały się w języku polskim, to o książce Kasi nie wspomina. Swoją drogą: chronologia życia Augustyna, lista jego dzieł (i obszerny wybór fragmentów) oraz bogata bibliografia, zamieszczone na końcu książki, to mocne strony publikacji Kijewskiej.

Wydaje się, że był już najwyższy czas, by praca o tym wybitnym filozofie chrześcijańskim z nurtu neoplatońskiego powstała w środowisku filozoficznym Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie działa jedna z najlepszych polskich szkół filozofii średniowiecznej (a może po prostu – najlepsza). Dobrze, że za tę pracę wzięła się właśnie Agnieszka Kijewska, która średniowieczny neoplatonizm zna doskonale, gdyż jej praca badawcza głównie tego nurtu dotyczy. Przypomnijmy, że parę lat temu w serii Myśli i Ludzie autorka ta opublikowała książkę Eriugena.

Obserwując działalność Agnieszki Kijewskiej nasuwa mi się myśl, że oto wreszcie środowisko lubelskiej mediewistyki poważnie podeszło do problemu popularyzacji. Bo do niedawna przedmiot, w którym miało ono najpełniejszą wiedzę, upowszechniali inni.

Piotr Kieraciński
Agnieszka Kijewska, Święty Augustyn, Wydawnictwo Wiedza Powszechna, Warszawa 2007, seria: Myśli i Ludzie.

O wychowaniu bez bufonady

Warto zwrócić uwagę na tę kilkutomową i pięknie wydaną propozycję. Dzieło nie naśladuje hermetycznego podręcznika dla „wybrańców” zajmujących się omawianą dziedziną. Nie jest też zbiorem teoretycznych artykułów pisanych suchym, naukowym stylem, po który sięga się niechętnie i zazwyczaj pod przymusem. To książka, którą czyta się, bo najzwyczajniej w świecie „wciąga” – dzięki dygresjom, wspomnieniom autorów, przykładom i opisom autentycznych wydarzeń.

Redaktorki tomu nurtuje wiele pytań: Czym jest wychowanie? Czym różni się od innych procesów rozwoju osoby? Jak jest możliwe wychowanie dzisiaj? Ku jakiemu światu wychowywać? Jednak na żadne z tych pytań nie pada jednoznaczna i pewna odpowiedź, choć zbiór jest dziełem kilkudziesięciu autorów. Wśród nich: pedagodzy, psycholodzy, poloniści, socjolodzy, medioznawcy, filozofowie i dziennikarze. Ale paradoksalnie stanowi to zaletę książki. Dla redaktorek ważne jest nie tyle to, by czytelnik znajdował sugestie i projekty odpowiedzi na wymienione pytania, ile samodzielnie odkrywał nowe wątki, stawiał własne pytania i poszukiwał odpowiedzi.

Pierwszy tom odsłania współczesne napięcia i dylematy specyficzne dla procesów wychowania we współczesnym świecie. Na tym tle zawartość drugiego tomu ukazuje, że nie da się już nawet udawać, iż wychowanie może być neutralne. Tom trzeci, według mnie najciekawszy, skupia się na dyskusji wokół nauczyciela−wychowawcy: kto, w jakich okolicznościach, za pomocą jakich środków realizuje projekty rozwoju człowieka w złożonych warunkach XXI wieku? Wychowawcy mogą oddziaływać na podopiecznego na dwa sposoby: uwolnić go od odpowiedzialności i myślenia, a raczej zniewolić, kształtować w nim przekonanie o konieczności wypełniania cudzych poleceń, bo inni wiedzą lepiej; albo wdrażać do samodzielności, odważnego podejmowania ryzyka i poszukiwania własnych dróg. Wybór sposobu niby prosty, ale gorzej z jego realizacją, zwłaszcza gdy stawia się dopiero pierwsze kroki w zawodzie nauczyciela, będąc, bezpośrednio po studiach, zupełnie do tego nie przygotowanym. Dlatego początkujący nauczyciele, którym zbyt często towarzyszy poczucie bezsilności, powinni czytać tekst Dariusza Chętkowskiego (tom III) – pisarza, publicysty, blogera – za każdym razem, gdy mają chęć wrzasnąć: „Ja pier… tę robotę!”. Chętkowski, polonista, znany jest obecnie z niekonwencjonalnych sposobów nauczania, ale nie zawsze tak było. Przed kilku laty był nauczycielem znerwicowanym, rozhisteryzowanym, skorym do rękoczynów. Dzięki odpowiednim metodom nauczył się łagodności, stanowczości bez gróźb i krzyku. Inni autorzy również bazują na własnym doświadczeniu i w konsekwencji formułują postaci idealnych wychowawców, nie pozbawionych bynajmniej wad, po prostu nauczycieli bardzo ludzkich, omylnych, ale potrafiących sprostać skomplikowanym zadaniom rzeczywistości.

Sądzę, że treści zbioru (zwłaszcza tomu III) powinny być żywo dyskutowane w pokojach nauczycielskich wszystkich szkół w Polsce. I to nie na oficjalnych radach, ale zwyczajnie przy kawie i ciastku, po skończonych lekcjach. Dlaczego? Bo książka skupia uwagę na sensie zawartym w wypowiedzi Andrzeja Sapkowskiego, że „dziękuje swemu liceum, iż nie zniszczyło jego talentu, ma zaś żal, że nie pomogło mu go odkryć”. Czy można to zostawić bez komentarza?

Małgorzata Pawełczyk
Wychowanie. Pojęcia – Procesy – Konteksty. Interdyscyplinarne ujęcie t. 1−3, red. naukowa Maria Dudzikowa i Maria Czerepaniak−Walczak, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2007.

Nauka i polityka

Książka nie jest skierowana wyłącznie do studentów politologii, studiów europejskich czy stosunków międzynarodowych. Stanowi syntetyczne ujęcie metodologii nauk społecznych i jako taka będzie zapewne przedmiotem lektury politologów, socjologów i przedstawicieli sąsiednich dyscyplin rozwijających swój warsztat naukowy.

Autorka, profesor w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ, ma w swoim dorobku wiele prac o zbliżonej tematyce (np. Metodologiczne problemy wyjaśniania w nauce o polityce, Teoria polityki), omawiana pozycja wydaje się jednak najskuteczniej objaśniać zawiłości empirycznych teorii politycznych w perspektywie metodologicznej.

Lektura książki pozwala na lepsze zrozumienie podstawowych pojęć i możliwości praktycznego zastosowania idei i teorii politycznych. Znajdujemy tu odpowiedzi na pytania: Czy wiedza naukowa potrzebna jest politykowi? Jakie są granice stosowalności wiedzy naukowej? Czy wiedza naukowa może być zawodna?

Rzeczywistość społeczna – według autorki – obok zachowań i wytworów zawiera również (ukryty) komponent psychiczny, w postaci punktu widzenia ludzi, którzy ją tworzą. Czyni to z niej niezwykle złożoną strukturę, która – aby mogła być poddana rzetelnej analizie – wymaga zastosowania różnych perspektyw badawczych. Te z kolei wymagają usystematyzowania, opracowania i ciągłej weryfikacji.

Książka ma ambicje podręcznikowe, jej struktura podporządkowana jest zatem logice dydaktyki akademickiej i obejmuje podstawowe ujęcia teorii i metody (problemy definicyjne i natura teorii naukowych), strukturę empirycznych teorii naukowych. Czytelnik znajdzie tu również charakterystykę politologii jako nauki empirycznej, strategie budowy teorii naukowych, funkcje teorii, jak również rozważania poświęcone relacjom pomiędzy naukowymi teoriami polityki a praktyką polityczną (między prawdą a użytecznością). Na szczególną uwagę zasługuje część dotycząca funkcji prognostycznej politologii. Przewidywanie i planowanie przyszłości jest koniecznością praktyki politycznej, jednocześnie ta funkcja nauk społecznych wydaje się najczęściej zawodzić. Ustalenie najbardziej prawdopodobnego scenariusza wypadków, przewidywanie ich następstw, to wymiar, który najbardziej interesuje polityków. Formułowaniu sądów prognostycznych musi więc towarzyszyć ustalenie maksymalnej liczby czynników determinujących, odpowiednio uporządkowanych, zhierarchizowanych i ujętych w ramy teoretyczne.

Wydaje się, że zmagania z metodologią tej niełatwej dziedziny nauki zakończyły się sukcesem autorki. Należy pamiętać, iż dążąc do osiągnięcia wiedzy naukowej o zjawiskach politycznych, badacz ma do czynienia z przedmiotem, który ze względu na swą społeczną naturę jest w istocie szczególnym sposobem działania ludzkiego.

Pozycja ta stanowi również krytyczny przegląd aktualnego stanu wiedzy w dziedzinie, która, interdyscyplinarna z natury, obejmuje część filozofii, socjologii, psychologii społecznej, politologii i pokrewnych dziedzin wiedzy.

Niewątpliwie jasność i klarowność układu pracy jest jej zaletą. Tekst, mimo teoretycznego charakteru, jest „przyswajalny” również dla przedstawicieli innych dyscyplin, głównie ze względu na prosty język i jasność sformułowań.

Rafał Riedel
Barbara Krauz−Mozer, Teorie polityki. Założenia metodologiczne, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007, seria: Seria Politologiczna.
Styczeń 2008

Wahadło wiedzy

Nie działo się to w laboratorium uniwersyteckim, nie dokonał tego dyplomowany naukowiec, a jednak eksperyment się udał. W piwnicy domu dzielonego z matką fizyk samouk, ignorowany przez francuską elitę naukową, uzyskał dowód na ruch obrotowy Ziemi. Zrehabilitował tym samym swoich wielkich poprzedników – Galileusza, Kopernika czy Bruna, prześladowanych za herezje.

Léon Foucault też nie miał łatwo. W szkole był słabym uczniem. Matka zatrudniła korepetytorów, którzy mieli pomóc mu w dostaniu się na studia medyczne. Szybko okazało się jednak, że powołaniem młodego Léona jest zupełnie co innego. W dobie postępu technicznego interesowały go wszelkie narzędzia i maszyny. Do tego stopnia, że swoje ponadprzeciętne zdolności manualne poświęcił wymyślaniu coraz to nowych wynalazków.

Wahadło, które wprawił w ruch 6 stycznia 1851, miało mu dać na zawsze pamięć u potomnych. Na początku przysporzyło jednak sporo kłopotów. Nie był to dobry czas na obwieszczenie światu, że Ziemia krąży wokół Słońca. Na młodym odkrywcy ciążył też brak naukowego doświadczenia. Intelektualiści jego pomysłów nie brali więc na poważnie. „Ów brak akceptacji napełniał Foucaulta goryczą. Był człowiekiem bardzo utalentowanym i wiedział o tym. Głęboka wiara we własne zdolności działała przeciwko niemu” – pisze Aczel. Ten stan rzeczy najlepiej obrazuje wydarzenie z okresu, gdy był już pewien swego sukcesu. Dopiero wtedy poprosił przyjaciela, matematyka, aby zastosował jego równania do obliczeń ruchu drgającego wahadła. Gdy przyjaciel głowił się nad zadaniem, Foucault cały czas trzymał palce na trójkącie narysowanym na małej drewnianej kuli przedstawiającej Ziemię. Gdy usłyszał odpowiedź, rzekł jedynie: „Tak myślałem”.

Dla francuskiej Akademii Nauk liczyły się jednak dyplomy, a nie intuicja. Jakież więc musiało być zdziwienie „geometrów” (tak siebie określali, nawiązując do starożytnych greckich matematyków), gdy decyzją innego samouka i pasjonata nauki, prezydenta Ludwika Napoleona III, eksperyment miał być powtórzony w Panteonie i dostępny dla całego narodu. Było coś symbolicznego w majestatycznie kołyszącym się wahadle, zawieszonym na 67−metrowej linie pod kopułą budynku, który z kościoła stał się świecką świątynią. To przecież duchowieństwo przez wieki negowało heliocentryczną teorię świata. Teraz na oczach kleru dokonywała się rewolucja w historii ludzkości.

Eksperyment powtarzano na całym świecie: w Brazylii, Szwajcarii, Irlandii… I tylko francuscy naukowcy pozostali nieprzejednani. Przyjęli Foucaulta do swego grona dopiero 3 lata przed jego śmiercią.

Ukazanie postaci „nieregularnego żołnierza nauki” na tle zawirowań społeczno−politycznych we Francji okazało się ciekawym pomysłem. Jedyne, co może przeszkadzać w lekturze, to liczne retrospekcje. Niemniej otrzymujemy biografię, która przypomina współczesną karierę od pucybuta do milionera. Zaczynał w niewielkiej piwnicy, skończył w Panteonie. A milionerem nie stał się tylko przez ignorancję. Rzecz jasna nie swoją. Wynaleziony przez niego żyroskop został uznany przez przemysł za… nieprzydatny. Dopiero pół wieku później odkryto jego cenne w nawigacji właściwości. Ale Foucault nie miał już w tym udziału. Zaraz po skonstruowaniu żyroskopu został… bezrobotnym. Jeszcze raz jego życie okazało się najdoskonalszym przykładem triumfu wiedzy nad ignorancją.

(karma)
Amir D. Aczel, Wahadło. Léon Foucault i tryumf nauki, tłum. Danuta Czyżewska, Wydawnictwo Prószyński i S−ka, Warszawa 2007, seria: Na Ścieżkach Nauki.

Fenomen literatury

Czym jest literatura? Odpowiedź na to pozornie proste, a zarazem kłopotliwe pytanie, zazwyczaj pokazuje, jak skomplikowane i pokrętne bywają drogi, którymi podążają teoretycy literatury, by opisać, na czym polega jej fenomen. Jeden z kierunków w formułowaniu takich teorii wskazuje studium Dereka Attridge’a, profesora literatury angielskiej w University of York w Wielkiej Brytanii, spadkobiercy i kontynuatora myśli twórcy dekonstrukcjonizmu – Jacquesa Derridy. Derrida, który w latach 60. minionego wieku stawiał na głowie ówczesny dorobek krytycznoliteracki, na nowo rozbudził w badaczach literatury fascynację zagadnieniami dotyczącymi istnienia, budowy i właściwości dzieła literackiego. Jego koncepcja teorii literatury znalazła licznych zwolenników i sprawiła, że dekonstrukcjonizm stał się nurtem żywo obecnym zwłaszcza w uniwersytetach amerykańskich.

Attridge w badaniach nad teorią literatury wprost nawiązuje do myśli Derridy. Wywód rozpoczyna swoistym credo: „literatura – pisze – lub raczej doświadczenie dzieł literackich, konsekwentnie wykracza poza granice racjonalnego wyjaśnienia”. W związku z tym proponuje nie tyle logiczne argumenty, ile „raport” z przeżycia literackości i „zaproszenie” czytelnika do dzielenia tego przeżycia. Materiałem, nad którym pochyla się wraz z czytelnikiem, jest kilka wierszy. Zaznacza również, że nie chce wskazywać, co jest najważniejsze w tekstach literackich. Pomija prywatne oraz społeczne konteksty literatury. Podkreśla paradoks literatury, jako tej, która „nie rozwiązując żadnych problemów i nie ocalając żadnych dusz” (w przeciwieństwie do innych rodzajów pisania), jest efektywna.

Odnosząc się do coraz wyraźniejszych tendencji wśród badaczy literatury, dominujących w akademickiej rzeczywistości, Attridge krytykuje instrumentalizm najnowszej krytyki. Zarzuca badaczom traktowanie tekstu jako środka do istniejącego wcześniej celu. Wskazuje przy tym na różne płaszczyzny „wykorzystania” tekstu – polityczne, moralne, historyczne, poznawcze itp. Deklaruje się jako badacz, który literaturę definiuje przez opór wobec takiego myślenia. Jako antidotum na instrumentalne traktowanie literatury wskazuje zagadnienia formy.

Kolejne rozdziały przynoszą rozwinięcie tych teorii. Literaturoznawca zajmuje się więc samym procesem tworzenia, podkreśla przy tym pewną nieprzewidywalność i nieuchwytność zjawiska. Ciekawe są rozważania na temat inwencji i oryginalności. Attridge dotyka tu ważnego problemu – ponadczasowości i pewnej „ponadkulturowości” oryginalnych dzieł (nie tylko literackich).

Kiedy pochyla się nad problemem jednostkowości literatury, wyraźnie słychać jego postmodernistyczne fascynacje. Opisuje ją bowiem nie jako pewną „własność”, lecz „zdarzenie” zachodzące w odbiorze. Istota jednostkowości powstaje, według niego, „ze struktury dzieła, jako zbioru aktywnych relacji, wprowadzonych do gry w trakcie czytania, które nigdy nie zastygną w niezmienną konfigurację”.

Rozważa też kwestię odgrywania, czyli twórczego, literackiego czytania. Wzywa do „odpowiedzialnego” odkrywania literatury. W takim akcie nie dążymy wyłącznie do zawłaszczenia i zinterpretowania dzieła, włączenia go w krąg tego, co znane, lecz także rejestrujemy jego opór i nieredukowalność.

Beata Maj
Derek Attridge, Jednostkowość literatury, tłum. Paweł Mościcki, TAiWPN UniveRSITAS, Kraków 2007, seria: Horyzonty Nowoczesności.

Punkt newralgiczny

Literatura dotycząca kartagińskiego wodza jest nadzwyczaj pokaźna. W przededniu pierwszej wojny światowej historyk niemiecki U. Kahrstedt z poczuciem humoru oznajmił, iż nie jest w stanie podać wyczerpującej informacji dotyczącej wyłącznie przejścia Hannibala przez Alpy. By przeczytać wszystko, co ukazało się od momentu przeprawy do początków XX wieku, potrzebne byłoby mu drugie życie. Problem polega zatem na nadmiarze źródeł opisujących wodza i jego poczynania. W tym kontekście nie jest dziwne, że Miron Wolny, historyk UWM w Olsztynie, zajął się „tylko” rzymskim etapem drugiej wojny punickiej. To newralgiczny punkt całej kampanii Hannibala, która przecież mogła zadać śmiertelny cios młodemu jeszcze Imperium Romanum. Wolny rozpoczął analizę konfliktu od końcówki 218 roku p.n.e., gdy Punijczyk wkroczył na Nizinę Padu. Wydarzeniem zamykającym rozważania jest bitwa stoczona nad Jeziorem Trazymeńskim w roku 217 p.n.e.

Szczegółowość analiz źródłowych, jakie zastosował autor, jest kolosalna. Nie dość, że odnajdujemy tu łacińskie cytaty z dzieł Polibiusza czy Liwiusza, które należą do klasyki tematu, to dodatkowo wyeksponowane zostały dotychczas nieco zapomniane źródła Appiana z Aleksandrii, Korneliusza Neposa, Liwiusza Florusa czy nawet poety Syliusza Italikusa. Nie brak również źródeł z obszaru helleńskiego i nielicznych, pomijanych często jako drugorzędne i mało znaczące, źródeł kartagińskich. Są tu też cytaty w języku greckim, co dziś należy już do zapomnianych zwyczajów historyków zajmujących się starożytnością.

W części dotyczącej politycznych i społecznych uwarunkowań sukcesów Hannibala Wolny przedstawił kulisy przechodzenia całych plemion dotychczas wiernych Rzymowi na stronę nowego wodza. Tak mamy do czynienia w przypadku Galów w wojsku Scypiona czy Bojów. Analizowany jest problem dwulicowości jako normy i kwestia akceptacji takiego stanu rzeczy przez Rzym.

Pisząc o strategii walki zastosowanej przez Punijczyka autor udowadnia, że na początkowe sukcesy duży wpływ miała słabość polityczna konsulatów lat 218 i 217 p.n.e. Nie było trudno zajmować imperium, gdy brakowało porozumienia politycznego między najwyższymi urzędnikami wywodzącymi się z nobilitas a konsulami nurtu plebejskiego. Rzymskie źródła w tym względzie zresztą zręcznie maskują przewinienie Publiusza Korneliusza Scypiona, jednak Wolnemu udaje się to starożytne przemilczenie obnażyć. Inną hańbiąca Rzym sprawą było wykorzystywanie przez konsulów inwazji kartagińskiej jako elementu przetargowego w walce o partykularne interesy polityczne.

Hannibal, jako świetny strateg, walczył według własnych reguł i tu był nieprzewidywalny. Wykorzystywał maksymalnie topografię terenu. Wypracowywał nowe rozwiązania militarne, np. użycie zasadzki i zastosowanie taktyki polegającej na próbie okrążenia przeciwnika. W realizację tych celów angażował różne grupy swego wojska: znakomitą jazdę numidyjską, doborową piechotę, elitarne oddziały bojowe czy choćby znane wszystkim słonie. Ta nieprzewidywalność ruchów Kartagińczyków była najpoważniejszym dla Rzymian problemem strategicznym. Sukcesy Hannibala i niemożność stawienia mu oporu powodowały, że morale armii rzymskiej znacznie słabło. Autor przybliża znaczenie treningu psychologicznego, jaki wódz stosował względem swoich żołnierzy. Jest to zresztą coraz popularniejszy temat interdyscyplinarnych rozpraw naukowych.

Bogdan Bernat

Miron Wolny, Hannibal w Italii (218−217 p.n.e.). Studia nad uwarunkowaniami początkowych sukcesów kartagińskich, wyd. uniwersytetu warmińsko−mazurskiego w olsztynie, Olsztyn 2007.

Zwierciadło współczesności

Śmiem twierdzić, że słowniki, leksykony i encyklopedie nadają się do czytania. Z tą myślą wziąłem do rąk Słownik współczesnych pisarzy niemieckojęzycznych i się nie zawiodłem.

Zasadniczą częścią słownika są oczywiście biogramy 326 pisarzy. Co zrozumiałe, zredagowano je według schematu: data i miejsce urodzenia, wykształcenie, ważniejsze fakty kariery literackiej i, na ogół, stosunkowo obszerne omówienie twórczości. Artykuł hasłowy kończy nota bibliograficzna. Polskiego czytelnika zainteresuje rozdział Teksty w przekładach polskich, znakomity przewodnik po tłumaczeniach dzieł z tego obszaru. Niektóre sądy można więc zweryfikować. Kompetentny i obszerny wstęp daje obraz polskiej recepcji literatury niemieckojęzycznej (z uwzględnieniem specyfiki krajowej: byłej NRD, RFN, Austrii i Szwajcarii).

Zapoznanie się z biogramami upewnia w przekonaniu, że niemal każdy autor uhonorowany zamieszczeniem w słowniku był wielokrotnie nagradzany, a przy tym korzystał z pomocy stypendialnej na tyle wysokiej, że mógł sobie pozwolić na nieskrępowaną przymusem zarobkowania twórczość. W życiorysach zaznacza się również to, że przedstawiani autorzy są ludźmi mobilnymi. Ich edukacja przebiegała w różnych ośrodkach i krajach, a życie wzbogacały liczne wyjazdy i podróże.

Uwzględnieni w słowniku pisarze, poeci, dramaturdzy, eseiści są osobami urodzonymi zazwyczaj po 1945 r. Ich poszukiwania literackie często łączą się z propagowaniem rozmaicie pojmowanej lewicowości, a nawet angażowaniem się w działalność polityczną. Twórcy (im młodsi, tym bardziej) wykorzystują do swych poczynań artystycznych możliwości multimedialne. Jak się można przekonać, odpowiadają na pytania epoki, diagnozują stan cywilizacji, jej wpływ na człowieka itd. Choć nie są im obce tematy związane z hitlerowską i enerdowską przeszłością, z migracją z byłych Prus Wschodnich, nazywaną buńczucznie „wypędzeniem”, to w większym stopniu zajmuje ich bieżąca rzeczywistość, aktualny stan języka, więzi społecznych, feminizm itd.

Ciekawym „wątkiem” są pisarze niemieckojęzyczni pochodzenia tureckiego, jak np. Emine S. Özdamar, Feridun Zaimoglu czy Selim Özdogan. W ich utworach odzwierciedlają się problemy i zjawiska, które mówią tak samo dużo o mniejszości tureckiej w Niemczech, jak i o samych Niemcach. Powieść Zaimoglu Kanak−Sprak przynosi głos Turków mieszkających w Niemczech, potwierdzając „ich podwójne nieprzystosowanie, rozdarcie między rodzimą tradycją a niemiecką administracją, ich stykanie się z ksenofobiczną arogancją, jak i ksenofilską natarczywością”.

Jak można się przekonać podczas lektury, w krajach niemieckojęzycznych literatura nie przestała być zwierciadłem krytycznie i artystycznie odbijającym trudne jednostkowe i społeczne stany świadomości.

Wyjątkowość książki polega na tym, że dotyczy ona (w większości wypadków) autorów żyjących, którzy wciąż pomnażają swój dorobek, podlegający zmiennym ocenom. Za co najmniej dziesięć lat przedstawiona konfiguracja ulegnie przetasowaniom.

Polscy twórcy literatury mogą pozazdrościć tej publikacji. U nas nie ukazał się tak szeroko i merytorycznie opracowany słownik powojennego pokolenia pisarzy polskich.

Zbigniew Chojnowski
Słownik współczesnych pisarzy niemieckojęzycznych. Pokolenie powojenne, pod red. Jürgena Joachimsthalera i Marka Zybury, Wiedza Powszechna, Warszawa 2007.

Spostrzeżenia różne

Henryk Grabowski jest pracownikiem naukowym Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, a także autorem licznych prac naukowych z teorii wychowania fizycznego i pedeutologii. Na swoim koncie ma co najmniej kilkanaście publikacji specjalistycznych. Jest także członkiem Komisji Rehabilitacji, Adaptacji Społecznej i Kultury Fizycznej PAN oraz ekspertem Państwowej Komisji Akredytacyjnej.

Książka powstała z tekstów, które zostały stworzone „z potrzeby złagodzenia przejścia od pisarstwa naukowego i dydaktycznego do bezczynności twórczej, są więc czymś na podobieństwo emerytury pomostowej w innych zawodach”. Większość z nich była drukowana na łamach rozmaitych czasopism, m.in. „Forum Akademickiego” czy „Przeglądu”. Powstały z myślą o konkretnych czytelnikach, czasami są rezultatem wieloletnich przemyśleń, a czasami reakcją na bieżące wydarzenia.

Zbiorek został podzielony na cztery części, choć teksty w każdej z nich nie są posegregowane ani chronologicznie, ani tematycznie. Dlatego, jak pisze sam autor: „ich lekturę można zacząć od dowolnego miejsca i w dowolnym miejscu zakończyć”. Każda z części zawiera misz−masz tekstów o najróżniejszej tematyce, połączonych ze sobą na zasadzie: „te teksty chciałbym zadedykować tym a tym”. Zapewne nie było łatwo dokonać takiego podziału, jako że wiele z nich nadawałoby się do umieszczenia w każdym rozdziale. Jednak o podziale zadecydował autor, co ułatwia zadanie rozpoznania motywów takiej, a nie innej decyzji. O ile oczywiście ktoś takich motywów potrzebuje.

Zbiory felietonów i tekstów publicystycznych mają to do siebie, że znaleźć w nich można spostrzeżenia dotyczące praktycznie wszystkiego. Wszystko wszak jest interesujące i każde, nawet drobne wydarzenie może prowadzić do głębszych przemyśleń. Fani tego typu literatury, z pewnością znajdą przyjemność w lekturze zbiorku. Autor może się bowiem pochwalić tym, co nazywane jest lekkim piórem, umiejętnością (a być może talentem czy darem?) bardzo przydatną dla każdego piszącego, bardzo pożądaną u autorów literatury pięknej, a wręcz niezbędną u dziennikarzy i felietonistów. To dzięki tej umiejętności felietony nie zamieniają się w ciężkie przypowieści, lecz stają się lekkimi anegdotami, niepozbawionymi przy tym swego rodzaju dydaktyzmu, który nie zostaje nam siłą wtłoczony. Dlatego łatwo i z przyjemnością czyta się spostrzeżenia autora dotyczące nauki, kolegów naukowców, studentów. Równie lekko śledzi się przemyślenia autora na temat różnych aspektów starości, problemów polityki, autorytetu i wychowania polityków czy aspektu kultury zarówno w znaczeniu wychowania, jak i zjawisk społeczno−cywilizacyjnych. Zbiór sprawdzi się więc nie tylko dla tych, którzy chcą się rozerwać, ale i dla tych, którzy boją się, by inteligencja nie znikła z tego świata.

Teksty są dobrze napisane, czasami bardzo zabawne i dają szerokie pole do przemyśleń. Oczywiście, nie są to felietony na miarę Rozpaczy z powodu utraty furmanki Jerzego Pilcha, ani anegdoty na poziomie wybitnej Modlitwy żaby Anthony’ego de Mello. Nie da się jednak zaprzeczyć, że mają to, co każdy dobry felieton mieć powinien: są zabawne, i, co bardzo ważne w dzisiejszych szybkich czasach, bardzo lapidarne.

Anna Matraszek
Henryk Grabowski, Miscellanea, czyli rzeczy rozmaite, Wydawnictwo FALL, Kraków 2007.